"Poufna rozmowa" zablokowana "po taniości". "Gdyby ABW chciała być skuteczna, musiałaby działać jak Chiny"

- Trudno jest zablokować stronę w internecie. Można to zrobić w sposób skomplikowany i drogi, a wtedy trochę bardziej skuteczny. A można udawać, że się blokuje, pozornie skutecznie dla większości użytkowników - w ten sposób Adam Haertle, redaktor naczelny portalu zaufanatrzeciastrona.pl komentował w TOK FM nałożenie przez ABW blokady na stronę publikującą maile wykradzione rzekomo ze skrzynki ministra Michała Dworczyka.
Zobacz wideo

Chodzi o stronę poufnarozmowa.com, która publikuje treść maili, jakie miały zostać wykradzione z prywatnej skrzynki ministra Dworczyka. W wymianie wiadomości mieli brać udział najważniejsi urzędnicy w państwie, na czele z premierem Mateuszem Morawieckim. Blokadę strony zleciła operatorom Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, powołując się na zagrożenie obronności, bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego. 

Adam Haertle, redaktor naczelny portalu zaufanatrzeciastrona.pl, uważa, że decyzja, by działającą już jakiś czas stronę zablokować właśnie teraz, ma związek z wydarzeniami sprzed kilku tygodni. - Trzy tygodnie temu ABW zleciła blokadę stron siejących rosyjską propagandę. I ta blokada prawdopodobnie osiągnęła wymierny efekt. Wielu internautów wchodzących na te strony nie zorientuje się, że jest to blokada, tylko uzna, że strona po prostu nie działa. Ktoś więc stwierdził, że skoro blokada działa i skoro nie ma protestów, to i tę stronę zablokujmy - mówił w audycji "A Teraz Na Poważnie" w TOK FM.

Jak przyznał, jego odczucia są ambiwalentne. - Z jednej strony wiemy, że maile zostały wykradzione i są publikowane prawdopodobnie przez służby białoruskie, być może we współpracy ze służbami rosyjskimi, po to, żeby szkodzić Polsce - podkreślał. Z drugiej strony mówił też, że w przypadku poufnarozmowa.com trudno mówić o istotnym zagrożeniu bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego. - Mam nadzieję, że w obliczu ujawnienia blokady rządzący zastanowią się nad swoim życiem - dodał w rozmowie z Mikołajem Lizutem. 

Model polski a model chiński

Osobną kwestią jest skuteczność blokady. Prowadzącemu udało się wejść na zablokowaną stronę - bez większych problemów - w czasie trwania audycji. - Trudno jest zablokować stronę w internecie - przyznał Adam Haertle. Jak mówił, można to zrobić w sposób skomplikowany i drogi, a wtedy trochę bardziej skuteczny. - A można udawać, że się blokuje, pozornie skutecznie dla większości użytkowników, za to tanio i prosto - wyjaśniał. Tłumaczył, że ów prosty i łatwy do ominięcia sposób blokowania narzuciła jeszcze ustawa antyhazardowa. 

Jak dodał, sposób jest łatwy do obejścia, ale zapewne znaczna część użytkowników do zablokowanej strony nie dotrze - o ile nie wykaże minimum determinacji. - Większość użytkowników sieci czy dużych operatorów komórkowych czy stacjonarnych, tej strony nie zobaczy. Pan wszedł, bo korzysta pan z usług serwera DNS, który widocznie nie zastosował tej blokady. Serwer można więc zmienić na serwer zagranicznego dostawcy, by takie blokady omijać - tłumaczył.

Przy czym, jak dodał Haertle, nieco bardziej skuteczne blokowanie stron internetowych niosłoby ogromne koszty idące w miliony, które musieliby ponieść operatorzy sieci. A poza tym byłoby już jawną cenzurą. - To są systemy podobne do chińskich czy takich, które stara się wdrożyć Rosja - podkreślił.

- Teraz blokada w Polsce polega na tym, że serwer, który odpytujemy, gdzie jest taka strona, okłamuje nas. Blokada chińska to już zaglądanie do każdego kawałka informacji, który do internetu wysyłamy i który odbieramy. I klasyfikowanie go jako prawomyślny lub nieprawomyślny. To wymaga ogromnych nakładów sprzętu, ludzi, procedur. Gdyby rząd polecił operatorom to zrobić, to trwałoby lata i kosztowało dziesiątki milionów - wskazywał. Inna droga to model rosyjski i po prostu odcięcie nieprawomyślnych serwisów. - Da się to zrealizować, ale wtedy trzeba już przyznać, że jest się państwem totalitarnym i cenzuruje się świat - dodał.

DOSTĘP PREMIUM