"Ludzie mdleli w pracy, ktoś pluł krwią". Wstrząsająca relacja byłego pracownika Northvolt
- Szwedzki producent baterii do elektrycznych samochodów Northvolt złożył wniosek o upadłość, firma będzie działać w ograniczonym zakresie;
- W gigafabryce firmy w Skellefteå dochodziło do wielu nieprawidłowości - mówi Tokfm.pl były pracownik;
- Piotr twierdzi, że w fabryce panował chaos, awanse na menedżerskie stanowiska dostawali ludzie bez doświadczenia i kompetencji, a do tego pracodawca nie sprawdzał stanu zdrowia osób zatrudnionych na stanowiskach narażonych na silne działanie środków chemicznych;
- Były już pracownik wyjawił też, że w fabryce dochodziło do częstych przestojów. - Nie wiem, czy jakakolwiek bateria została z tego zakładu wywieziona - mówi.
Szykuje się największe bankructwo w historii Szwecji. Firma Northvolt, która miała być drugą po Ikei dumą narodową kraju, 12 marca złożyła wniosek o upadłość. Przedsiębiorstwo, które na rynku działało od października 2016 roku i zajmowało się produkcją baterii do aut elektrycznych, chciało zdominować europejski rynek i wyznaczać kierunki dla rozwoju przemysłu zielonej energii. Northvolt miał ambitny plan, by produkować baterie używając wyłącznie szwedzkich komponentów. Niestety coś poszło nie tak.
Jak na łamach Tokfm.pl pisał Wojciech Kowalik, w przypadku Northvolt trudno mówić o szwedzkiej jakości. Kowalik przypomniał, że na światło dzienne wyszedł szereg nieprawidłowości, do jakich tam miało dochodzić. Szwedzcy dziennikarze ustalili, że firma zatrudniała słabo przeszkolonych pracowników, a znaczna część załogi pochodziła z różnych krajów, niektórzy nie mówili nawet po angielsku. Baterie produkowane w fabryce Northvolt miały być tak marnej jakości, że Volkswagen powołał specjalną grupę, kontrolującą akumulatory ze Szwecji, a BMW przerzucił się na droższe, bo ściągane z Korei Południowej. Gwoździem do trumny Northvolta okazał się ujawniony w lutym tego roku skandal. Koncern, który obiecywał, że jako pierwszy w Europie będzie samodzielnie produkował baterie do pojazdów elektrycznych, w rzeczywistości korzystał z chińskich komponentów.
Desperackie próby ratowania samej firmy i jej wizerunku spełzły na niczym. Choć Northvolt przeprowadził restrukturyzację, między innymi zwalniając jesienią 2024 r. 1,6 tys. pracowników w samej tylko Szwecji, zaczął wyprzedawać zapasy i majątek - w tym uruchomioną w 2018 r. fabrykę w Gdańsku, katastrofie finansowej nie udało się zapobiec. Wniosek o upadłość został złożony, a sama firma czeka teraz aż jej bankructwo zostanie potwierdzone przez sąd. Po decyzji syndyka ma częściowo działać, ale nie z takim rozmachem. Pracę ma zachować 1,7 tys. z ponad 7 tys. pracowników.
Northvolt, czyli obraz nędzy i rozpaczy. "Ludzie mdleli w pracy"
Po pierwszych doniesieniach na temat rażących nieprawidłowości, do jakich miało dochodzić w firmie, z Tokfm.pl skontaktował się były już pracownik Northvolta. Pan Piotr (imię zmienione) pracował w szwedzkim gigancie przez pięć miesięcy, od czerwca 2024 r. Był zatrudniony jako kontroler jakości w głównym zakładzie firmy, gigafabryce w mieście Skellefteå na północy Szwecji.
- Ludzie mdleli w pracy. Byłem świadkiem, że ktoś pluł krwią w toalecie. Często pracownicy po prostu znikali i już się nie pojawiali w firmie. Nie wiadomo, co się z nimi działo, bo nigdy nie dostaliśmy klarownego wyjaśnienia, a jedynie wymijające odpowiedzi, że wrócili do swoich krajów - opowiada w rozmowie z Tokfm.pl.
Jak to się stało, że Piotr trafił do szwedzkiej fabryki? Ogłoszenie znalazł na popularnym polskim portalu i wysłał swoje CV. Po pozytywnej weryfikacji dalszą rekrutację prowadziła szwedzka agencja zatrudnienia. Piotr musiał odbyć rozmowę telefoniczną po angielsku i zdać test ze znajomości tego języka. Potem poszło już gładko. Firma kupiła mu bilet i załatwiła zakwaterowanie. Piotr zamieszkał w kontenerze, razem z innymi pracownikami. Warunki życia były raczej godziwe, bo każdy mieszkaniec kontenera miał swoją łazienkę, była też wspólna świetlica, lodówki, można było sobie gotować. Northvolt zatrudniał też serwis sprzątający odpowiedzialny za porządkowanie przestrzeni wspólnych czy wymianę pościeli.
