Skończyła się umowa, klub ciągle działa, mieszkańcy cierpią. "Śpimy w piwnicy na polówkach"
Po 27 latach wygasła dzierżawa terenu nad Wisłą, gdzie działa klub Lunapark. Ale właściciel nic sobie z tego nie robi. Imprezy dalej trwają do rana. - Łomot o czwartej, szóstej rano. To nawet nie jest muzyka, to huk - skarżą się mieszkańcy. A miasto rozkłada ręce.
- Z końcem czerwca klubowi Lunapark wygasła dzierżawa. Właściciele nie chcą jednak słyszeć o wyprowadzce;
- Okoliczni mieszkańcy skarżą się na hałas i narzekają na bezwład władz miasta, do którego należy teren;
- Pod koniec sierpnia rada dzielnicy zdecydowała o odebraniu Lunaparkowi pozwolenia na sprzedaż alkoholu. Klub się odwołał;
- Mieszkańcy obawiają się, że Lunapark będzie kolejnym przypadkiem ciągnącej się latami sądowej walki. A cierpieć będą dalej oni.
Dwa miesiące temu, 30 czerwca, po 27 latach wygasła umowa dzierżawy terenów dawnych basenów przy Wale Miedzeszyńskim na warszawskiej Saskiej Kępie. Działający tam od kilku lat klub Lunapark miał się wynieść - ku uldze okolicznych mieszkańców, narzekających na dobiegające stamtąd kilka dni w tygodniu hałasy. Tak się jednak nie stało.
Na miejscu zjawiła się specjalna komisja zarządcy terenu, Stołecznego Centrum Sportu Aktywna Warszawa. Przedstawiciele dzierżawiącej działkę firmy Domex odmówili wydania nieruchomości, oświadczając, że chcą dzierżawić teren przez kolejne siedem lat. Powołali się przy tym, jak cytuje "Życie Warszawy", na "odzyskanie straconego czasu" z poprzedniego procesu sądowego.
Według ustaleń "Gazety Stołecznej", dzierżawca za ponad 10 ha nad brzegiem Wisły płaci miastu 2,5 tys. dolarów miesięcznie. Jak mówił dziennikowi wicedyrektor Aktywnej Warszawy Bartłomiej Stępień, zostaną podjęte "kroki prawne mające na celu odzyskanie nieruchomości przez miasto stołeczne w drodze postępowania sądowego".
To jednak nie satysfakcjonuje okolicznych mieszkańców. - Bardzo uprzykrza nam życie. Na początku kilka tygodni (po wygaśnięciu umowy - red.) było trochę ciszej, nie było aż takiego walenia. Ale teraz jest to samo. W nocy po prostu wsadzam korki w uszy i idę spać. Ale najgorsze są niedziele. Walą od 15 czy 17 i to dudni. Człowiek chciałby odpocząć, ale nie idzie - opowiada Alicja, mieszkanka jednego z okolicznych bloków.
Jak dodaje, mieszkańcy niewiele mogą sami zrobić. - Głównie narzekamy, ale nic się z tym nie robi. Mam 20 czy 30 zgłoszeń na policję, straż miejską, 19115 (Miejskie Centrum Kontaktu Warszawa 19115, przez którego aplikację można zgłosić m.in. awarię lub interwencję - red.). To jest paranoja, już nie chce mi się dzwonić na policję, bo to nic nie zmienia. Panopticum! - mówi Alicja.
Kobieta nie wyklucza drastycznych z jej punktu widzenia kroków. - Jestem coraz bliżej tego, żeby sprzedać mieszkanie i się stąd wynieść. Lato jest nie do wytrzymania, mimo że mam szczelnie zamknięte okna. Jest mi przykro, bo tu się wychowałam - wyznaje.
"Czas start"
- Lunapark działa nielegalnie, tłucze się od piątku do niedzieli. Niedziela jest najstraszniejsza, bo robią to w dzień - wtóruje jej Hanna, która również mieszka na Saskiej Kępie.
- Bezwład władz miasta jest niesłychany. Jesteśmy cały weekend załatwieni Lunaparkiem - stwierdza. I dodaje, że dla okolicznych mieszkańców hałas klubu jest dużo większym zmartwieniem niż działalność pobliskiego Stadionu Narodowego.
Faktycznie, jak można sprawdzić chociażby na facebookowym profilu miejsca, działa ono od godz. 20 w piątek do 4 rano dnia kolejnego, a w soboty i niedziele między 16 a północą. "Niekończące się imprezy" - chwalą się właściciele na Facebooku (na profilu Hocki Klocki w Lunaparku).
Na terenie dawnych basenów od 2019 roku funkcjonuje klubowo-barowy kompleks. Składają się na niego dwa kluby (Hocki Klocki i Wata Cukrowa) oraz trzy mniejsze lokale (Mini Market, Strzelnica i Karuzela). Na fanpagu Lunaparku na Facebooku wciąż pojawiają się informacje o weekendowych imprezach. Oraz komentarze okolicznych mieszkańców.
"Wczoraj to już było przegięcie, czas najwyższy to zamknąć, jeśli legalnie się nie da, to trzeba to spalić. Czas start" - grzmi jeden z komentujących. "Sorry ale 5 w nocy to chyba już czas skończyć nap...nie basem? Do 2, 3 zrozumiem ale nie da się wytrzymać już, nie miałam nic przeciwko imprezom ale jeśli to od was to gruba przesada" - brzmi inny wpis.
"Przechodzi to moje pojęcie"
Masakrycznie to wygląda. Jak to nazwać dyplomatycznie? Zuchwałość i ostentacja w tym, że, mimo że już się skończyła dzierżawa i powinni się wyprowadzić i zamknąć, nie oddali terenu. Grają nam na nosie - wścieka się Hanna.
Kobieta opowiada, że koresponduje z Aktywną Warszawą, a ta twierdzi, że w sprawie lokalu "robi, co może". - Miasto ocenia, że to jest dla nas jakaś uciążliwość. Ja zawsze tłumaczę: to nie jest uciążliwość, to jest szkodliwość. Uciążliwość to jakby ktoś mi rury kładł na ulicy, a ja bym musiała przejść drugą stroną po drewnianej kładce - żacha się moja rozmówczyni.
Hannę zastanawia jedna rzecz. - Że miasto nie może tam odciąć mediów. To proste. To nie jest mieszkaniówka, gdzie ktoś nie płaci czynszu i mu się zamyka wodę i prąd, co jednak jest moralnie trudne. To działalność stricte biznesowa. Nie rozumiem dlaczego nie można w dzień, kiedy miejsce jest zamknięte, założyć kraty i nie wpuścić ludzi oraz odciąć mediów. Przechodzi to moje pojęcie - dodaje.
Kobieta powołuje się na zarządzenie prezydenta Warszawy z 24 kwietnia 2015 roku "w sprawie ograniczania możliwości korzystania z niektórych nieruchomości w celu ochrony przestrzeni publicznej m.st. Warszawy przed hałasem". - Miasto w ogóle nie jest zainteresowane egzekwowaniem swoich własnych przepisów. Mam korespondencję z magistratem, ale ja sobie piszę do ściany. Piszą byle co, żeby spławić człowieka. Nie wiem, gdzie są beneficjenci tej sytuacji. Oprócz oczywiście właścicieli tych klubów musi być jakieś grono, które korzysta z tej sytuacji. A my cierpimy na zdrowiu - podkreśla mieszkanka Saskiej Kępy.
"Gazeta Stołeczna" cytowała jednego z właścicieli klubu, Piotra Doraka. Przekonywał, że miejsce nie zniknie. Jak dodał, przed rozpoczęciem działalności prowadzono dialog z mieszkańcami na temat hałasu. "Zleciliśmy także wykonanie operatu akustycznego. Działamy na podstawie jego wytycznych, co daje nam gwarancję, że nie zakłócamy spokoju naszych sąsiadów" - podkreślił Dorak.
"Schodzimy tam jak do schronu"
- Nie ma nocy, żebym się nie obudziła, potem nie mogę zasnąć przez długie godziny - opowiada w rozmowie z Tokfm.pl Barbara. Jak zaznacza kobieta, w tegoroczny sezon wakacyjny z mężem "chillują" na Saskiej Kępie. - Całe lato od czerwca mamy okazję być "nausznymi" świadkami tego hałasu. Jeszcze ten stadion (Narodowy - red.) pal licho, to się kończy o 23 czy 23.30. Ale łomot o czwartej, szóstej rano? To nawet nie jest muzyka, to jest taki huk, momentami jakieś techno. Dwa razy obudziłam się z poczuciem lęku, zagrożenia jak z horroru - skarży się kobieta.
- Straż w ogóle nie reaguje, potrafi sobie pozwolić na komentarze niesympatyczne wręcz, że jak mi się nie podoba, to może jestem stara. To nie ma nic do rzeczy, każdy ma prawo do odpoczynku. Niech mają swoje imprezy, bawią się, ale kilka decybeli mniej - prosi kobieta.
