,
Obserwuj
Świat

To tam Donald Trump pojedzie w pierwszą zagraniczną podróż? Dwa powody

Wyborcza Opole
4 min. czytania
29.01.2025 10:39
Donald Trump chce znieść wszelkie ograniczenia dla wydobycia ropy naftowej, by obniżyć jej ceny. Powody są dwa. Po pierwsze: tania benzyna to bardziej zadowolony konsument. Po drugie: tańsza ropa uderza w Rosję. Pytanie, czy to wszystko uda się zrealizować w sytuacji, w której potentat numer dwa na rynku naftowym - Arabia Saudyjska - chce zarabiać na ropie jak najwięcej.
|
|
fot. AFP/EAST NEWS
  • Donald Trump zaczyna grać ropą naftową;
  • Ten niezbędny w światowej gospodarce surowiec to jednocześnie oręż w wojnie. Konkretnie oręż polityczny i to globalnego zasięgu;
  • Tańsza ropa uderza w Rosję, bo oznacza mniejsze wpływy do rosyjskiego budżetu wojennego;
  • Ekipa Białego Domu ma plan, w którym szczególną rolę odgrywa Arabia Saudyjska.   

 

Amerykańskie rezerwy paliwowe są największe na świecie. Mają chronić gospodarkę przed wstrząsami. W przeszłości tamtejsze rządy sięgały do nich oszczędnie, w sytuacjach ekstraordynaryjnych, wykorzystując nie więcej niż 10 procent zawartości. Rezerwy zostały zwolnione na przykład wtedy, gdy świat cierpiał na brak paliw wskutek wojny w Zatoce Perskiej, kryzysu w Libii oraz po huraganach, które zatrzymywały wydobycie w Zatoce Meksykańskiej.

 

Pięć lat temu Biały Dom zmienił taktykę i w ciągu trzech lat opróżnił rezerwy do połowy. Największa część trafiła na rynek, gdy wybuch wojny w Ukrainie gwałtownie podniósł ceny ropy oraz gdy amerykański rząd szukał pieniędzy na sfinansowanie federalnych wydatków. W ten sposób zarządzona przez Joe Bidena redukcja zapasów stała się największa w historii Stanów Zjednoczonych. Po ich opróżnieniu Ameryce zostało na czarną godzinę mniej więcej 55 proc. maksymalnej pojemności zbiorników.

By wypełnić wielkie kawerny "pod korek", potrzeba blisko 25 miliardów dolarów, mnóstwo czasu i zgody Kongresu. Na dodatek sprawa jest delikatna globalnie. Dlaczego? Bo zakupy w takiej skali wpłyną na cenę surowca na międzynarodowych rynkach. Podwyżkę odczują wszyscy - od Lizbony po Tokio. Bo ropy jest na sprzedaż ściśle określona ilość, na którą państwa-producenci na sztywno się umawiają.

Chodzi o delikatną równowagę między tym, czego świat potrzebuje i tym, ile skłonny jest za to zapłacić. Dlatego limity wydobycia korygowane są systematycznie - w ostatnim czasie przeważnie w dół. Bo im mniej ropy tym wyższa cena, a do kasy państw naftowych wpływa szerszy strumień petrodolarów. Producenci przeciągają więc linę w jedną stronę, a konsumenci w drugą.

Donald Trump i jego koncepcja "drill, baby, drill"

 

Najbardziej komfortowe położenie to takie, w którym wydobywa się dużo, a konsumuje mało. Jak państwa arabskie czy Norwegia. Nie należą do nich Stany Zjednoczone, największy na świecie konsument paliw. I dlatego za Oceanem zaczyna rządzić wezwanie: "wierć, kochanie, wierć", czyli "drill, baby, drill".

