Robert Telus nowym ministrem rolnictwa. "Z deszczu po rynnę". Kolejna zmiana jeszcze przed wyborami?
Henryka Kowalczyka na stanowisku ministra rolnictwa i rozwoju wsi zastąpi Robert Telus. Dotychczas 53-letni poseł Prawa i Sprawiedliwości był przewodniczącym sejmowej komisji rolnictwa i rozwoju wsi oraz dwóch podkomisji: do spraw monitoringu Wspólnej Polityki Rolnej Unii Europejskiej, a także do spraw monitoringu zwalczania Afrykańskiego Pomoru Świń oraz innych chorób zakaźnych zwierząt gospodarskich.
- PiS kieruje się z deszczu pod rynnę - komentował w TOK FM wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Zdaniem rozmówcy Mikołaja Lizuta nominacja Roberta Telusa na stanowisko ministra rolnictwa świadczy o tym, że 'szeroko zakrojona łapanka na szefa resortu nie przyniosła efektów'. - Mam słabe zdanie na temat pana Roberta Telusa. Podobno para się rolnictwem, ale to nie oznacza, że ma receptę na problemy o randze, tak naprawdę, międzynarodowej. Uważam, że nie jest przygotowany do tej funkcji, a na pewno nie ma pomysłu na rozwiązanie problemów, które przedstawiają rolnicy - ocenił gość audycji 'A Teraz Na Poważnie'.
Jak zasugerował poseł, dzisiejsza nominacja nie musi ostatnią przed jesiennymi wyborami. Wyjaśnił, że wybór Telusa na stanowisko nowego ministra może okazać się 'strzałem w kolano' i 'przed wyborami pewnie czeka nas jeszcze kolejna zmiana ministra rolnictwa'.
Zboże z Ukrainy i polityka rządu to przyczyny rolniczych protestów
Przyczyną odejścia Henryka Kowalczyka, były trwające od dawna protesty rolników, domagających się zmiany regulacji dotyczących ukraińskiego zboża, którego tony zalegają w polskich magazynach. A pełne magazyny oznaczają m.in. spadek cen zboża. Od kilku tygodni trwa prawdziwa fala rolniczych protestów. Środowa dymisja Kowalczyka nie ostudziła nastrojów. 'Rolnicze miasteczko', które stworzyli protestujący przed urzędem wojewódzkim w Szczecinie, nie znikło, rolnicy dalej protestują.
Klimczak krytykował rząd za doprowadzenie do kryzysu. I przypomniał, że PSL ma pomysł na rozwiązanie sprawy zboża z Ukrainy, które zamiast docierać do miejsc, gdzie jest bardzo potrzebne (np do Afryki), zostaje w Polsce.
Ludowcy już latem ubiegłego roku zaproponowali wprowadzenie systemu kaucyjnego. Importer, który wwozi na teren Polski, zboże lub inne artykuły rolno-spożywcze musiałby wpłacić kaucję, która byłaby zwracana, gdy towar opuści kraj. Taka kaucja miałaby wynosić 1000 zł kaucji za tonę zboża.
- Mówiąc obrazowo, należy odkręcić rurę, z której cieknie woda, czyli zatrzymać niekontrolowany napływ zbóż, a następnie posprzątać to, co się już rozlało, czyli jak najszybciej wyeksportować zboże, które zostało na naszym rynku. Dzięki czemu wprowadzimy równowagę cenową. Kaucja gwarantuje nam to, że zboże przejedzie przez Polskę, my pomożemy Ukrainie, a nie stracą polscy rolnicy. Na zdrowy, chłopski rozum jest to najprostsze i najszybsze rozwiązanie - przekonywał Dariusz Klimczak w rozmowie z Mikołajem Lizutem.
Pomysł został przedstawiony nie tylko ówczesnemu ministrowi rolnictwa Henrykowi Kowalczykowi, ale i unijnemu komisarzowi ds. rolnictwa - Januszowi Wojciechowskiemu. Jednak - jak mówił gość TOK FM - nie spotkał się z zainteresowaniem. - PiS nie chciał skorzystać, a teraz musiał odwołać swojego ministra i nerwowo poszukiwać następnego, który nie będzie miał już tak łatwo jak poprzednik. Bo tamten rok temu miał gotowe rozwiązanie podane na srebrnej tacy - skomentował wiceszef Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Konfederacja kusi rolników. 'W PiS widać marazm, a ci przynajmniej obiecują'