,
Obserwuj
Świat

Byli podwładni Trumpa przerwali milczenie. "Wariat, który wrzeszczy w okrągłym pokoju"

7 min. czytania
16.08.2025 12:59
"(Trump - red.) chciał wiedzieć, co piszą na paskach informacyjnych. Chciał, żeby je ściągać i drukować. I robiła to Sala Kryzysowa. (...) To zadanie z pewnością należało do najbardziej prozaicznych, jakie kiedykolwiek powierzono wysoko wykwalifikowanym specjalistom wywiadu zatrudnionym w Białym Domu" - piszą George Stephanopoulos i Lisa Dickey, autorzy książki "Situation room. Pokój, w którym ważą się losy świata".
|
|
fot. Polaris/East News

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Situation room. Pokój, w którym ważą się losy świata" autorstwa George'a Stephanopoulosa i Lisy Dickey, w przekładzie Łukasza Praskiego, która ukaże się 29 lipca 2025 roku nakładem wydawnictwa Prószyński Media.

"Nigdy wcześniej nie spotkałem mniej zdyscyplinowanego i zorganizowanego człowieka", powiedział mi doradca do spraw bezpieczeństwa krajowego Tom Bossert. Bez względu na usilne starania jego głównych doradców i członków gabinetu "nikomu nie udało się powstrzymać go od ciągłego podważania naszej roli i podejmowania decyzji poza przyjętą drogą postępowania".

"Każdy człowiek obdarzony rozsądkiem - jak Mattis albo Tillerson - natychmiast dochodził do wniosku, że lepiej trzymać się z daleka od Trumpa - wspominał Bossert. - Za nic nie można było ściągnąć Mattisa do Białego Domu. Uważał, że «to wariat, który wrzeszczy w okrągłym pokoju. Im mniej czasu będę tam spędzał, tym więcej mogę poświęcić na zajmowanie się swoimi sprawami»". Tillerson i Mattis zaczęli się nawet regularnie spotykać poza Białym Domem, żeby ominąć prezydenta.

Szef Narodowego Centrum Zwalczania Terroryzmu Nicolas Rasmussen piastował to stanowisko przez dwa lata za władzy Obamy i rok za władzy Trumpa. Powiedział mi, że różnica była ogromna. "Za czasów administracji Trumpa częstotliwość narad w Sali Kryzysowej zdecydowanie zmalała - mówił. - W latach prezydentury Obamy bywałem w Białym Domu trzy, cztery, a nawet pięć razy w tygodniu", by uczestniczyć w spotkaniach na różnych szczeblach. "Za administracji Trumpa czasem mijało kilka tygodni bez żadnych działań czy narad".

'Situation room. Pokój, w którym ważą się losy świata', George Stephanopoulos, Lisa Dickey
'Situation room. Pokój, w którym ważą się losy świata', George Stephanopoulos, Lisa Dickey
Prószyński Media

"Nie sądzę, żeby przez półtora roku, które tam spędziłem, Trump był w Sali Kryzysowej więcej niż cztery razy - powiedział mi Bossert. - Nie przepadał za tym miejscem. Nie podobało mu się, gdy musiał tam iść. Wolał, żeby wszyscy  przychodzili do niego". Bossert próbował dopasować procesy Sali Kryzysowej do specyficznego stylu Trumpa. W trakcie przekazywania władzy siedział z szefostwem, by udoskonalić instrukcje szkolenia. "Starałem się dostosować je do nowej sytuacji - opowiadał - ponieważ Obama korzystał z informacji inaczej, niż, jak się domyślałem, będzie to robił Trump". Ostatecznie to obowiązkiem obejmującego urząd prezydenta jest wyjaśnienie, jak będzie chciał otrzymywać informacje, "ale Trump raczej nie zwracał uwagi na tego rodzaju szczegóły".

Rzadko szukał informacji w Sali Kryzysowej. Nie prosił o raporty, nigdy nie dzwonił z żadnymi pytaniami. Pytałem Bosserta, czy można zaryzykować stwierdzenie, iż dla Trumpa kanał Fox News był źródłem informacji porównywalnym z Salą Kryzysową.

"Nie przypuszczam nawet, żeby można w to było wątpić - odparł. - To w stu procentach trafna diagnoza". A potem zdradził mi coś, o czym nigdy nie słyszałem:

"Przez pewien czas nie interesowało go, co mówią w stacjach informacyjnych. Chciał wiedzieć, co piszą na paskach informacyjnych", mówi Bossert. Chodzi oczywiście o paski przesuwające się u dołu ekranu telewizyjnego. "Chciał, żeby je ściągać i drukować… i robiła to Sala Kryzysowa. Przygotowywano dla niego książki składające się z wydruków pasków informacyjnych". To zadanie z pewnością należało do najbardziej prozaicznych, jakie kiedykolwiek powierzono wysoko wykwalifikowanym specjalistom wywiadu zatrudnionym w Białym Domu.

