,
Obserwuj
Świat

Czy hantawirus zatrzyma wycieczkowy biznes? Ekstremalni turyści mają dużo pieniędzy

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
14.05.2026 06:31

150 osób z 23 krajów, kilkutygodniowy rejs przez najbardziej niedostępne wyspy na Ziemi po dwadzieścia kilka tysięcy dolarów za bilet. Tak zaczyna się jedna z najgłośniejszych ostatnio historii w biznesie wycieczkowym, której dramatyczny finał postawił na nogi cały świat, w tym światowe rynki, przemysł farmaceutyczny i służby epidemiologiczne. Ze strachu przed nowym kryzysem zdrowotnym, fundowanym światu przez masową turystykę.

MV Hondius
MV Hondius
fot. JORGE GUERRERO/AFP/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Że wyprawy ekspedycyjne to najszybciej rosnąca gałąź całej branży statków wycieczkowych, zwłaszcza wśród bogatych turystów;
  • Jak jeden statek postawił na nogi służby na trzech kontynentach i zaagnażował potężne pieniądze w akcję ratunkową;
  • I czy ten przypadek budzi strachy o kryzys zdrowotny, fundowany światu przez masową turystykę.

Był 31 marca, gdy w porcie w Ushuaia, najdalej wysuniętym na południe mieście na ziemi, pokładowy kucharz zrobił zdjęcie załogi inaugurując kolejny ekstremalny rejs wycieczkowy na krańce świata. Zdjęcie opatrzył podpisem: "One Table, Nine Nations, One Epic Journey", czyli „jeden stół, dziewięć narodowości, epicka wyprawa”. Następnego dnia, statek, na którym szefował kuchni, MV Hondius wypłynął na Południowy Atlantyk.

Boom na wyprawy ekspedycyjne

Żeby zrozumieć co się stało na Hondiusie, trzeba najpierw zrozumieć, czym taki rejs jest. Bo to nie luksusowy liniowiec, pływające wesołe miasteczko, z basenami, kasynem i luksusowymi restauracjami na wielu pokładach, zawijający regularnie do najpopularniejszych, choć wciąż egzotycznych portów na świecie. To zupełne takiej wycieczki przeciwieństwo. To podróż do miejsc, gdzie nie dociera żadna linia lotnicza, a turystów liczy się w dziesiątkach, a nie w tysiącach. To część globalnego morskiego przemysłu rejsowego, który w ubiegłym roku obsłużył rekordową liczbę turystów: ponad 37 milionów osób. I który regularnie rośnie: ostatnio o 7 procent rocznie, w kolejnych dwóch latach ma to być kolejne 10 procent. W dynamicznie rosnącej branży jeden segment wyróżnia się najmocniej. To właśnie rejsy ekspedycyjne, takie jak ten, w który wypłynął Hondius.

W boomie na rejsy wycieczkowe, wyprawy ekspedycyjne rosną najszybciej ze wszystkich segmentów. Zainteresowanie wizytami na Antarktydzie wzrosło w tym roku o jedną trzecią. Liczba turystów lądujących na Półwyspie Antarktycznym w ubiegłym sezonie to już ponad 80 tysięcy, przed pandemią było ich mniej więcej o połowę mniej. Bogaci podróżnicy szukają doświadczeń, które można opisać wyłącznie słowami z przedrostkiem "naj": najdalej, najrzadziej, najbardziej. I za to płacą. Ile konkretnie? Rejs ekspedycyjny na Antarktydę kosztuje średnio około 30 tysięcy dolarów od osoby. To cena samej podróży – bez biletów, by dolecieć na miejsce i bez ubezpieczenia, które okazuje się sprawą kluczową, zwłaszcza, gdy chodzi o koszty medyczne.

W awaryjnej sytuacji na Antarktydę nie doleci żaden ratowniczy śmigłowiec, a do najbliższego miasta z infrastrukturą medyczną Punta Arenas jest jakieś tysiąc kilometrów, więc każda ewakuacja odbywa się samolotem. Ale są okoliczności, w których ratunku nie będzie znikąd. Jak w przypadku dramatycznego rejsu na najodleglejsze wyspy świata.

Tu zagrożenie nie przyszło od morza. Statek nie wpłynął w sztorm, nie uległ awarii i nie został porwany. Nieszczęście zostało zawleczone z lądu i przez wiele dni czaiło się potem w przewodach wentylacyjnych. Hantawirus jest przenoszony przez kontakt z zakażonymi gryzoniami, gdy cząsteczki ich wydzielin unoszą się w powietrzu i tą drogą dostaną się do dróg oddechowych. To najczęstszy, ale nie jedyny sposób zakażenia. Bo choć hantawirusy co do zasady nie przenoszą się pomiędzy ludźmi, istnieje szczep, który to potrafi. I taki właśnie wsiadł na pokład wycieczkowca i popłynął na nim w rejs.

Pierwsze objawy wyglądają jak grypa. Ale w niektórych przypadkach w ciągu kilku dni następuje ciężka niewydolność oddechowa - ciężkie zapalenie płuc. Śmiertelność dla tej odmiany? Około 40 procent. Leczenia nie ma, szczepionki też nie. Jest opieka medyczna i nadzieja, że organizm sobie poradzi. I teraz o zagrożeniach jakie niesie ze sobą globalna turystyka, w tym przypadku bardzo egzotyczna. I jak się ostatecznie okazało - ekstremalna.

Alarm na pół świata

I podstawowe pytanie: skąd na wycieczkowym statku wziął się wirus przenoszony przez myszy, szczury czy wiewiórki? Eksperci analizujący przypadek Hondiusa wykluczają scenariusz z gryzoniami, bo nie ma żądnych informacji o tym, by znalazły się na pokładzie statku. Najbardziej prawdopodobne więc, że został "wniesiony" przez podróżnych. Prawdopodobnie przez parę numer jeden, która mogła się zarazić podczas wycieczki ornitologicznej po Ameryce Południowej. Pierwsi zarażeni odwiedzali bowiem miejsca, gdzie występuje gatunek szczura - nosiciela wirusa. I dlatego Argentyna wysłała ekipy do łapania i testowania gryzoni wzdłuż trasy, którą przebyli podejrzani pasażerowie.

Mężczyzna zachorował na Hondiusie jako pierwszy, zmarł w pierwszej połowie kwietnia. Jego żona byłą druga, po tym jak dotarła do RPA, dokąd poleciała z ciałem męża. Dwa tygodnie później na statku zmarła kolejna pasażerka. Pasażer ewakuowany do Johannesburga leży na oddziale intensywnej terapii. Inny wysiadł na Wyspie Świętej Heleny i poleciał do Szwajcarii. Leży w izolacji w szpitalu w Zurychu, w izolatce towarzyszy mu żona, na szczęście bez objawów. Reszta pasażerów po międzynarodowej awanturze wywołanej obawą przed nową pandemią, dobiła na statku do portu na Teneryfie. Stamtąd pod kontrolą epidemiologów została rozesłana po świecie, zgodnie z narodowością. W akcję były zaangażowane służby epidemiologiczne na trzech kontynentach i w kilkudziesięciu krajach. Koszty? Zapewne niemałe, choć na razie trudno je podliczyć. Nasuwa się więc pytanie nie o to, jak bardzo wirus jest groźny, bo to eksperci z grubsza wiedzą. Ale o to, jak to możliwe, że swobodnie opłynął pół świata.

Od pierwszej śmierci do powiadomienia światowej Organizacji Zdrowia minął miesiąc. W tym czasie Hondius razem z wirusem na pokładzie odwiedzał kolejne wyspy, a pasażerowie wysiadali i wsiadali, lecieli do Niemiec, Holandii, RPA, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Stanów Zjednoczonych. Wszyscy potencjalnie zakażeni mikrobem, którego okres inkubacji wynosi do ośmiu tygodni. Wszędzie dokąd dotarli, podniesiono więc alarm, bo to rodzaj zagrożenia, na który współczesna medycyna nie ma na razie dobrej odpowiedzi. Nie dlatego, że wirus jest nieznany, ale dlatego, że świat stał się mały. A podróże ekspresowe, w które - jak widać - dookoła świata wyruszają nie tylko turyści.

Na koniec słowo o tym, co wydarzenia godne filmowego thrillera oznaczają dla branży. Eksperci od podróży i reprezentanci ubezpieczycieli mówią zgodnie: jednorazowy wybuch epidemii nie zatrzyma boomu na rejsy na koniec świata. Bo ekstremalni turyści pieniędzy mają więcej, a strachu jakby w nich mniej. Swoje wyprawy planują z solidnym wyprzedzeniem i świadomością zagrożeń, przynajmniej takich, jakie są w stanie sobie wyobrazić. Epidemia rzadkiego wirusa raczej do nich nie należała, ale i ona branży nie powstrzyma, nawet jeśli finałem ekstrawaganckiej ekspedycji jest globalna mobilizacja, sześć europejskich lotów repatriacyjnych, ponad 300 urzędników w porcie na Teneryfie i kilkanaście krajów postawionych w stan najwyższej gotowości. Do tego zaniepokojone perspektywą nowej epidemii światowe rynki. Zaniepokojone na tyle, by ceny akcji firm farmaceutycznych poszły w górę.

źródło: TOK FM