advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Polityka

Fundacja chce ochrony dla dr Jagielskiej, w tle afera z Braunem. "Lekarze byli mordowani"

tokfm.pl
4 min. czytania
18.04.2025 10:29
Fundacja FEDERA domaga się przyznania ochrony dr Gizeli Jagielskiej. - Wystosowałyśmy pismo do ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, ministry zdrowia Izabeli Leszczyny i do Komendanta Głównego Policji z wnioskiem o zapewnienie jej bezpieczeństwa - powiedziała w TOK FM Antonina Lewandowska z FEDER-y.
|
|
fot. youtube.com/@GrzegorzBraunTV
  • FEDERA wystosowała apel do władz o zapewnienie ochrony dr Gizeli Jagielskiej;
  • Zdaniem Antoniny Lewandowskiej z fundacji, istnieje realne zagrożenie dla lekarki;
  • Pismo w tej sprawie FEDER-a wysłała m.in. do ministrów sprawiedliwości i zdrowia oraz do policji.

Kandydat na prezydenta Grzegorz Braun (Konfederacja Korony Polskiej) próbował w środę dokonać "zatrzymania obywatelskiego" w szpitalu w Oleśnicy pracującej tam ginekolożki Gizeli Jagielskiej. O oleśnickim szpitalu stało się głośno w ostatnim czasie za sprawą publikacji na temat historii pacjentki z Łodzi, która zdecydowała się na przeprowadzenie tam aborcji z powodu zagrożenia jej zdrowia. Lekarka Gizela Jagielska, relacjonując PAP, co wydarzyło się w oleśnickim szpitalu, powiedziała, że Grzegorz Braun "wtargnął do działu administracyjnego, zagrodził mi drogę z jakimiś nieznanymi jej ludźmi i zamknął w pomieszczeniu administracyjnym, nie pozwalając jej wykonywać obowiązku lekarza przez ponad godzinę".

- My jako FEDERA wystosowałyśmy w czwartek oficjalne pismo do ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, ministry zdrowia Izabeli Leszczyny i Komendanta Głównego Policji z wnioskiem o zapewnienie bezpieczeństwa dr Gizeli Jagielskiej - skomentowała w "Popołudniu Radia TOK FM" Antonina Lewandowska, koordynatorka rzecznictwa krajowego Fundacja FEDERA.

Dodała, że fundacja chce objęcia ochroną doktor Gizeli Jagielskiej. - Obserwując sytuację na świecie dotyczącą dostępu do opieki około aborcyjnej, zwłaszcza opieki około aborcyjnej drugiego i trzeciego trymestru, mieliśmy sytuacje, w których lekarze byli po prostu mordowani - dodała.

Oceniła przy tym, że w tej konkretnej sytuacji doszło do zagrożenia zdrowia i życia pacjentek, bo "naruszono nietykalność cielesną lekarki i ją znieważono". - Poseł Braun postanowił rościć sobie prawo do samosądu, uznając, że było to działanie niezgodne z prawem. Podkreślam, że w tej sprawie nie ma zarzutów, nie ma podejrzanych, nie ma żadnych oskarżeń. A nawet gdyby były to poseł, europoseł nie jest jednostką, która wymierza w Polsce sprawiedliwość - podkreśliła.

"To sytuacja absolutnie dramatyczna"

Samorząd lekarski już w środę zaapelował do organów państwa o "stanowczą reakcję" na zakłócenie pracy medyków. W czwartek na stronie Naczelnej Izby Lekarskiej ukazało się stanowisko zawierające apel do polityków o unormowanie przepisów o przerywaniu ciąży, których obecny stan "urąga wszelkim standardom, jakich obywatele oczekują od obowiązującego ich prawa".

Tymczasem, jak mówiła gościni Wojciecha Muzala, dr Jagielska "przeprowadziła legalny zabieg przerywania ciąży w 37. tygodniu". - To była sytuacja absolutnie dramatyczna, u płodu zdiagnozowano bardzo ciężkie wady. Zdrowie psychiczne pacjentki było drastycznie zagrożone - wyliczyła Antonina Lewandowska.

Wskazała, że u płodu zdiagnozowano wrodzoną łamliwość kości typu drugiego. - Typ drugi jest typem najtrudniejszym, śmiertelnym - dodała. Jak tłumaczyła, "dziecko w tej sytuacji rodzi się z połamanymi rękami, nogami, klatką piersiową, czaszką, kości się łamią przy położeniu dziecka". - Nawet jeżeli do porodu dochodzi przez cesarskie cięcie, to w trakcie wyjmowania płodu z macicy po prostu pęka mu czaszka. Tu jest niemożliwe cierpienie i tak naprawdę wprowadza się od razu leczenie paliatywne i utrzymuje noworodka w sedacji (śpiączce - przyp. red.) - podkreśliła.

"Lekarze odsyłali od gabinetu do gabinetu"

Dlaczego zabieg przerwania ciąży przeprowadzano tak późno? Jak tłumaczyła gościni TOK FM, nie wszystkie wady były od razu widoczne w badaniach ultrasonograficznych. - W przypadku pani Anity pierwsze sygnały alarmowe pojawiły się kilka, kilkanaście tygodni przed wykonaniem zabiegu przerwania ciąży - dopowiedziała. Dodała, że nadal jednak nie było jeszcze wiadomo, który to jest stopień łamliwości.

- Z czasem wraz z pogłębioną diagnostyką, która przecież też trwa, bo na wyniki badań genetycznych czasami się czeka parę tygodni, było widać, że faktycznie jest coraz gorzej - dopowiedziała.

Podkreśliła w tym kontekście, że powodem opóźnienia nie były tylko problemy z diagnostyką. Także zachowanie części lekarzy, "którzy odsyłali ją od gabinetu do gabinetu, twierdząc, że wcale nie jest tak źle".

Gdy trafiła do szpitala w Łodzi, była, jak powiedziała Lewandowska, "oglądana m.in. przez prof. Piotra Sieroszewskiego, prezesa polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników, to zamiast ostatecznie otrzymać pomoc, zamknięto ją na przymusową izolację psychiatryczną". - Musiałyśmy interweniować i zabieg ostatecznie został przeprowadzony w szpitalu w Oleśnicy - wskazała gościni TOK FM.

Przerwanie ciąży zostało przeprowadzone z podaniem zastrzyku chlorku potasu, przypomniała. - To jest zastrzyk, który mówiąc po ludzku, prowadzi do zatrzymania akcji serca płodu. Stosowany w celu ograniczenia cierpienia - mówiła.

Jak dodała przy tym, fundacja ma szereg dokumentów, które "gwarantują, że świadczenie opieki zdrowotnej kobiecie stoi ponad ustawowym obowiązkiem ratowania płodu". - Przypominam, że w tej sytuacji ratowanie zdrowia pacjentki było działaniem leczniczym, a działanie lecznicze wyłącza odpowiedzialność karną dla lekarza. Stanowi o tym kodeks karny. Próby twierdzenia, że coś jest nielegalne, że nie wolno, że to jest odpowiedzialność, to jest albo nieznajomość prawa, albo aktywne działanie na szkodę kobiet w Polsce. A to, że podejmuje się tego Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników, powinno być co najmniej alarmujące - powiedziała Antonina Lewandowska z Fundacji FEDERA.