Ola była wzorową uczennicą, ale pandemia zmieniła wszystko. "Będziemy mieć poharatane pokolenie"

Ola ma 14 lat. Do wybuchu pandemii była najlepszą uczennicą w klasie. Miała świetne wyniki w nauce, wygrywała konkursy. Przygotowywała się do olimpiady z języka angielskiego. Pandemia zmieniła wszystko. Nastolatka miała dość zdalnej nauki. Przestała wstawać na lekcje, a w ostatnim czasie w ogóle przestała wstawać z łóżka. Zmaga się z depresją, tak jak tysiące dzieci czasu pandemii.
Zobacz wideo

Z Olą nigdy nie było problemów - uwielbiała chodzić do szkoły, miała tam wielu przyjaciół i bardzo dobre relacje z nauczycielami. - Była otwartym, pogodnym, bezproblemowym dzieckiem - mówi jej mama. Teraz są dni, że nie wstaje, w ogóle się nie ubiera, nie myje, nie ma ochoty na jedzenie. - Nie chce rozmawiać, unika kontaktu. Jedyne, na co reaguje, to prośby młodszej siostry - czasami z nią w coś zagra, czasami coś jej przeczyta albo upiecze ciasto. I tyle - mówi mama. Ola dziś jest pod opieką psychologa i zmaga się z depresją. 

Do dr Joanny Ławickiej, pedagog specjalnej, niemal codziennie zgłaszają się rodzice, szukający teraz w pandemii pomocy dla swoich pociech. Chodzi m.in. o dzieci, które mają myśli samobójcze albo już targnęły się na własne życie. Jak mówi pedagożka, na razie trudno o statystyki dotyczące tego zjawiska, ale problem jest widoczny. - Na oficjalne statystyki z badań musimy poczekać. Ale zarówno ja, jak i moje koleżanki i koledzy, którzy pracują z dziećmi i młodzieżą, obserwujemy bardzo gwałtowny wzrost tego typu tendencji u dzieci i młodzieży od jesieni - zaznacza. 

- W tej chwili rzeczywiście nie ma tygodnia, żebym nie konsultowała dziecka z myślami samobójczymi, okaleczającego się albo po próbie samobójczej. I obserwuję coś, czego nigdy w życiu nie doświadczyłam, a pracuję już w zawodzie blisko 20 lat. Mam pierwsze zgłoszenia od rodzin, w których doszło do samobójstwa dziecka i rodzice szukają pomocy w związku z obawami dotyczącymi kolejnego dziecka - mówi Joanna Ławicka.

Ławicka podkreśla, że na dziś, gdy dzieci od tylu miesięcy siedzą w domach, nie mają relacji społecznych, niejednokrotnie w samotności cierpią, to nie oceny w szkole czy egzaminy są najważniejsze. - Wszyscy funkcjonujemy obecnie w obszarze poważnego stresu adaptacyjnego. I nawet jeśli większości z nas, dorosłych, wydaje się, że jakoś się dostosowaliśmy do sytuacji związanej z pandemią, to jednak trochę życie jak w Matrixie - stwierdza. - Dzieci nie posiadają tak złożonych narzędzi samoobrony przed stresem jak dorośli. Dzieci są dziećmi, a w tej sytuacji mam wrażenie, że to dorośli zawodzą. Powinni dziś służyć dzieciom za tarczę, a tak się często nie dzieje - podkreśla. 

W jej ocenie, najważniejsze powinny być obecnie potrzeby dzieci. - Tymczasem wobec dzieci są formułowane dokładnie takie same wymagania i oczekiwania jak przed pandemią. Pomimo tego, że cały świat stanął na głowie, to potrzeby dzieci są zaniedbywane - mówi pedagożka. Jak dodaje, bardzo często słyszy od rodziców, że przed pandemią mieli grzeczne dziecko, doskonale się uczące. - A nasze dzieci przecież od miesięcy nie mogą tak jak wcześniej spotykać się z przyjaciółmi, przez określony czas w ogóle nie mogły wychodzić z domu, rozpadają się im przyjaźnie, koleżeństwa, doświadczają większego wykluczenia - zauważa pedagożka. 

"Widzimy wiele rzeczy z większą wyrazistością"

Na wielu forach można znaleźć opisy, jak czasami wyglądają zdalne lekcje. Bywa, że nauczyciel na lekcji biologii czy historii odpytuje z materiału każąc dziecku odpowiadać z zamkniętymi oczami, by mieć pewność, że nie ściąga. Bywa, że każe się dziecku pokazać kamerką w laptopie, czy pod stołem ktoś nie siedzi i nie podpowiada uczniowi choćby na sprawdzianie. - Gdzie tu jest godność dziecka, gdzie szacunek, gdzie zaufanie? - pyta jedna z mam.

- W mojej ocenie, pandemia to czas, w którym jak w soczewce skupiły się wszystkie patologie społeczne. Widzimy wiele rzeczy z większą wyrazistością. Ci nauczyciele, którzy włażą dzieciakowi z kamerą pod stół to niejednokrotnie ci sami, którzy przed pandemią byli skłonni przejrzeć dziecku zawartość jego tornistra. Dziś różnica może polega tylko na tym, że rodzice więcej widzą, co się dzieje na lekcji - mówi dr Ławicka.

Jak jednak dodaje, niejednokrotnie słyszy od dorosłych, że ich nikt nie uczył, jak dbać o potrzeby dzieci. - To są ludzie wychowywani w paradygmacie posłuszeństwa, grzeczności, a nie tego, że mogą czegoś potrzebować. Słyszę od rodziców, że dziecko jest nie do wytrzymania, że nie chce brać udziału w lekcjach, że nie wstaje z łóżka, że nie chce się myć. A to przecież mogą być objawy depresji u dziecka - zaznacza. - Dziecko może mieć problemy emocjonalne, zaburzenia lękowe, ale na to się nie patrzy. Patrzy się natomiast na to, co ja mam zrobić, by syn przestał pyskować. Zapominamy o tym, w jak ogromnej ilości problemów te dzieci dzisiaj funkcjonują, w jak gigantycznym stresie - podkreśla.

"Nie ma znaczenia, ile dzieci w tej chwili się nauczą"

- Dzisiaj nie jest moment, by straszyć dzieci jakimiś konsekwencjami czy by je karać. To nie jest moment, by ograniczać mu dostęp do wszystkiego, co jest dla niego przyjemne. To jest ten moment, by być koło dziecka, nawet jeśli to oznacza, że na przykład prace domowe siadam i robię razem z nim - mówi pedagożka. - Jeszcze raz powtórzę: nie ma znaczenia, ile te dzieci w tej chwili się nauczą. Dziś najważniejsze jest, żeby dzieci przeżyły. Przeżyły w jak najlepszej kondycji emocjonalnej - dodaje. 

W ocenie rozmówczyni TOK FM, może się bowiem okazać, że wyrośnie nam pokolenie ludzi z ogromną traumą, pokaleczonych emocjonalnie. - Może być tak, że będziemy powtarzali to, co było po II wojnie światowej. Trauma związana z pandemią jest zbliżona do traumy powojennej. I będziemy mieć kolejne pokolenie tak samo poharatane jak pokolenie dzieci powojennych. Musimy pamiętać, że dziś wiele dzieci nie ma siły oddychać, a co dopiero wypełniać zadania w podręczniku - tłumaczy Joanna Ławicka.

Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada program wsparcia dla uczniów i nauczycieli w czasie pandemii. Jak czytamy na stronie MEiN, spośród wszystkich szkół podstawowych i średnich eksperci wytypują 1200 placówek edukacyjnych, które zostaną zaproszone do udziału w programie. W każdej z nich przeprowadzą diagnozę szkolną. Jej wyniki posłużą szkole do przygotowania szczegółowego programu wychowawczo-profilaktycznego, a ekspertom - do opracowania modelu pomocy uczniom.

"Przewidujemy ponad 100 tys. godzin na pomoc psychologiczną dla dzieci i młodzieży biorących udział w programie. W rezultacie każdy uczeń badanej szkoły będzie mógł uzyskać odpowiednie, profesjonalne wsparcie" - pisze MEN. Tyle, że zdaniem wielu ekspertów, te 100 tysięcy godzin to będzie kropla w morzu potrzeb.

DOSTĘP PREMIUM