Chociaż teoretycznie wszystko dobrze wyglądało i nie było powodów do narzekania, od początku w głowie Piotra zapalały się czerwone lampki. Chodziło o samą pracę i to, jak była ona organizowana.
- Nie mogłem zrozumieć, dlaczego firma nie prowadziła żadnej weryfikacji stanu zdrowia pracowników. Ani w samym procesie rekrutacji, ani potem. Zwłaszcza tych, którzy byli zatrudnieni w warunkach szkodliwych dla zdrowia, narażonych na działanie środków chemicznych czy metali ciężkich - opowiada nam Piotr. Jak dodaje, nie było ani ankiety zdrowotnej ani samych badań. W tego typu zakładzie produkcyjnym to duże zaniedbanie.
Piotrowi nie podobał się także sam proces wdrażania nowych pracowników. - To było szokujące, nigdy nie spotkałem się z tak dużą skalą niekompetencji, braku kwalifikacji, wiedzy i doświadczenia. Ludzie, którzy przepracowali tam trzy-cztery miesiące, szkolili nowych pracowników. Pięć tysięcy osób i praktycznie dziewięćdziesiąt procent nie wiedziało, co robić - opowiada nasz rozmówca.
Pracownicy, którzy kilka miesięcy wcześniej sami zaczęli pracę w fabryce, zostawali kierownikami działów. I mieli zarządzać grupami kilkudziesięciu osób.
- Decyzje były podejmowane w sposób nieracjonalny, spontaniczny. W firmie brak było jakichkolwiek procedur, jeśli chodzi o proces produkcyjny. To naprawdę wielki koncern, wszystko piękne, nowe, a prowadzone w sposób chałupniczy. Jak jakaś budka na bazarze. Naprawdę wstrząsające, bo ja wcześniej pracowałem we Francji, w dużo mniejszym zakładzie, ale pod względem struktury procedur to była przepaść - ocenia Piotr.
Godziny spędzone na stołówce zamiast na zakładzie
Zdaniem naszego rozmówcy, złe zarządzanie wpłynęło także na niepożądane przerwy w pracy. - Ze stu pięćdziesięciu godzin przepracowaliśmy w ciągu miesiąca siedemdziesiąt. Było dużo przestojów, mnóstwo rzeczy nie funkcjonowało. Przychodziliśmy do pracy na osiem czy dziewięć godzin, a bywało że sześć-siedem spędzaliśmy na stołówce, nic nie robiąc - mówi Piotr.
W ocenie byłego już pracownika Northvolta, kolejnym problemem było postawienie samej fabryki w mieście, gdzie średnia roczna temperatura to ledwo 3,6 stopnia na plusie. - Praktycznie od października do marca temperatura sięgała minus 20 stopni, śniegu po pas, a dodatkowo przez 20 godzin w ciągu doby panowała kompletna ciemność. Wielu pracowników tego nie wytrzymywało, ludzie mówili, że w tym okresie przestawiają się na tryb oszczędny, 60 procent załogi szło na chorobowe. Najczęściej zwolnienia przynosili od psychiatry. Mówili, że mają depresję, spadek nastroju i nie są w stanie pracować. Ten zakład praktycznie w tym okresie stał - twierdzi Piotr w rozmowie z Tokfm.pl.
Z jego relacji wynika, że morale załogi dodatkowo spadło, gdy gruchnęła wieść o planowanych przez firmę zwolnieniach grupowych. Doszła panika. - Wielu ludzi płakało. Dla nas, Europejczyków, widmo powrotu do kraju to jeszcze nic takiego, kupimy bilet i już, poradzimy sobie. Ale dla ludzi z Pakistanu czy Bangladeszu, którzy postawili wszystko na jedną kartę i przyjechali do Szwecji, zwolnienia grupowe to był prawdziwy dramat - zaznacza nasz rozmówca.
Gros pracowników zatrudnionych w Northvolt pochodziło bowiem z Azji. W ocenie Piotra, duża część z nich nie posiadała jednak odpowiednich kwalifikacji i doświadczenia, co również przekładało się na sam proces produkcji.