Ona też nie jest w stanie pojąć nieporadności władz. - Nie rozumiem, jak nie można tego zamknąć? W praworządnym państwie nie można czegoś skończyć, jak jest wygaszenie umowy? Wystarczy odciąć wodę, prąd. Wchodzi potem Sanepid, że nie ma warunków, są ogromne kary - mówi Barbara.
- Momentami słyszę, że cisza, myślę sobie, policja, interwencja. A tu nagle bum - żali się kobieta. - Znam ludzi, którzy w trzy mieszkania po prostu się poddali i kupili wspólnie dom w Aninie, bo nie byli w stanie tu żyć. Szkła im latały po pokojach - opowiada.
Ona sama znalazła własny sposób na hałasy. Zwłaszcza, gdy odwiedzają ją nieprzyzwyczajone do takiego poziomu głośności wnuki. - Śpimy w piwnicy na polówkach. Z mężem rozważamy wręcz przeniesienie tam sypialni - dodaje.
- Mamy pod mieszkaniem widną piwnicę, przebiliśmy strop, zrobiliśmy schody. To będzie dla nas optymalne miejsce do spania. Jest okno, ale jest ciemno i cicho, bo to od przeciwnej strony. Schodzimy tam jak do schronu - śmieje się Barbara.
Zarządca milczy
25 sierpnia spytaliśmy zarządcę terenu, Stołeczne Centrum Sportu Aktywna Warszawa, na jakim etapie jest sprawa przejęcia klubu. Dlaczego miasto nie jest w stanie wymóc na właścicielach zakończenia działalności, choćby poprzez zamknięcie lokalu czy odcięcie mediów? W rozmowie telefonicznej kilka dni później Bartłomiej Stępień, odpowiedzialny za kontakt z mediami, obiecał odpowiedź na nasze pytania. Do czasu publikacji tego tekstu jej nie otrzymaliśmy.
Odpowiedź przyszła dzień później. "Były dzierżawca nieruchomości przy ul. Wał Miedzeszyński 407, na której zlokalizowany jest m.in. klub Lunapark, odmówił jej wydania właścicielowi, tj. m.st. Warszawa i od dnia 1 lipca 2025 r. zajmuje ją bezumownie. W związku z tym podejmowane są przewidziane prawem działania zmierzające do odzyskania nieruchomości. Do byłego dzierżawcy zostało wysłane ostateczne przedsądowe wezwanie do wydania nieruchomości, w którym wyznaczono termin 14 dni na spełnienie żądania, licząc od dnia doręczenia pisma. W przypadku niewydania nieruchomości po upływie wyznaczonego terminu, SCSAW wystąpi do sądu z odpowiednim pozwem. Ewentualne dalsze kroki, w tym egzekucja komornicza, będą podejmowane po uzyskaniu prawomocnego wyroku. Jednocześnie wskazujemy, że z uwagi na przyjętą strategię sądową, SCSAW może informować jedynie o działaniach, które już miały miejsce, a nie jakie SCSAW planuje podjąć. Ponadto wyjaśniamy, że informacja o zakończeniu umowy dzierżawy i zajmowaniu nieruchomości przez Domex i inne podmioty bez tytułu prawnego i zgody właściciela została przekazana do przedsiębiorstw zajmujących się dostawą wody, energii elektrycznej i gazu" - przekazał Stępień.
- Lunapark jest na widelcu, bo działa w pewnym sensie nielegalnie. Ale są też inne kluby. Nie rozumiem dlaczego nie zabiorą im koncesji na alkohol? Bez tego byłoby im ciężko na pewno, nie tłukliby takiej kasy - uważa Alicja.
Już po naszej rozmowie "Raport Warszawski" informował, że rada dzielnicy Praga Południe faktycznie postanowiła odebrać miejscu pozwolenie na sprzedaż alkoholu. Lunapark odwołał się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. We wrześniu ma zostać skierowany wniosek o wydanie nieruchomości. Naliczane są też kary administracyjne za nielegalne jej zajmowanie.
Miasto chciałoby, żeby teren dawnych basenów był ogólnodostępny i służył mieszkańcom do aktywności fizycznej, spędzania czasu na świeżym powietrzu (działka przylega do obszaru Natura 2000). Na razie jednak niewiele się zmieniło. Imprezy wciąż dają w kość mieszkańcom. - Walenie w nocy nie dało mi spać, bo po wylocie wnuków wróciłam ze spaniem z piwnicy - mówi Barbara. - Było koszmarnie - wtóruje jej Hanna.
Źródło: TOK FM