To jedno z wezwań politycznych ekipy Donalda Trumpa. Chodzi o zniesienie wszelkich ograniczeń wydobycia wprowadzonych przez poprzednią ekipę - między innymi z powodów przyrodniczych. Trump znosi zakazy wiercenia na Alasce i likwiduje limity na wodach przybrzeżnych. Ameryka ma produkować tyle ropy, ile tylko się da, choć już teraz jest numerem jeden na świecie. Interes ma w tym oczywisty. Więcej własnej ropy to niższe ceny paliw. Niższe ceny paliw to hamowanie inflacji. Niższa inflacja to zadowoleni konsumenci, którzy są przecież wyborcami. To też bardziej konkurencyjna gospodarka, bo cena energii to jeden z najpoważniejszych kosztów produkcji.

Ale to nie wszystko, co szykuje ekipa Białego Domu. Wszystko wskazuje na to, że ma znacznie większy plan. By się powiódł, spaść musi cena nie tylko amerykańskiej ropy, ale ropy w ogóle - w tym przede wszystkim ropy Ural. Jak do tego doprowadzić? Otóż zastosować wezwanie "drill, baby, drill" w skali globalnej. I dlatego Donald Trump apeluje do organizacji zrzeszającej państwa wydobywające surowiec, by podkręciły tempo. Szczególnie Arabia Saudyjska - drugi największy potentat w branży.

 

To Arabia Saudyjska będzie pierwszym celem na wizytę Trumpa?

 

Sprawa jest na tyle ważna, że Rijad może być celem pierwszej podróży zagranicznej nowego prezydenta USA. By interes ubić na miejscu, na przykład oferując Saudyjczykom atrakcyjne warunki inwestycji na amerykańskiej ziemi. Saudyjskie królestwo już teraz - z powodu systematycznego spadku zapotrzebowania na ropę - musi się rozglądać za innymi niż sprzedaż nafty źródłami gotówki.

W ramach wielkiego planu przebudowy swojej gospodarki planuje stać się ultraluksusowym turystycznym rajem na ziemi. A na razie dba o to, by cena jedynego zasobu, jakiego ma pod dostatkiem - trzymała się wysoko. Czyli dokładnie odwrotnie niż życzy sobie Waszyngton.

Bo Waszyngton życzy sobie globalnej obniżki. Uważa, że - po pierwsze - przyniesie ona powszechny dobrobyt, a po drugie - da zakończenie wojny w Ukrainie.

Pierwsze - dość oczywiste. Niskie ceny energii przyspieszają postęp. Drugie dotyczy Rosji, trzeciego po USA i Arabii Saudyjskiej producenta ropy na świecie. Im niższe ceny surowca, tym mniej paliwa dla rosyjskiej machiny wojennej. Jeśli Rosja za baryłkę będzie dostawać nie 75-77 dolarów (jak dzisiaj), ale około 65-ciu - będzie mieć fundamentalny problem. Zacznie jej brakować pieniędzy, a bez pieniędzy trudno prowadzić wojnę.

Czy to się w ogóle może udać? A jeśli tak - to kiedy?

Po pierwsze - czas. Po drugie - interesy. Zmiana poziomu wydobycia to skomplikowany proces, rezultaty rynkowe są widoczne po wielu miesiącach. Po drugie wielkość produkcji równa się możliwość lub brak możliwości - zarabiania. Zwłaszcza to drugie dla państw stojących ropą trudne jest do przełknięcia. Duszenie cen oznacza bowiem duszenie państwowych budżetów, chyba że wydobywa się ropy taką masę, że ilość równoważy stratę z powodu spadku ceny.

To jest możliwe tylko w przypadku założenia, że ktoś tę masę ropy zechce kupić. Co z kolej nie jest pewne, bo Międzynarodowa Agencja Energii przewiduje systematyczny spadek globalnych potrzeb. Wcale nie dlatego, że światowa gospodarka będzie zwalniać. Ale dlatego, że będzie coraz nowocześniejsza, czyli coraz bardziej efektywna.

Prosty przykład - auto hybrydowe pali mniej niż auto z tradycyjnym silnikiem. Jeździ tak samo, a paliwa potrzebuje mniej. W Unii Europejskiej aut z mieszanym napędem sprzedaje się już więcej niż modeli na benzynę. Dlatego zachowanie delikatnej równowagi wymaga zimnej krwi, precyzji oraz globalnego porozumienia i koordynacji. By w tej naftowej grze do końca nie stchórzyć.