- Zaskakujące było dla mnie to, że ci ludzie po trzech-czterech miesiącach, nie mając jeszcze bezpośrednich kontaktów z firmą Northvolt, tylko będąc zatrudnionymi przez agencję pracy, otrzymywali w Skellefteå kredyty mieszkaniowe. Na spotkaniu zorganizowanym przez gminę dla osób narażonych na zwolnienia grupowe pojawili się przedstawiciele banku i namawiali tych biedaków na zaciąganie kredytów. To największy szok: ludziom grozi zwolnienie i nagle namawia się ich na wzięcie kredytu - mówi Piotr.
Zaklinanie rzeczywistości i puste obietnice
Spotkanie zorganizowane przez gminę miało też dać pracownikom zagrożonym zwolnieniami poczucie, że mogą znaleźć zatrudnienie w niedalekiej okolicy. Jednak zdaniem naszego rozmówcy, było to kompletną fikcją, bo bez znajomości szwedzkiego, a często nawet angielskiego, nigdzie poza Northvoltem nie można było znaleźć pracy.
Jak wyglądał sam proces zwolnień? W ocenie Piotra forma w tej kwestii także nie dowodziła klasy pracodawcy. - Co jakiś czas ktoś dostawał informację o zakończonej współpracy. Nie zachowywano okresu wypowiedzenia. Czasem do takiego zwolnionego pracownika przychodził menedżer, a czasem nawet nikt z kadry zarządzającej się nie fatygował, by wręczyć wypowiedzenie. Po prostu ktoś dostawał maila z informacją, że "jutro nie musi już przychodzić do pracy" - relacjonuje nasz rozmówca.
W 2024 r. trzy osoby zatrudnione w Northvolth zmarły z nieustalonych przyczyn. Choć doszło do tego poza samym zakładem pracy, to w bardzo krótkim czasie po zmianach. Szwedzka policja stwierdziła jednak, że zgony nie były bezpośrednio powiązane z wykonywaniem obowiązków służbowych, choć nie była w stanie ustalić przyczyn śmierci.
Śledztwo "Dagens Nyheter" ujawniło tymczasem, że w latach 2019-2024 w zakładzie doszło do 26 poważnych wypadków przy pracy - dwa z nich skończyły się śmiercią. W listopadzie 2023 roku 25-letni pracownik nie miał na sobie ognioodpornej odzieży, kiedy dokonywał prac konserwacyjnych przy jednej z maszyn. Urządzenie eksplodowało, a mężczyzna zmarł z powodu poparzeń.
Firma tonie, ale na zbytki i luksusy pieniędzy nie brakowało
Mimo że widmo zwolnień musiało już wcześniej krążyć nad firmą, w ciągu pięciu miesięcy pracy Piotra zorganizowano dla pracowników aż trzy spotkania integracyjne w "bardzo luksusowych hotelach". - Na sto pięćdziesiąt osób. Rozumiem, że to nagroda za produktywność, osiągnięcie sukcesów. Ale tam żadnych sukcesów nie było. Więcej czasu przesiedzieliśmy w stołówkach niż przy procesie produkcyjnym. Nie wiem, czy tam w ogóle jakakolwiek bateria jakościowa została z tego zakładu wywieziona - drwi nasz rozmówca.
W ocenie byłego już pracownika, cała koncepcja prowadzenia firmy od początku była skazana na niepowodzenie. Tak jakby to była zaplanowana katastrofa. Na samą działalność Northvolt pozyskał sporą część pieniędzy od szwedzkich funduszy emerytalnych (w 2021 r. zostały one, wraz z jednym kanadyjskim funduszem, akcjonariuszami Northvolta - red.).
- Firma sprzedawała piękną bajeczkę o ideologiach, wartościach, wspaniałej zielonej przyszłości, o uniezależnieniu się od Chin. I to w dzisiejszych czasach wystarczy, żeby przekonać inwestorów. Trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie to wyglądało - podkreśla Piotr.
Piotr odszedł z Northvolt na własne życzenie, sam złożył wypowiedzenie, bo nie chciał pracować w warunkach, o jakich nam opowiedział.
1 kwietnia poprosiliśmy biuro prasowe Northvolt o odniesienie się do całej sytuacji i opisanej przez naszego rozmówcę rzeczywistości. Spytaliśmy m.in. o brak procedur weryfikacji stanu zdrowia w procesie rekrutacji, brak doświadczenia ludzi na stanowiskach menedżerskich, liczbę wypadków śmiertelnych, przestoje w fabryce (także te spowodowane przez dużą część załogi na zwolnieniach chorobowych), spotkania integracyjne i zwolnienia.
Do czasu publikacji tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Posłuchaj: