"W tym kraju ogon kręci psem". Dantejskie sceny przed przychodnią aborcyjną
- Pierwsza aborcyjna przychodnia AboTak działa miesiąc, znajduje się niedaleko Sejmu;
- Do przychodni przychodzą różne kobiety - niektóre chcą dokonać aborcji, inne po prostu porozmawiać, poradzić się albo wziąć prezerwatywy;
- Aktywistki Aborcyjnego Dream Teamu podkreślają, że otrzymują mnóstwo słów wsparcia, w tym głosów, które mówią, że to dobrze, iż takie miejsce powstało;
- Jednak regularnie dochodzi również do bardzo uciążliwych protestów.
Przed miesiącem obok Sejmu przy ul. Wiejskiej w Warszawie aktywistki Aborcyjnego Dream Teamu otworzyły pierwszą w Polsce przychodnię aborcyjną AboTak. Każdy może tu przyjść, za darmo zrobić sobie test ciążowy czy wziąć prezerwatywę, ale też - używając własnych, zamówionych wcześniej tabletek - w specjalnym pokoju, w bezpiecznej atmosferze, dokonać aborcji.
"AboTak to więcej niż miejsce wsparcia i stawiania żądań, ale punkt faktycznie zapewniający ten dostęp dla wszystkich. Z wami chcemy wywrzeć presję na politykach i na ochronie zdrowia, ujawniając w ten sposób 'nie-da-sizm' i niekompetencje polityków w tej sprawie. Epoka zawstydzania aborcją bezpowrotnie się skończyła" - piszą na swojej stronie pomysłodawczynie przedsięwzięcia.
Kto przychodzi do AboTak?
Jak mówi nam Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Temu, do AboTak przychodzą głównie kobiety - dość młode, czasami nastolatki. Przeważnie są z partnerem albo z przyjaciółką. Najczęściej przychodzą po to, by po prostu porozmawiać, zasięgnąć informacji albo wziąć test ciążowy czy prezerwatywy. - Obserwujemy, że coraz więcej dziewczyn na zakup tych rzeczy nie stać - opowiada Broniarczyk.
W przychodni było też kilka aborcji. - Dziewczyny muszą mieć swoje tabletki, to jest warunek - podkreśla nasza rozmówczyni.
- Była m.in. młoda kobieta, która od razu przy wejściu zaczęła płakać. Po kwadransie pojawiła się kolejna, z bardzo podobną historią. Obie mają chłopaków, studia - nie chciały być teraz w ciąży. Obie się zresztą zabezpieczały i miały w sobie bardzo głębokie "nie" wobec ciąży, która im się przytrafiła. Nie chciały dokonywać aborcji w akademiku. Zrobiły to u nas, czuły się bezpiecznie. Kilka dni temu jedna z nich przyniosła nam babeczki z różowym lukrem i napisem "ABOTAK" w podzięce za wsparcie, za udzielenie im bezpiecznego miejsca, bo właśnie tego potrzebowały - opowiada Broniarczyk w rozmowie z TOK FM.
Fundacja chce ochrony dla dr Jagielskiej, w tle afera z Braunem. 'Lekarze byli mordowani'
Wspomina, że była też studentka - cudzoziemka, która przyjechała do Polski w ramach programu Erasmus i zaszła w ciążę. - Ona akurat przyszła z chłopakiem, który co chwilę pytał ją, jak się czuje. Musiałyśmy go uspokajać, bo tymi pytaniami stresował dziewczynę - słyszymy.
Do AboTak zgłosiła się też 16-latka w ciąży, która przyszła z chłopakiem. Matka dziewczyny była z aktywistkami w kontakcie, przyszła porozmawiać, zasięgnąć informacji. Jednak ta sytuacja - jak mówi Broniarczyk - skłoniła aktywistki do zastanowienia się, co robić w sytuacji, gdy po pomoc przyjdą 14- czy 15-latki. - Czy będziemy mnożyć bariery i mówić, że są bez rodziców, czy też - bez względu na wszystko - będziemy chciały im pomóc? I uznałyśmy, że nie po to powstałyśmy, by tym najbardziej narażonym dziewczynom odmówić pomocy - tłumaczy nasza rozmówczyni.
Dlaczego przychodnia powstała przy Sejmie?
Anna Pięta - inna z aktywistek ADT - dopowiada, że niektóre z kobiet przychodzą po to, by poczuć się bezpiecznie. Bo wiedzą, że w domu - choć mają swoje tabletki - nie będą mogły zrobić aborcji, bo boją się, że ktoś inny to zobaczy. - Czasami dziewczyny chcą, by z nimi ktoś był, być może potrzymał za rękę i w razie gdyby coś się wydarzyło, pomógł - opowiada Ania.
Jak wspomnieliśmy na początku, przychodnia AboTak znajduje się bardzo blisko Sejmu - nieprzypadkowo. - Chciałyśmy pokazać rządzącym, że aborcja się dzieje - czy tego chcą, czy nie - nawet pod ich nosem. I będzie się działa, bo jest tak stara jak poród - podkreśla Ania Pięta. - Nasza przychodnia jest miejscem, w którym mówimy władzy: "sprawdzam". I sprawdzamy, co władza na to - dodaje.
Przychodnia pod ciągłym "ostrzałem" Kai Godek i jej współdziałaczy
Nasze rozmówczynie podkreślają, że otrzymują mnóstwo słów wsparcia, w tym głosów, które mówią, że to dobrze, iż takie miejsce powstało.
Jednak regularnie dochodzi również do bardzo uciążliwych protestów. - To przemocowe, agresywne ataki: z wuwuzelami przykładanymi osobom przechodzącym do uszu, z totalnym hałasem. Protestujący sami mają na uszach zagłuszające słuchawki, ale obrzydzają życie nam i wszystkim tym, którzy tu mieszkają - opowiadają aktywistki. Jak dodają, do tej pory żadnego z tych bardzo dokuczliwych dla ludzi zgromadzeń miasto nie przerwało.
- W tej kamienicy mieszkają m.in. starsze panie, które muszą tego doświadczać i niejednokrotnie obawiają się wyjść z domu. Jedna z nich myślała, że jest wojna, gdy usłyszała wyjące syreny. Są małe dzieci, które - ze względu na hałas - nie mogą zasnąć. Są ludzie pracujący zdalnie, którzy nie mogą się skupić - wylicza Pięta.
- Myślę, że hałasem chcą nas stąd wykurzyć i testują wytrzymałość osób, które tu mieszkają. A ci mieszkańcy są dla nas naprawdę wspaniali. Wspierają nas, niejednokrotnie słyszymy: "Dziewczyny, jesteśmy z wami, nie poddawajcie się" - dodaje.
Pięta podkreśla, że protestujących jest garstka, może 8-10 osób. - Ale terroryzują nas i wygląda to tak, że w tym kraju "ogon kręci psem". Nie rozumiem tego. Czy ktoś czeka, by komuś naprawdę stała się realna, fizyczna krzywda? - pyta retorycznie nasza rozmówczyni.
Aktywistki przekonują, że wielokrotnie zawiadamiały policję i straż miejską, prosiły o pomoc miasto. Policyjne postępowania trwają, a protesty dalej są. Jedno ze śledztw dotyczy oblania przychodni kwasem masłowym. - To było bardzo niebezpieczne, wzywałyśmy straż pożarną. Nas to kosztowało kilka tysięcy złotych, żeby wyozonować miejsce, wyprać rzeczy, itd. Nie wiem, ile to kosztowało Skarb Państwa, ale na pewno sporo. To jest zgłoszone jako przestępstwo, więc tak naprawdę wszystko to idzie na koszt nasz - podatników - mówi Anna Pięta.
Jedna z dziewczyn, która chciała mieć aborcję, przyszła właśnie w trakcie jednego z protestów. - Nie bała się, po prostu do nas weszła i powiedziała: "Jestem w ciąży i po aborcję poszłabym nawet do piekła". My wiemy, że gdy ktoś jest w ciąży i tej ciąży nie chce, to jest bardzo zdeterminowanym. I zrobisz wtedy wszystko, by tę ciążę usunąć. Protestujący i ich demonstracje nie wpływają na naszą działalność. Aborcje są i będą, a te protesty robią nam dodatkową reklamę - mówią aktywistki.
Z danych Aborcyjnego Dream Teamu wynika, że w 2024 roku aborcję w Polsce - przy wsparciu organizacji - zrobiło 47 tysięcy kobiet (głównie przy użyciu tabletek), najmłodsza dziewczyna miała 13 lat. 1200 kobiet wyjechało na zabieg za granicę. Po raz pierwszy aktywistki wysłały kobiety na aborcję do Meksyku, bo tam zmieniono prawo i aborcję zdekryminalizowano.
- Bardzo bym chciała, aby można było dostrzec w temacie aborcji jakieś światełko w tunelu. Niestety, na dziś widzę to wszystko w ciemnych barwach. Mamy inny rząd i wytyczne, które miały poprawić sytuację, ale to nie działa. Tysiące pacjentek nie są w stanie dostać pomocy, która jest im zagwarantowana prawnie. Trwamy w tym dziwnym stanie - komentuje Broniarczyk. - Jako kobiety jesteśmy traktowane przedmiotowo. Po temat aborcji sięga się wtedy, kiedy jest potrzeba i odkłada się ją w niebyt, kiedy może (politycznie) zaszkodzić - dodaje.