,
Obserwuj
Gospodarka

Zaczęło się od chińskich elektryków. Stawką w wojnie gigantów jest także nasza przyszłość

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
17.05.2024 15:39
Handlowa wojna między dwiema największymi gospodarkami świata wchodzi na nowy poziom. Amerykański prezydent ogłasza pakiet radykalnych podwyżek ceł na szereg chińskich towarów, w tym samochody elektryczne, czipy, panele fotowoltaiczne i produkty medyczne. Amerykanie bronią się przed zalewem chińskich elektryków, patrząc na to, co dzieje się w Europie. Ale w tym starciu chodzi też o coś więcej: o naszą przyszłość w dziedzinie wysokich technologii, w tym o panowanie nad światem w dziedzinie sztucznej inteligencji.
|
|
fot. Źródło: Photo by CFOTO / NurPhoto / NurPhoto via AFP (16:05.2024)

To będzie odcinek o wojnie. Konkretnie o wojnie gospodarczej, w której front jest długi, trup ściele się coraz gęściej, a stawka jest wysoka. Bo chodzi o porządek gospodarczy na świecie, sukces zachodniego przemysłu, od którego zależą setki miliony miejsc pracy - w tym w Polsce, o nowoczesne technologie i w końcu o ochronę przyrody. Wojnę toczą światowe potęgi, ale jej skutki sięgają o wiele dalej niż ich granice. Po jaką broń w tej wojnie właśnie sięgnęli Amerykanie? O co właściwie w niej chodzi? A także, dlaczego od jej wyniku zależy to, czym będą jeździć Europejczycy?

Ta historia zaczyna się jakieś 20 lat temu, gdy Chiny postanowiły, że ich gospodarka dogoni świat w branży motoryzacyjnej. Pekin postawił wtedy na rodzącą się dopiero technologię napędu w stu procentach elektrycznego. Przez dwie dekady chiński rząd inwestował w ten projekt gigantyczne publiczne pieniądze, ściągał do fabryk i pracowni projektowych fachowe kadry z Zachodu, swoich inżynierów kształcił na najlepszych na świecie uczelniach i rozwijał technologię czasami metodami dalekimi od uczciwych.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>


Samochody elektryczne. Chińska potęga

W ten sposób Chiny dojechały do miejsca, w którym są dzisiaj. Tylko jeden z koncernów, BYD, wyprodukował w ubiegłym roku 3 mln elektryków. Z tego ćwierć miliona sprzedał na świecie. Przegonił Teslę i został liderem w swoim segmencie w Tajlandii, Meksyku czy Brazylii. W Japonii, krainie nowoczesnej motoryzacji, co piąty importowany samochód jest marki BYD. Nic dziwnego, bo w ubiegłym roku Chiny przegoniły Japonię w kategorii największy na świecie eksporter samochodów. Chińskie koncerny sprzedały za granicę prawie 5 mln aut, o blisko 60 proc. więcej niż rok wcześniej. Dlatego w portach buduje się specjalistyczne nabrzeża z rampami do załadunku samochodów. A marki motoryzacyjne zamawiają nowe statki do ich przewozu. W tym roku na wodzie ma stanąć co najmniej 30 nowych. Każdy może zabrać za jednym zamachem nawet 7 tys. samochodów i wykonać wiele kursów transoceanicznych. Na przykład do Europy.

Dlatego w europejskich portach zapychają się nabrzeża, place i parkingi, na których stawiane są sprowadzone z Chin auta. Ich liczba jest tak wielka, że porty zgłaszają problemy z rozładowaniem korków i wynajmują place na zewnątrz, by uporać się z klęską urodzaju. Bo chińskich aut jest więcej niż możliwości logistycznych rozwiezienia ich po starym kontynencie. Gardło okazało się wąskie, choć apetyty wielkie. Chińczycy walczą o europejski rynek, bo na swoim się już nie mieszczą. Ich potencjał produkcji samochodów na baterie znacznie przewyższa możliwości chińskich konsumentów. Kto miał kupić auto na prąd, już to zrobił. Wymieni je za kilka lat, a finansowany przez państwo przemysł nie może czekać z produkcją. Z taśm fabryk zjeżdżają tysiące elektryków, na które chętnych trzeba znaleźć za granicą. Stawką jest sukces chińskiej gospodarki. Faktyczny i propagandowy. Za wszelką cenę.

Tego Pekin nie przewidział. Chińskie elektryki 'korkują' europejskie porty

Chińskie elektryki. Niska cena ma skusić klientów

Chińskie auta są fantastycznie tanie. Najtańszy model marki BYD kosztuje jakieś 14 tys. dolarów, czyli około 60 tys. złotych. To mniej niż europejskie auto na benzynę. Tutaj uwaga na marginesie: średnia cena samochodu salonowego w Polsce wyniosła na początku roku mniej więcej 180 tys. złotych i wzrosła przez ostatnie cztery lata o 65 proc. Auto elektryczne kosztuje średnio 230 tys., najtańsze około 100 tys. To o połowę drożej niż auto tej samej klasy chińskiej marki.

Ta chińska tanizna dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego śmiertelne zagrożenie. Zwłaszcza dla niemieckiego, w którym motoryzacja była - dosłownie - siłą napędową całej gospodarki. Ale cierpieć będą też Francuzi, europejski biznes dostarczający części i podzespoły do aut oraz polskie i węgierskie fabryki baterii, które swoją produkcję sprzedają zachodnim koncernom. Chińskie auta przyjeżdżają zaś do Europy w jednym kawałku, już wyposażone w akumulatory 'made in China'.

Chiński statek przybił do niemieckiego portu. W Europie strach

USA stawia tamę. Chodzi o elektryki z Chin

I teraz o tym, jak z tym zagrożeniem radzi sobie inny potentat motoryzacyjny, czyli Stany Zjednoczone. Amerykanie sięgnęli w walce z chińskim przeciwnikiem, po większy niż do tej pory kaliber - podnieśli cła. I to jak! Z 25 proc. do 100 proc. na chińskie samochody elektryczne. Wzrosną też cła na półprzewodniki, baterie, akumulatory, panele słoneczne, niektóre minerały, stal, aluminium oraz dźwigi i artykuły medyczne. A to znaczy, że chiński samochód elektryczny po zapłaceniu za niego cła będzie w USA kosztował niemal dwa razy więcej niż teraz. I przestanie być atrakcyjnym, tanim zakupem. Amerykanie chronią w ten sposób swój rynek przed zalewem chińskich aut, z którymi nie są w stanie konkurować cenowo. Zaś amerykański przemysł, zwłaszcza motoryzacyjny dostaje ekstra czas na technologiczny pościg za liderami. I to w stosunkowo komfortowej sytuacji, gdy tylko 2 proc. amerykańskiego importu to elektryki z Chin. Bo może być pod tym względem znacznie gorzej, na przykład tak jak w Japonii.

Temu i Shein zalewają świat 'taniochą'. Tak manipulują klientami

Ale amerykańsko-chińska wojna gospodarcza toczy się na więcej niż jednym froncie. Bo Amerykanie próbują bronić nie tylko swojej motoryzacji. Ale przede wszystkim pozycji lidera, gdy chodzi o sztuczną inteligencję, bo amerykańskie firmy mają technologię, która daje tej inteligencji życie.

Czyli technologię superszybkich mikroprocesorów, które kiedyś napędzały złożone komputerowe gry fabularne, a dzisiaj dzięki nim najnowsza wersja ChatGPT potrafi tłumaczyć z dowolnego języka w czasie rzeczywistym, w ciągu sekund stworzyć grafikę w dowolnej stylistyce na dowolny temat. Ale też poszukiwać nowych leków, analizować wyniki i prowadzić badania przesiewowe, zarządzać komunikacją miejską, wysypiskami śmieci, wspierać handel i zarządzanie dostawami, nadzorować uprawy, a nawet wypasać zwierzęta z wykorzystaniem automatycznych dronów. A wkrótce ta technologia pozwoli też humanoidalnym robotom rozumieć kontekst sytuacji, naśladować człowieka w codziennych czynnościach czy prowadzić z nim swobodną konwersację.

Ceny nowych aut odjechały. Ale mimo tego wracamy do salonów samochodowych!

Dzisiaj chodzi o to, by w tym nowym wspaniałym świecie super inteligentne maszyny nosiły na obudowie informację: 'made in the West'.