"Władze wcześniej wiedziały, że nie był to atak Rosji". Smolar: Otworzyła się przestrzeń dla działalności prorosyjskich trolli

Dzień po eksplozji rakiety w Przewodowie Andrzej Duda poinformował, że "nie mamy żadnych dowodów, że została wystrzelona przez Rosję". Jednak zdaniem Eugeniusza Smolara władze wiedziały o tym już znacznie wcześniej. - Już przed godz. 19 we wtorek wiedziały, że nie był to atak Rosji na terytorium Polski. I że jest więcej niż prawdopodobne, iż w Przewodowie były szczątki rakiety przeciwlotniczej wystrzelonej przez Ukrainę - mówił w TOK FM ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.
Zobacz wideo

We wtorek po godz. 15 w Przewodowie doszło do eksplozji pocisku, w wyniku której zginęło dwóch obywateli Polski. Wkrótce "The Guardian" - powołując się na amerykański wywiad - podał, że na teren Polski wleciały rosyjskie rakiety. Po godz. 24 Andrzej Duda stwierdził, że "nie mamy w tej chwili żadnych jednoznacznych dowodów na to, kto wystrzelił rakietę".

Dopiero dzień później prezydent poinformował, że nic nie wskazuje na to, iż to intencjonalny atak na Polskę i że "nie mamy żadnych dowodów, że rakieta została wystrzelona przez Rosję". Jak przekazał, "jest wysokie prawdopodobieństwo, że była to rakieta, która służyła obronie przeciwrakietowej, czyli była użyta przez siły obronne ukraińskie".

Eugeniusz Smolar z Centrum Stosunków Międzynarodowych przyznał w TOK FM, że ta sekwencja zdarzeń jest dla niego zastanawiająca. - Wiem z wiarygodnego źródła - od kogoś, kto ma bliski kontakt ze środowiskami rządowymi - że władze Rzeczpospolitej, a więc rząd i prezydent, już przed godz. 19 we wtorek wiedziały, że nie był to atak Rosji na terytorium Polski. I że jest więcej niż prawdopodobne, iż w Przewodowie były szczątki rakiety przeciwlotniczej wystrzelonej przez Ukrainę. Stało się to w obliczu zmasowanego, ponoć największego od początku wojny ataku rakietowego Rosji na Ukrainę - mówił.

Przypomnijmy, że o godz. 19 we wtorek rzecznik rządu Piotr Muller poinformował na konferencji prasowej o eksplozji w Przewodowie. Dodał, że polskie służby ustalają, co w istocie się wydarzyło. - Jeśli więc polskie władze wiedziały, że nie był to atak Rosji, to dlaczego nie uspokoiły już wtedy społeczeństwa? – zapytała prowadząca audycję Karolina Lewicka.

- Należałoby tej odpowiedzi oczekiwać od strony partyjno-rządowej – odpowiedział i zwrócił uwagę, że na tej konferencji rzecznik rządu poinformował, iż Polska podnosi stan gotowości sił zbrojnych. - Stało się to w sytuacji, w której rząd już wiedział, że nie jest to wrogi atak na terytorium Polski – podkreślił ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.

"Otworzyła się przestrzeń dla działalności prorosyjskich trolli"

Eugeniusz Smolar stwierdził, że w tym kontekście zdumiewa go kilkugodzinne obstawanie polskich władz przy rozważaniach, czy wezwać sojuszników do uruchomienia art. 4 Traktatu o NATO. Przypomnijmy, jeszcze w środę po północy prezydent Duda ogłaszał w czasie konferencji prasowej, że "jest to wysoce prawdopodobne". Artykuł 4. stanowi, że "strony będą się wspólnie konsultowały, ilekroć, zdaniem którejkolwiek z nich, zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze stron".

- Ten krok podejmuje się w sytuacji, gdy są podejrzenia, że mamy do czynienia z atakiem wroga na terytorium jednego z państw członkowskich. Czyli oni (przez kilka godzin – przyp. red.) naradzali się w kręgach partyjno-rządowych, w jaki sposób przewodzić narracji politycznej, a nie wojskowej ani obronnej. Robili to właśnie po to, żeby władze nie straciły w oczach Polaków – ocenił.

Tymczasem – jak mówił ekspert – polskie władze wiele na tym straciły. - Bo przyjęta przez nie taktyka sprawiła, że pojawiło się mnóstwo domysłów, plotek. Otworzyła się przestrzeń dla działalności prorosyjskich trolli w Polsce, którzy byli niesłychanie aktywni – powiedział gość TOK FM i dodał na koniec, że ci trolle siali w polskim społeczeństwie strach i dezinformację.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM