"Puszczalskie" na ulicach Gdańska. "Nie zapraszamy do gwałtu"
- Mamy głębokie dekolty, buty na koturnach, krótkie spódniczki, tak jak stereotypowe puszczalskie. Wszystko po to, by przyciągnąć uwagę do problemu - mówiła jedna z organizatorek marszu, która dekoltem przyciągała uwagę do napisu: "Nie, to nie". To zresztą przewodnie hasło marszu, które oznacza, że w każdym przypadku "nie" oznacza "nie".
- Krótkimi spódniczkami i dekoltami mówimy tym, które usłyszały, że "to twoja wina bo prowokowałaś", że to nie tak. Mamy prawo ubierać się tak jak nam się podoba i nie jest to żadne uzasadnienie dla przemocy - przekonywała dziewczyna w czarnym gorsecie. - Mam tu hasło "spódniczka dupy nie daje". Kobieta, gdy zostanie zgwałcona, nie może być osądzana za ubranie - dodaje.
"To ich problem, nie nasz"
Kolorowy marsz przeszedł z okolic dworca PKP na Długi Targ. Większość przechodniów popierała marsz: - Oczywiście, ze się zgadzam z tymi hasłami - mówił chłopak na rowerze. - Nie można oceniać ludzi po ubraniu.
Nie wszyscy jednak - jak okazało się w rozmowie z TOK FM- zrozumieli przesłanie akcji:
- Czy wiecie o co chodzi?
- To ich problem, nie nasz - mówił mężczyzna w koszulce bez rękawów. - Niektóre są nawet fajne
- - Jak puszczalskie - roześmiał się jego kolega.
- - Ale czy rozumiecie przesłanie tego marszu?
- - Ta w czarnym mogłaby mi wytłumaczyć - wykrzywił się w uśmiechu.
"Bo ubranie nie ma znaczenia"
- Nawet jeśli jedna osoba zrozumiała, że kobieta ubraniem nie zaprasza do gwałtu, to było warto - mówiły organizatorki po marszu. - Ale mamy wrażenie, że zrozumiało to dużo więcej osób.
Idea marszu po angielsku zwanego SlutWalk powstała w Kanadzie po słowach konstabla, że kobieta, która była ubrana jak "puszczalska", była współwinna tego, że została zgwałcona.