Ordo Iuris dopuszczone do procesu ws. "pomocy w aborcji". "Gdybym tego nie słyszała, to myślałabym, że to 1 IV"

Działaczka "Aborcji bez Granic" przekazała kobiecie w trudnej sytuacji własne tabletki do aborcji. Grożą jej za to trzy lata więzienia. - Justyna też ma doświadczenie przemocy domowej. Dzisiaj to powiedziała w sądzie, myślę, że mogę to zacytować: czuła, jakby pomagała sama sobie. Te kilkanaście lat temu ona przerwała ciążę i zrobiła to zupełnie sama bez niczyjego wsparcia. Nie chciała, żeby pani Ania dzisiaj była w sytuacji takiej jak ona wtedy i stwierdziła, że ją wesprze - mówiła w TOK FM Natalia Broniarczyk, członkini "Aborcyjnego Dream Teamu".
Zobacz wideo

Działaczka "Aborcyjnego Dream Teamu" Justyna Wydrzyńska, jako pierwsza kobieta w Europie, stanęła w piątek przed sądem za udzielenie pomocy przy aborcji. Aktywistka miała przekazać innej kobiecie, ofierze przemocy domowej, która chciała przerwać ciążę co najmniej 10 tabletek zawierających w składzie mizoprostol oraz wprowadzić do obrotu produkt leczniczy bez wymaganego pozwolenia.  O sprawie do prokuratury doniósł mąż kobiety. Działaczce grożą trzy lata więzienia. Proces ruszył, ale sąd odroczył sprawę do 14 lipca. - Pierwszy raz aktywistka, która jawnie działa w organizacji pomocowej (nasze nazwiska są znane), staje przed sądem za to, że pomogła komuś bez żadnego zysku. Justyna nie miała żadnego interesu w tym, żeby pani Ania przerwała ciążę - mówiła w TOK FM Natalia Broniarczyk z "Aborcyjnego Dream Teamu". 

Gościni TOK FM ubolewała, że sąd zgodził się, żeby do postępowania włączona została organizacja konserwatywnych prawników, Ordo Iuris. - Miałyśmy nadzieję, że ten wniosek nie zostanie uwzględniony. Ordo Iuris powoływało się w nim, że musi reprezentować pokrzywdzonego w sprawie, wskazując, że pokrzywdzonym jest płód oraz wszyscy jego następcy - powiedziała. 

Broniarczyk podkreślała, że adwokatki organizacji starały się zablokować ten wniosek, bo "płód - jako taki - nie jest podmiotem praw w Polsce". - Gdyby to nie stało się naprawdę i gdybym nie słyszała tego na żywo na sali rozpraw, to myślałabym, że jest 1 kwietnia. Ale niestety jest 8 kwietnia i sędzia dzisiaj stwierdziła, że płód może mieć reprezentację w sądzie - przyznała.

"Justyna czuła, jakby pomagała sama sobie"

Gościni Mikołaja Lizuta opowiadał też o kulisach całej sprawy. Mówiła, że pani Ania (to ona miała dostać tabletki od oskarżonej - red.) zgłosiła się do organizacji "Aborcja bez Granic" i opowiedziała o tym, że jest w przemocowej relacji z mężem. - Nie zostawiła żadnych wątpliwości, podkreślała to kilkukrotnie w mailach do organizacji, że jest zdeterminowana, żeby przerwać ciążę, że to jest jej decyzja - mówiła Broniarczyk.

Działaczka podkreśliła, że kobieta upatrywała w tym szansę na zakończenie przykrego związku z mężczyzną. - Bała się, że jeżeli urodzi kolejne dziecko, to ta zależność się zwiększy i będzie jej jeszcze trudniej odejść. Partner szantażował ją, że decyzja o przerwaniu ciąży wpłynie na to, czy będzie miała prawa do dziecka, które już mają. Groził, że jeśli wyjedzie z dzieckiem za granicę, to zgłosi porwanie. To była sytuacja patowa - oceniła aktywistka "Aborcyjnego Dream Teamu".

Problem pogłębiał do tego fakt, że wszystko to działo się pod koniec lutego 2020 roku, kiedy zaczynała się pandemia. - Obserwowałyśmy opóźnienia w dostarczaniu tabletek (poronnych - red.) z zagranicy, ponieważ poczta zaczynała być obciążona. A kraje, do których najczęściej wysyłamy na zabiegi aborcji, zaczynały mówić o tym, że rozważają zamknięcie granic - mówiła Broniarczyk. 

Na podstawie tych wszystkich informacji Justyna Wydrzyńska zdecydowała się przekazać kobiecie własne tabletki do aborcji. A przede wszystkim - jak podkreśliła - na podstawie własnych przeżyć życiowych. - Justyna też ma doświadczenie przemocy domowej, bycia w małżeństwie, gdzie mąż ją kontroluje, sprawdza, rozgrywa dziećmi. Dzisiaj to powiedziała w sądzie, myślę, że mogę to zacytować: czuła, jakby pomagała sama sobie - opisywała działaczka Aborcyjnego Dream Teamu.

- Stwierdziła, że musi to zrobić. Tak jak te kilkanaście lat temu ona przerwała ciążę i zrobiła to zupełnie sama, bez niczyjego wsparcia. Nie chciała, żeby pani Ania dzisiaj była w sytuacji takiej jak ona wtedy i stwierdziła, że ją wesprze - relacjonowała Broniarczyk.

Zwróciła także uwagę, że po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w 2020 roku, który zaostrzył przepisy aborcyjne, organizacje takie jak "Aborcja bez Granic" czy "Aborcyjny Dream Team" stały się bardziej potrzebne, a co za tym idzie widoczne. - W związku z tym i ataki są silniejsze. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w tej rozgrywce politycznej - stwierdziła aktywistka.

DOSTĘP PREMIUM