,
Obserwuj
Polska

Oni mogą zacząć wojnę. "Sądzę, że mają tutaj bazy"

8 min. czytania
03.04.2024 06:45

Przykrywkowe firmy szpiegowskie działają legalnie w Polsce. Mają dochody i płacą podatki. Znajdują się np. w biurowcach, gdzie kręci się wielu nieświadomych niczego pracowników i klientów. - Ludzie pracują, kupują, wytwarzają dochód firmy i nie wiedzą, że są przykrywką dla działalności oficerów lub współpracowników rosyjskiego wywiadu. Trochę jak w gangsterskim filmie: klient wchodzi do restauracji czy pralni i nie ma pojęcia, że za ścianą mafia ubija narkotykowe interesy - mówi tokfm.pl płk Grzegorz Małecki, były szef Agencji Wywiadu.

|
|
fot. MIKHAIL METZEL / AFP

- Wycięliśmy nowotwór, ale nie usunęliśmy przerzutów, które są już w całym organizmie - dwa lata temu stwierdził w rozmowie ze mną płk Grzegorz Małecki. Były szef Agencji Wywiadu komentował w ten sposób wydalenie z Polski kilkudziesięciu rosyjskich dyplomatów, którzy byli oficerami i współpracownikami służb Władimira Putina. Ekspert ostrzegał, że Kreml prędzej czy później aktywuje komórki szpiegowskie w Polsce, tyle że 'nie będziemy już o nich wiedzieć'.

Nowotwór to rezydentury wywiadu np. w rosyjskich konsulatach i ambasadzie. Tworzyły zaplecze dla szpiegowskich działań na terytorium Polski. Pozostawały jednak pod lupą naszego kontrwywiadu, dlatego byli łatwym celem. Po wybuchu wojny w Ukrainie ich działalność - jak mówi płk. Małecki - została zdewastowana.

Inne kraje Zachodu również zdecydowały się na ten krok i masowo wyrzucały rosyjskich dyplomatów. Na chwilę ukróciło to ofensywę Kremla. Jednak to już przeszłość. Według oficerów zachodnich wywiadów, z którymi rozmawiał 'Financial Times', służby Putina odzyskały pewność siebie, przegrupowały się i wznowiły szpiegowską wojnę. Ich aktywność w krajach NATO ma być najwyższa od dziesięcioleci.

Te doniesienia zbiegają się w czasie z serią oświadczeń zachodnich polityków i generałów, którzy ostrzegają, że Putin może szykować się do wojny z NATO. Czy przygotowaniem do niej jest wywiadowcza ofensywa Rosji? Gdzie w Polsce odrosły głowy szpiegowskiej hydry Putina? Czy możliwe jest, że żyjemy i pracujemy wśród agentów Kremla i nawet o tym nie wiemy?

Polacy nieświadomie pracują w "ogniwach szpiegowskich"

Choć działalność wywiadu Rosji w placówkach dyplomatycznych została zdewastowana, to jednak całkowicie nie ustała. Na dachu ambasady w Warszawie wciąż są anteny do nasłuchu, a w ich zasięgu pozostają wszystkie najważniejsze ośrodki władzy w Polsce: Kancelaria Premiera, Sejm, Pałac Prezydencki. - Wywiad radioelektroniczny nadal tam działa i pozyskuje informacje, które za pomocą łączności szyfrowanej są przekazywane do centrali w Moskwie - mówi płk Grzegorz Małecki.

W ocenie mojego rozmówcy Putin był przygotowany na masowe wydalanie pracowników jego ambasad na Zachodzie. - Rosyjski wywiad miał pełną tego świadomość i jeszcze przed atakiem na Ukrainę w 2022 roku rozbudował infrastrukturę szpiegowską w krajach NATO. Dlatego nie miał problemu, by przenieść swoje działania do innych miejsc, np. różnych fundacji, ośrodków kulturalnych, firm przykrywkowych - wylicza ekspert.

