wPolsce24 i TV Republika grzeją taśmami Giertycha. "Przypomina to piaskownicę"
- wPolsce24 i Telewizja Republika opublikowały nagranie rozmowy Tuska i Giertycha sprzed sześciu lat, mające uderzyć w polityków - jednak według komentatorów nie zawiera ono żadnych istotnych faktów, jedynie nieco wulgaryzmów i anegdoty;
- Patryk Słowik ocenia, że nagrania bardziej wzmacniają pozycję Giertycha, niż mu szkodzą, a Tusk pokazuje na nich dystans do samego siebie;
- Mirosław Oczkoś dostrzega w publikacjach przejaw chaosu i desperacji, sugerując, że chodzi o przykrycie innych tematów, jak protesty wyborcze czy aplikacja Dariusza Mateckiego;
- Obaj wskazują na ośmieszającą rywalizację między prawicowymi redakcjami i brak realnego efektu politycznego - strzał z kapiszona, który obrócił się przeciwko autorom.
Propisowskie media w weekend opublikowały nagraną w 2019 roku rozmowę między Donaldem Tuskiem a Romanem Giertychem. Najpierw, w piątek, fragmenty wypuściła telewizja wPolsce24 braci Karnowskich, dzień później kompletne nagranie ukazało się w Telewizji Republika. Cezary Gmyz z tej drugiej stacji mówił Press.pl wprost: "Chcieliśmy je (nagranie) wyemitować w poniedziałek, zrobiliśmy to wcześniej, bo w piątek fragment opublikowała wPolsce24".
Rozmowa dotyczyła startu Giertycha w wyborach parlamentarnych z list Platformy Obywatelskiej. Polityk skarżył się Tuskowi, że Grzegorz Schetyna, ówczesny przewodniczący partii, nie chciał go na nich umieścić. Narzekał, że proponowano mu start z innych okręgów: "gdzieś tam wschodnia Wielkopolska, Radom, wszystko takie shity, wiesz". "Tam, gdzie zjeby są" - odpowiedział ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej (to ten fragment upubliczniła wPolsce24).
W innej części rozmowy Tusk żartuje z tego, że jest Niemcem. To od dawna zarzucają niechętne mu media - Jacek Kurski ogłosił lata temu, że dziadek polityka służył w Wehrmachcie, a podległa mu podczas rządów PiS telewizja publiczna lubiła przypominać słowa "für Deutschland".
Republika oceniła, że najbardziej skandaliczna jest informacja, że Giertych zebrane podpisy przekazał innemu kandydatowi, Stanisławowi Gawłowskiemu.
Kapiszon wymierzony w samych siebie
"Na taśmach nic realnie nie ma, poza jakimiś odzywkami, o których nikt nie będzie pamiętał za kilkanaście godzin, za to jest wrażenie, że za wszelką cenę chce się dopiec Giertychowi - a tym samym robi go potężniejszym niż jest" - skomentował na X dziennikarz Wirtualnej Polski Patryk Słowik.
- Odnoszę wrażenie, że obie odnogi mediów chciały zaszkodzić panom Tuskowi i Giertychowi. A jedyne, co im się udało, to pokazać Tuska jako kogoś, kto ma dystans do siebie, a Giertycha zbudować potężniejszym i bardziej wpływowym niż jest w rzeczywistości - ocenia w rozmowie z Tokfm.pl Słowik.
- Mówi się o kapiszonach, tutaj ten pistolecik na kapiszony został wymierzony w samych siebie - stwierdza dziennikarz.
Podobnie uważa dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. wizerunku i marketingu politycznego. - Nawet jeżeli próbuje się coś wyciągać, jakieś przekleństwo, to błagam: w przestrzeni publicznej, w kampaniach wyborczych padały oficjalnie takie rzeczy, i to z ust prominentnych polityków, że to, iż ktoś kiedyś coś komuś powiedział, a ktoś to nagrał, obejdzie ludzi jak zeszłoroczny śnieg - przekonuje.
Zdaniem Oczkosia wypuszczenie taśm to "akcja ratunkowa", która ma przykryć protesty wyborcze czy zamieszanie z aplikacją Dariusza Mateckiego. - Nic nie ma na tych taśmach. Jak ktoś sobie przeczyta, że to jest z 2019 roku i sobie uświadomi, że jest 2025 rok, to pójdzie na rower albo do kawiarni. I popuka się w głowę - zaznacza nasz rozmówca.
Walka w piaskownicy
Prawicowe stacje walczyły o to, kto pierwszy opublikuje nagrania. Szef wydawców TV Republiki Jarosław Olechowski skrytykował media Karnowskich: "Już po tym jak zapowiedzieliśmy publikację pełnych materiałów, jedna z redakcji zaczęła emitować kilkusekundowe, wyrwane z kontekstu fragmenty. Nie zgadzamy się na manipulowanie opinią publiczną. Nie zgadzamy się na 'granie taśmami', z których tajemniczy cenzor wykrawa fragmenciki i rzuca na żer sensatom. Zapewne jest to próba rozbrojenia bomby, która może wysadzić cały układ władzy" - stwierdził na X.
- Walczą o tych samych wyborców i widzów. To śmieszno-żałosne. Republika zależy w pewnej części od spółki Srebrna (przez spółkę Słowo Niezależne - red.), której szefem jest Jarosław Kaczyński. Karnowscy muszą zagrać w stronę prezydenta, być może pozyskać Konfederację i Mentzena. Natomiast wyścig z punktu widzenia medialnego jest żałosny. Muszą się nawzajem pookładać. Jedni publikują trochę, drudzy całość. Przypomina to piaskownicę - komentuje Oczkoś.
- Jak ma się dwoje dzieci, a jedno ciastko, to tak bywa. Oboje walczą, żeby jak najwięcej im przypadło tego ciastka - ocenia Patryk Słowik. - Obie strony starają się udowodnić, że to one są mediami rozliczającymi, pokazującymi nieprawidłowości obecnej władzy. Chcą pokazać, że są w stanie się przysłużyć, by Prawo i Sprawiedliwość wróciło do władzy - dodaje.
- Oni się najzwyczajniej w świecie nie lubią, walczą o tych samych odbiorców i chcą się pokazać z dobrej strony tym samym politykom - twierdzi Słowik.
Demonstracja siły czy desperacji?
Publicysta "Polityki" Wiesław Władyka stwierdził w Press.pl, że publikacja taśm to demonstracja siły mediów Karnowskich i Sakiewicza. "Dziennikarze Republiki i wPolsce24 czują zapewne, że mogą sobie pozwolić na ostentacyjne łamanie prawa, bo mogą liczyć na ułaskawienie przez nowego prezydenta" - tłumaczył.
- To raczej pokaz desperacji. Nie widzę w tym żadnej siły - uważa jednak Oczkoś.
- Jeżeli doszło do nielegalnego wycieku materiałów, to powinny zostać ukarane osoby odpowiedzialne za ochronę tych materiałów, a nie dziennikarze bądź osoby pracujące w mediach - komentuje słowa Władyki Słowik. Choć dodaje, że przed ewentualnym ukaraniem należałoby rozważyć, czy wyciek materiału nie był podyktowany interesem publicznym. - Natomiast w wypadku tego, jak panowie Giertych i Tusk pobajdurzyli sobie o niczym, nie widzę sensu, żeby te nagrania przekazywać. To wyłącznie interes polityczny - mówi dziennikarz.
Dotyczy to jednak, jak nadmienia Słowik, opublikowanych dotąd nagrań, bo Republika zapowiada ujawnienie kolejnych w poniedziałek wieczorem. - Praktyka dziennikarska jest taka, że jak się ma coś ciekawego, to się zaczyna od tego, a nie trzyma na koniec, jak już wszyscy usną. Ale może w tym wypadku jest inaczej - dodaje.
- Jesteśmy jako społeczeństwo przećwiczeni przez dwie kampanie. Jeżeli to ma być eskalacja bólu, to nas już nie ma co boleć. Wszyscy są obolali od stóp do głów. Strzał takim podsłuchem na nikim nie zrobi wrażenia - ocenia Oczkoś.
Posłuchaj: