Chiński smok tanio skóry nie sprzeda. Szykuje bolesny cios, który zaboli Europę
Komisja Europejska wchodzi na nowy poziom wojny handlowej z Chinami: na celownik bierze importowane chińskie elektryki. Bruksela ma wprowadzić cła na chińskie auta, ale w odpowiedzi Chińczycy mogą podłożyć Europie świnię. I to dosłownie.
Europa wkracza do akcji, bo rewolucja chińskiej motoryzacji już się dzieje. I co szczególnie może nas zaskoczyć: widać to także w Polsce. Chińskie elektryki z hukiem wpadają do czołówki najlepiej sprzedających się modeli w polskich salonach samochodowych, ostatnio pobiły popularne modele Dacii, Toyoty i Skody.
Cła bronią w wojnie z chińskimi elektrykami. Po USA czas na Europę
Komisja Europejska uznała, że chińskie władze pompują w swój sektor motoryzacyjny masę pieniędzy, przez co jest on w stanie sztucznie zaniżać ceny samochodów elektrycznych. A to zagraża unijnym producentom. Bruksela, jeśli rozmowy z Pekinem nie dadzą rezultatu, to od lipca nałoży więc cła. Do już obowiązujących 10-procentgowych taryf cła na samochody giganta BYD przekroczą 17 proc., w przypadku Geely będzie to 20 proc., a koncernu SAIC aż 38 proc. Cła będą nałożone też na zagranicznych producentów, którzy tam produkują i sprowadzają auta do Europy. O tyle więc de facto te auta będą droższe.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Sporo, ale unijnym decyzjom daleko do radykalnych Stanów Zjednoczonych, które na chińskie elektryki nałożyły stuprocentowe cła! Do walki Amerykanów o swoją motoryzację jeszcze wrócimy, ale najpierw pytanie: czy decyzje, jakie zapadają w Brukseli, powstrzymają rzekę chińskiej produkcji, płynącą do Europy?
Tu eksperci rynku są zgodni: powstrzymają, ale tylko trochę. Unia Europejska jest największym odbiorcą elektryków z Chin, trafia do nas 40 proc. produkcji tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego. A chińska produkcja jest tak wielka, że brakuje na nią miejsca na tamtejszych drogach i w garażach. Nic więc dziwnego, że Chińczycy próbują ją upchnąć, gdzie się da. Do Europy wysyłają flotyllę specjalnie zbudowanych statków, na pokład każdego z nich może wjechać 7 tysięcy samochodów, a statek może wykonać wiele kursów transoceanicznych. Na przykład do europejskich portów i tam właśnie widać tego skutki.
Chiński elektryki przestaną być tanie? 'To sygnał dla Pekinu'
Chińskich aut jest taka masa, że w europejskich portach zapychają się nabrzeża, place i parkingi, na których stawiane są zjeżdżające ze statków samochody. Porty meldują problemy z rozładowaniem korków. I wynajmują place na zewnątrz, by uporać się z klęską urodzaju, bo chińskich aut jest więcej niż możliwości logistycznych rozwiezienia ich po Europie.
Chińskie elektryki zalewają świat. Cła postawią tamę?
Ale wróćmy do szacunków, czy unijne cła na chińskie elektryki są w stanie je powstrzymać? Powiedzieliśmy już, że tak, ale tylko trochę. Szacuje się, że 40 proc. całej chińskiej produkcji trafia do Europy. Jak wylicza niemiecki Kiloński Instytut Badań nad Gospodarką Światową, podwyżka taryf o 20 proc. może zmniejszyć chiński transport elektryków o jedną czwartą. A Chińczycy mają możliwość obejścia nowych ceł. Po prostu, żeby ich samochody nie straciły konkurencyjności cenowej, obniżą swoje marże. Ta konkurencyjność cenowa dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego jest śmiertelnym zagrożeniem. Bo chińskie auta są faktycznie tanie: najtańszy model marki BYD kosztuje ok. 14 tysięcy dol. (60 tysięcy złotych). To prawie połowę mniej niż najtańszy elektryk europejskiej marki.
Europa cłami na chińską produkcję chce chronić swój przemysł motoryzacyjny. Ale może powinna zerknąć na to, jak to się robi w Stanach Zjednoczonych? Waszyngton chińskim elektrykom zapalił wielkie czerwone światło. Cła na gotowe samochody wzrosły o 100 proc., co znaczy, że chiński samochód elektryczny będzie w USA kosztował niemal dwa razy więcej niż teraz i przestanie być atrakcyjnym, tanim zakupem. Amerykanie chronią w ten sposób swój rynek przed zalewem chińskich aut, z którymi nie są w stanie konkurować cenowo. I kupują czas.
Chiny szykują kontratak
Chiński smok tanio jednak skóry nie sprzeda. I już odgraża się, że odpowie na europejskie cła. A gdzie może zionąć ogniem, żeby naprawdę zabolało? Otóż może uderzyć w europejskie rolnictwo, a dokładniej: w wieprzowinę i nabiał. Rząd w Pekinie rozważa dochodzenie antydumpingowe w sprawie importu tych produktów spożywczych, który w ubiegłym roku wyniósł prawie 5 miliardów euro, co stanowi jedną czwartą unijnego eksportu rolno-spożywczego do Chin.
Pracownicy likwidowanego sklepu Auchan zajęli towar. Francuska sieć zabrała głos
Bać się mogą zwłaszcza producenci mięsa wieprzowego: zjada je półtora miliarda chińskich konsumentów, więcej niż reszta Azji i Afryka razem wzięte. Rynek jest więc gigantyczny, to raz, a dwa: trafiają tam produkty, które na rynku europejskim są w zasadzie uważane za odpady. Bo zachodni konsumenci nie jedzą pysków, uszu i ogonów, ale w Chinach te produkty można sprzedać drożej niż szynkę i schab. Chińczycy cłami na wieprzowinę mogą więc - dosłownie - zrobić świństwo europejskiemu rolnictwu. Boją się też Francuzi, bo Chiny rozpoczęły dochodzenie antydumpingowe wymierzone we francuskie dumy narodowe: koniak i armaniak. To odwet za poparcie Paryża dla własnego unijnego dochodzenia w sprawie chińskich pojazdów elektrycznych.
I tak wróciliśmy do elektryków. Na koniec pokażemy, że ten przewrót już się dokonuje także na polskich drogach. Jak wynika z danych Instytutu Samar, przez salony samochodowe właśnie przetacza się rewolucja. W maju klienci indywidualni kupili w Polsce 425 aut chińsko-brytyjskiej marki MG, należącej do chińskiego koncernu SAIC. I te auta wpadły do czołówki tych najczęściej się sprzedających w naszym kraju. Model crossover HS pod względem nowych rejestracji miał lepszy wynik od toyoty corolli, dacii sandero czy skody fabii. Tak, ta rewolucja już nadjechała.