Lil Masti chce bronić sharentingu. "Szczególnie niebezpieczny patonadawca"
- Influencerka Lil Masti założyła fundację, która ma przeciwdziałać ruchowi eliminowania wizerunku dzieci z internetu i wspierać sharenting;
- Magdalena Bigaj podkreśla, że z punktu widzenia dobra dziecka rodzice nie mają prawa publikować jego wizerunku w sieci;
- Zdaniem ekspertki sharenting jest współczesną formą pracy przymusowej dzieci;
- Bigaj przypomniała, że w Polsce działają fundacje zajmujące się ochroną dzieci w internecie, a Lil Masti powinna przestrzegać wypracowanych standardów.
Aniela Woźniakowska, influencerka znana pod pseudonimem Lil Masti (w przeszłości SexMasterka), założyła Fundację Dzieci są z Nami. Jej celami są m.in. przeciwdziałanie "silnemu ruchowi środowisk mających na celu wyeliminowanie wizerunku dzieci z przestrzeni internetowej" i zapewnianie wsparcia dla "rodziców decydujących się na sharenting".
Odarte z prywatności od życia płodowego
- Trzeba sięgnąć do źródła i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dorośli mają prawo udostępniać zdjęcie dziecka w internecie. Nie mają prawa z punktu widzenia dobra dziecka - podkreśliła w "TOK360" Magdalena Bigaj, medioznawczyni, edukatorka higieny cyfrowej i prezeska fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa.
Jak zaznaczała gościni Filipa Kekusza, obowiązuje nas nie tylko prawo autorskie, ale Kodeks rodzinny i opiekuńczy, wedle którego opiekun musi brać pod uwagę konsekwencje decyzji dla dziecka - także przyszłe.
- Dużą wątpliwość budzi inicjatywa pani, która używa pseudonimu Lil Masti. Zwłaszcza że wystarczy zwrócić uwagę, jak wygląda jej profil. Jej profile w mediach społecznościowych wypełnione są zdjęciami dziecka, które jest odarte z prywatności w zasadzie od życia płodowego - przekonywała ekspertka.
Bigaj przypomniała, że Woźniakowska w 2019 roku w raporcie Rzecznika Praw Obywatelskich, Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i Fundacji Orange została wskazana jako "szczególnie niebezpieczny patonadawca". - Całą tę inicjatywę oceniam jako próbę poradzenia sobie z faktem, że na szczęście w opinii publicznej coraz częściej pojawiają się głosy o prawie dziecka do prywatności - stwierdziła.
Coraz więcej rodziców bowiem jest świadomych prywatności dziecka i jego prawa do opowiedzenia własnej historii. - To jest najpiękniejszy prezent, jaki można swojemu dziecku dać. Powiedzieć mu "nigdy nie opublikowałam twojego zdjęcia w internecie i teraz ty możesz zdecydować - jak już będzie na to czas - co chcesz o sobie opowiedzieć" - tłumaczyła.
Zwykli zjadacze internetu a sharentingowcy
Zdaniem Bigaj, należy jednak rozróżnić sytuację "zwykłego zjadacza internetu", który sporadycznie wrzuci do sieci zdjęcie dziecka, z którego jest dumny, od sharentingu. - To zjawisko jednoznacznie pejoratywne, polegające na regularnym dzieleniu się swoim rodzicielstwem. Poprzez pokazywanie wizerunku swojego dziecka czy ujawnianie informacji z jego życia prywatnego w mediach społecznościowych i budowanie na tym swojego kapitału - wyjaśniła.
Test na obecność sharentingu jest bardzo prosty - co profil rodzica oferowałby odbiorcom, gdyby zniknęły z niego jakiekolwiek informacje na temat dziecka.
Kuria ostrzega wiernych przed księdzem. 'Sakramenty są nieważne'
- Dziecko po prostu dzisiaj jest używane przez dorosłych, którzy trudnią się sharentingiem. Z punktu widzenia dziecka to jest współczesna praca przymusowa dzieci, wykonywana na rzecz dorosłych - oceniła gościni Kekusza.
Argumentem nie jest też zgoda dziecka. - Dziecko zawsze ufa swojemu rodzicowi i wierzy, że chce dla niego dobrze - wyjaśniała Bigaj.
Ekspertka przypominała także, że od lat działają w Polsce organizacje zajmujące się bezpieczeństwem dzieci w sieci (np. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę). - Te standardy istnieją i wystarczy ich przestrzegać. I gdyby pani patoinfluencerka była zainteresowana ich promowaniem, zaczęłaby od siebie, a następnie promowałaby te standardy wśród swoich odbiorców - zaznaczyła.
Inną kwestią są kompetencje Lil Masti. - Czy osoba, która powołuje tego typu organizacje, ma w ogóle kompetencje do tego, żeby zabierać głos w tym temacie? To jest coś, co powinno podlegać pewnej kontroli. To jest tak, jakbyśmy powiedzieli, że influencer kulinarny ma prawo odpowiadać za dietę dzieci w szpitalu tylko dlatego, że gotuje na oczach milionów - podkreślała.
Bigaj zaznaczała, że w internecie łatwo stworzyć wrażenia bycia ekspertem, na co także jako rodzice musimy uważać. I zwróciła uwagę na jeszcze jeden wątek.
- Częstym procederem, pewną "modą" wśród przestępców seksualnych, jest tworzenie za pomocą sztucznej inteligencji materiałów przedstawiających krzywdzenie seksualne dzieci osób popularnych. Rodzicom, którzy się zastanawiają czy publikować dzieci na swoich profilach, mówię jedno zdanie: jeśli nie chcesz się zastanawiać, czy twoje dziecko zostało umieszczone w filmie pornograficznym, po prostu nie publikuj - skwitowała Bigaj.