Nick Rasmussen pamięta rozmowę z pierwszego tygodnia prezydentury Trumpa, świetnie streszczającą odmienność obejmującej władzę administracji.

"Pamiętam, jak poszedłem na naradę poświęconą Jemenowi z [zastępczynią doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego] K.T. McFarland - opowiadał. - I ktoś zapytał: «Co się będzie działo potem?»" Grupa omawiała możliwe scenariusze wydarzeń, w tym przewidywane działania prezydenta. "«Wszyscy jesteście zaangażowani w ten proces - powiedziała. - Ale to jest wasz proces, nie jego»". McFarland wyjaśniła, że Trump woli podejmować decyzje w zamkniętym gronie rodziny i zaufanych doradców, wśród których często byli stratedzy polityczni i klakierzy.

Skłonność Trumpa do zapraszania przypadkowych osób na spotkania poświęcone sprawom poufnym prowadziła do nieprzyjemnych sytuacji. Ci, którzy nie mieli poświadczenia bezpieczeństwa, ale nie chcieli przeciwstawić się prezydentowi, spotykali się z irytacją oficerów wywiadu. Tajnym odprawom towarzyszyło ciągłe napięcie i nikt w sali nie czuł się komfortowo prócz Trumpa, wyraźnie zadowolonego, że ma przy sobie swoją świtę.

Ilekroć w Sali Kryzysowej jest prezydent, ludzie próbują wkręcić się do środka. "Zawsze mamy gromadę ciekawskich spoza grona decydentów - opowiadał Bossert. - Chcą się tam dostać i usłyszeć, o czym się dyskutuje". Za administracji Trumpa tyle osób chciało uczestniczyć w spotkaniach w Sali Kryzysowej, że utworzono dodatkową salę dla publiczności. Ludzie siedzieli w innej części kompleksu i patrzyli w ekran - to była kolejna z trumpowskich innowacji, skrojona na miarę człowieka, który stał się powszechnie znany dzięki występom w oglądanej w całym kraju telewizji.

Gdy Bossert opuścił Biały Dom, pewnego dnia odebrał telefon od prezydenta Trumpa. Był wówczas w Korei Południowej i obaj z prezydentem korzystali z telefonów komórkowych. "«Panie prezydencie -powiedziałem - niech pan nawet nie zaczyna tej rozmowy» - wspominał Bossert. - «Jestem w innym kraju, połączony z ich siecią. Pański telefon jest na sto procent podsłuchiwany w tym kraju, a mój na dziewięćdziesiąt procent. Jeżeli rozmawiamy ze sobą, to mamy sto tysięcy procent pewności, że nas słuchają»". Obliczenia są być może dyskusyjne, ale dobrze ilustrowały spostrzeżenie Bosserta.

"Okej, Tom - odparł Trump. - Powiedz im, że mam ich po dziurki w nosie!" A potem jak gdyby nigdy nic zaczął rozmawiać, zupełnie ignorując ostrzeżenie. "Po prostu nie chciał słuchać", dodał Bossert, wciąż z nutą zdumienia w głosie.

I chociaż Trump narzekał na przecieki, to korzystając z tego telefonu sam stał się w gruncie rzeczy królem przecieków.

"Przyłapałem go na tym - mówił mi Bossert. - Wychodziłem z pokoju, a on złapał za telefon i zanim zdążyłem przekroczyć próg, zaczął rozmawiać z dziennikarzem o tym, co się właśnie stało. Odwróciłem się i wycelowałem w niego palec. «Z kim, u diabła, pan rozmawia?» Prezydent tylko wzruszył ramionami, nie przejmując się, że został przyłapany na gorącym uczynku. Skoro to robi, to zakłada, że wszyscy w ten sposób postępują - dodał Bossert. - Jego paranoja brała się między innymi z założenia, że wszyscy inni zachowują się tak samo jak on".

John Bolton, który zajmował wysokie stanowiska w administracjach prezydentów Reagana, Busha seniora, Busha juniora i Trumpa, jest człowiekiem do szpiku kości pedantycznym i zdyscyplinowanym. Dlatego chimeryczność Trumpa doprowadzała go do wyjątkowej pasji. Zapytałem go, czym narady w Sali Kryzysowej za Trumpa różniły się od spotkań organizowanych za rządów poprzednich prezydentów. "To była katastrofa - odparł. - Nie miał pojęcia, o jakich kwestiach jest mowa. Nigdy niczego się nie nauczył". Bolton uważał, że Trump czuł się "nie w swoim żywiole. Otaczali go wyłącznie ludzie, którzy wiedzieli znacznie więcej od niego. Dlatego wolał się wycofywać do Gabinetu Owalnego".

Bolton porównywał Trumpa z George’em W. Bushem, u którego sprawował urząd ambasadora Stanów Zjednoczonych przy ONZ. Bush junior "nie poruszał się tak zręcznie w sferze polityki zagranicznej jak jego ojciec - opowiadał Bolton. - Wiedział, że musi się sporo nauczyć, i się nauczył. Trump też musiał się sporo nauczyć, ale się tym nie przejmował". Bolton na początku przypuszczał, że Trump dorośnie do roli prezydenta. "Sądziłem, że jak w przypadku jego wszystkich poprzedników waga spraw, z którymi musiał się mierzyć, i poziom odpowiedzialności narzucą mu dyscyplinę, ale szybko się przekonałem, że nic takiego nie nastąpi".

Postawa Trumpa wobec polityki zagranicznej była szczególnie irytująca. "Przyszedł na urząd z wyobrażeniem, że o jakości stosunków dwustronnych będzie decydować charakter jego osobistych relacji z przywódcami - wspominał Bolton. - Do dziś tak mówi: «Miałem dobre relacje z Putinem […] przyjaźniłem się z Xi, Kim Dzong Un to mój serdeczny kumpel», i tak dalej w tym stylu". I choć osobiste stosunki niewątpliwie mają znaczenie w sprawach międzynarodowych, to "nie usuwają na drugi plan interesu narodowego - ciągnął Bolton. - W każdym razie na pewno nie dla postaci w rodzaju Putina, Xi, Kima i reszty. On jednak nigdy tego nie zrozumiał".

Najgorsza rzecz, zdaniem Boltona - która omal nie skłoniła go do złożenia dymisji z funkcji doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego - wydarzyła się w czerwcu 2019 roku, gdy Trump jednostronnie odwołał zaplanowany atak na Iran tuż przed wystrzeleniem rakiet.

Siły irańskie zniszczyły wart sto trzydzieści milionów dolarów amerykański dron zwiadowczy Global Hawk nad cieśniną Ormuz. Skutkiem tego aktu agresji były naciski na przeprowadzenie ataku odwetowego. "Odbyliśmy naradę NSC w stylu Brenta Scowcrofta - mówił mi Bolton. - W tym sensie, że nie mógłbym napisać lepiej jej scenariusza. Omówiliśmy wszystko - wszystkie okoliczności, opcje, całość w najdrobniejszych szczegółach". 20 czerwca podczas popołudniowego spotkania w Sali Kryzysowej, w którym brali udział liderzy obu partii z Kongresu, sfinalizowano plany przeprowadzenia ataku.

Po zakończeniu narady Bolton pojechał do domu wziąć prysznic i się przebrać, przewidując, że czeka go długa noc w Białym Domu. Utknął w korku na drodze George Washington Memorial Parkway i rozmawiał przez telefon z Mikiem Pompeo, gdy nagle przerwał im telefon z Sali Kryzysowej. Dyżurny poinformował ich, że prezydent życzy sobie telekonferencji z Boltonem, Pompeo, [pełniącym obowiązki sekretarza obrony Patrickiem] Shanahanem i [przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów generałem Josephem] Dunfordem. Kiedy wszyscy się połączyli, Trump oznajmił, ku zgrozie wszystkich uczestników, że odwołuje atak.

Co się stało? Dlaczego Trump tak nagle wyrzucił do kosza dokładnie przemyślany i uzgodniony ze wszystkimi plan? "Bo wpadł do niego jeden z prawników Białego Domu i powiedział, że doszły go słuchy, iż może zginąć około stu pięćdziesięciu Irańczyków - wyjaśnił Bolton. - Trump się przestraszył i odwołał. Samoloty dosłownie już zostały wysłane, więc wszystkie trzeba było zawrócić".

W swoich wspomnieniach Bolton napisał: "w moim doświadczeniu rządowym nigdy wcześniej nie byłem świadkiem bardziej irracjonalnego kroku ze strony jakiegokolwiek prezydenta". Był to klasyczny przykład działania Trumpa pod wpływem rady podszepniętej przez ostatniego rozmówcę. Ostrzeżenie od prawnika, że atak jest nieproporcjonalny do przewiny Irańczyków, "było całkowicie nietrafione, niezweryfikowane i nieprzemyślane - pisał Bolton - ale właśnie «fakt» takiego rodzaju wzbudził zainteresowanie Trumpa".