Pracują w nich zwykli Polacy, bo nie są to przedsiębiorstwa rosyjskie ani fundacje, na czele których stoją prokremlowscy aktywiści. - To nie miałoby sensu. Takie komórki wywiadowcze mają się zakonspirować. Nie mogą więc kojarzyć się z Rosją i jej operacjami szpiegowskimi. Najlepiej, by sprawiały wrażenie, że są polskie. Albo działały pod obcą flagą, czyli żeby zostały założone przez np. obywateli państw Unii Europejskiej, którzy tak naprawdę są agentami Kremla - opisuje.

Strach przed wojną zrobił swoje. Polacy ruszyli do Hiszpanii

Przykrywkowe firmy działają legalnie. Produkują, handlują, świadczą usługi. Mają dochody i płacą podatki. Znajdują się np. w biurowcach, gdzie kręci się wielu nieświadomych niczego pracowników i klientów. - Używa się ich do kamuflażu całego ogniwa. Ludzie pracują, kupują, wytwarzają dochód firmy i nie wiedzą, że są przykrywką dla działalności oficerów lub współpracowników rosyjskiego wywiadu. Ci są aktywni na zapleczu i tam trzymają szpiegowskie dokumenty oraz sprzęt do łączności. Trochę jak w gangsterskim filmie: klient wchodzi do restauracji czy pralni i nie ma pojęcia, że za ścianą mafia ubija narkotykowe interesy - tłumaczy płk Małecki.

Jak dodaje, takie firmy są tylko zapleczem działalności wywiadowczej. Prowadzący ją oficerowie spotykają się z agentami w innych miastach lub krajach. Chodzi o to, by zminimalizować ryzyko dekonspiracji. Później wracają do swoich firm, witają się z nieświadomą niczego sekretarką i zamykają się w swoich biurach. Tam nawiązują kontakt z centralą i przekazują pozyskane od agenta informacje.

Wielka machina szpiegowska Putina

Rezydentury w placówkach dyplomatycznych i firmach przykrywkowych to tylko pojedyncze tryby w wielkiej machinie szpiegowskiej Putina. Jeśli jeden się zacina, drugi go zastępuje. Budowa tej machiny w państwach NATO wymagała czasu, dużej cierpliwości i wyszkolenia specjalistów z wielu dziedzin.

- W moim przekonaniu już w 2014 roku, gdy Rosja po raz pierwszy zaatakowała Ukrainę, na Kremlu zapadła decyzja dotycząca przygotowań do ewentualnej operacji wojennej na Zachodzie. Od tego momentu Putin rozbudowywał swoje służby wywiadowcze na dużą skalę. Zapewne przyspieszyło to po 2022 roku, gdy z państw NATO wydalono wielu jego dyplomatów, ale zaczęło się o wiele wcześniej i to w samej Rosji - ocenia mój rozmówca.

Putin musiał najpierw rozbudować swoją centralę wywiadowczą. Zatrudnić i wyszkolić oficerów, którzy w następnej kolejności mieli mu tworzyć nowe siatki szpiegowskie na Zachodzie. Ale wywiad to nie tylko HUMINT (human intelligence), czyli agenci. To także SIGINT (signals intelligence), a więc elektronika, która służy do przechwytywania danych i komunikacji. Ostatnio za jej pomocą Rosjanie podsłuchali rozmowę wysokich rangą oficerów niemieckiego lotnictwa, którzy rozmawiali o dostawach rakiet do Ukrainy.

- Rosja wydała duże pieniądze na sprzęt i ludzi, dzięki którym teraz zdobywa informacje np. w miejscach, gdzie przygotowuje ewentualne operacje militarne. Cały wywiad to jest gigantyczna, koronkowa robota, która zaczyna się od rozbudowy zaplecza w Rosji i trwa latami - mówi płk Małecki.

Nic więc nie dzieje się ad hoc. Samo 'hodowanie' nielegałów trwa latami. Ich szkolenia prawdopodobnie zaczynają się, gdy rekruci są w wieku szkolnym. Później dostają legendę, czyli fałszywą tożsamość. Finalnie trafiają do krajów, które mają istotne znaczenie dla Rosji. Muszą ukryć się w nowym społeczeństwie i w nim robić karierę. - Najlepiej tak, żeby po latach dotarli do serca państwa, a w każdym razie do takich jego miejsc, z których będą mogli wykradać najbardziej strzeżone tajemnice. Chodzi np. o instytucje i resorty związane z obronnością. To bardzo wyrafinowane narzędzie szpiegowskie. By zadziałało, musi upłynąć wiele czasu - opisuje były szef Agencji Wywiadu.

Oni mogą zacząć wojnę. Są już w Polsce?

Inaczej Rosja przygotowuje agentów do pracy w państwach, które może zaatakować, a inaczej w krajach, które będą od frontu odległe i pozostaną tylko jego zapleczem. Inną rolę przewiduje się dla służb na czas przygotowań do ewentualnej wojny, a inną na okres po jej wybuchu i w trakcie okupacji jakiegoś kraju.

Wojna może zacząć się od prowokacji Putina. Ich przygotowaniem zajmują się z dużym wyprzedzeniem m.in. komórki wywiadu. Planują takie operacje specjalne, jak ataki terrorystyczne w innych państwach, a także zamachy stanu i wszelkiego rodzaju spiski, które byłyby w stanie zdestabilizować sytuację międzynarodową. - Zazwyczaj tego nie robi się rękami agentów zwerbowanych w kraju, w którym ma zostać przeprowadzona wspomniana operacja. Do ich realizacji używa się swoich ludzi, 'specjalsów' szkolonych do walki, używania ładunków wybuchowych i trucizn. Wysyła się ich do państw, w których atak ma zostać przeprowadzony - tłumaczy płk Grzegorz Małecki.

- 'Specjalsi' mogą już być w Polsce albo w republikach bałtyckich? - dopytuję.

- W tych drugich są na pewno. Podejrzewam, że w Polsce również. Zwykle Rosjanie tworzą w danym kraju komórki, które mają być bazą przyszłej operacji specjalnej, np. wojennej. Jeśli jej przygotowania wchodzą w fazę finalną, to wykonawcy zjeżdżają się do bazy. Najczęściej nie z samej Rosji, tylko z różnych 'przyjaznych' kierunków, np. innych części Europy. Sądzę, że takie bazy są również na terenie Polski - stwierdza.

- Czym jeszcze mogą zajmować się 'specjalsi'? - dociekam.

- Atakami na infrastrukturę krytyczną, czyli elektrownie, sieci przesyłowe, kluczowe szlaki transportowe i komunikacyjne. To może poważnie osłabić zdolności obronne kraju, gdy wybuchnie w nim wojna.

- W grudniu sąd skazał szpiegów z Białorusi, Rosji i Ukrainy, którzy chcieli w Polsce wysadzać pociągi z bronią dla Kijowa. To ci 'specjalsi'?

- Moim zdaniem nie. Sądzę, że byli nieznaczącymi współpracownikami rosyjskiego wywiadu. Prędzej umieliby podłożyć na tory jakąś śrubę, żeby pociąg się wykoleił, niż doprowadzić do jego wysadzenia. Do tego potrzeba specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Wydaje mi się, że oni takich nie mieli - podkreśla ekspert.

Dla Putina to zaproszenie do ataku

Gdy rozmawialiśmy dwa lata temu, płk Małecki oceniał, że skala rosyjskiego szpiegostwa w Polsce jest duża, a w dodatku ma ono swobodę działania, bo nasz kontrwywiad pozostaje w zapaści. - Rosjanie mają nowe narzędzia do szpiegostwa, nowe technologie, nowy sprzęt. Z kolei my jesteśmy zamknięci w przeszłości i wszystko mamy stare - oceniał.

- Czy coś zmieniło się po przejęciu władzy przez Donalda Tuska i jego koalicjantów? - pytam teraz.

- Na razie tylko kierownictwo służb. Jego pierwsze decyzje budzą nadzieję, ale są zdecydowanie niewystarczające. Konieczne są głębokie i długofalowe zmiany, które sprawią, że służby wywiadowcze, w tym kontrwywiad, będą nowoczesne, profesjonalne i sprawne. Tymczasem budżet np. Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest mniejszy niż w zeszłym roku. Trudno więc mówić o zatrudnianiu i szkoleniu fachowców, rozbudowywaniu infrastruktury wywiadowczej. Wychodzenie z zapaści wymaga czasu i dużych pieniędzy, a tych nie ma, bo za rządów PiS zaufanie do służb zostało zrujnowane. Są nieliczne i fatalnie koordynowane. Wchodzą sobie w drogę, rywalizują i marnują swoje wysiłki - ocenia.

- Co zwykły obywatel może zrobić, gdy ochrona kontrwywiadowcza jego kraju kuleje?

- Oczywiście jej nie zastąpi, ale na pewno może być uwrażliwiony np. na firmy przykrywkowe, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Jeśli zakładają je cudzoziemcy i coś w tym budzi podejrzenia obywatela, to może poinformować choćby policję. Niestety, jest ryzyko, że utrudni życie jakiemuś bogu ducha winnemu Kazachowi czy Tadżykowi, ale w mojej ocenie lepiej dmuchać na zimne - mówi.

Mój rozmówca zaleca przede wszystkim, byśmy nie dawali się zwieść rosyjskiej dezinformacji. Może wspierać wywiad Kremla w przygotowaniach do różnych operacji, także wojennych. - Putin chce podsycać w państwach NATO konflikty społeczne, destabilizować sytuację, siać panikę i rozgrywać obywateli. Bo to wszystko nas osłabia. A nasza słabość jest dla niego zaproszeniem do ataku - podkreśla były szef Agencji Wywiadu.

Wojna nerwów między Zachodem i Rosją

Pojęła to już duża część zachodnich przywódców, co - zdaniem płk. Małeckiego - znajduje wyraz w ich ostatnich niepokojących oświadczeniach, że Putin może szykować się do starcia z NATO. - Oczywiście służby musiały już wcześniej informować o tym polityków. Ale ci dopiero teraz doszli do wniosku, że powinni uświadomić także swoje społeczeństwa. Chodzi o to, żeby przekonać je do finansowania zbrojeń. Politycy muszą częściowo przestawić gospodarki na tryb przygotowań do ewentualnego konfliktu militarnego. Odbudować armie i przemysł zbrojeniowy. Elity uświadomiły sobie, że nie mogą już z tym zwlekać. Bo jeśli chcą uniknąć wojny, to muszą na serio się do niej przygotować, by odstraszyć Putina - tłumaczy mój rozmówca.

Jak dodaje, skończył się czas ugłaskiwania Rosji, bo okazało się to przeciwskuteczne. Państwa NATO 'radykalnie zmieniły postawę wobec Putina' i już nie chcą widzieć w jego oczach swojej słabości. Według płk. Małeckiego teraz Zachód i Rosja są jak dwa samochody, które jadą na siebie z naprzeciwka. Może więc się zdarzyć, że któryś nie odpuści i dojdzie do czołowego zderzenia.

- Innymi słowy weszliśmy w stan zimnej wojny, która może przerodzić się w gorącą. W krótkiej perspektywie to nierealne, w pięcioletniej - średnio możliwe, a w długiej - prawdopodobne na tyle, by przygotować się na konflikt militarny Rosji z NATO - uważa mój rozmówca.

W jego ocenie, aby zrealizował się ten czarny scenariusz, Ukraina musiałaby najpierw upaść. Wojna wtedy mogłaby się zacząć od republik bałtyckich, a Polskę wciągnąłby w nią artykuł piąty traktatu NATO (atak na jednego członka sojuszu oznacza agresję na pozostałych). - W tym scenariuszu Putin mówi Zachodowi 'sprawdzam' i wywołuje wojnę. Ale w moim przekonaniu do niej nie dąży. Po prostu chce jej groźbą zmusić nas do ustępstw. Czyli zapobiec przyjęciu Ukrainy do NATO i odbudować swoje wpływy w Europie Środkowo-Wschodniej. Według mnie to mu się nie uda. Niemniej skończył się czas beztroski na Zachodzie i zaczęła się wojna nerwów. Teoretycznie istnieje ryzyko, że mogą puścić Putinowi - podsumowuje płk Grzegorz Małecki.

Źródło: TOK FM