Twój kolejny samochód może być chiński. Ceny robią wrażenie
Już tu są. Chińskie samochody wjeżdżają do Polski. I to nie na sztuki kupowane za granicą i rejestrowane w Polsce, nieco eksperymentalnie. Ale w sposób zorganizowany, z regularnymi salonami sprzedaży. I z cenami, które robią wrażenie. W ten sposób Polska dołącza do grona krajów, przez które chińska motoryzacja wjeżdża do Europy. A to dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego, w tym przede wszystkim niemieckiego jest śmiertelnym zagrożeniem. Dla klientów wręcz przeciwnie. Bo oznacza wojnę cenową i to do krwi ostatniej. Szczególnie gdy chodzi o samochody elektryczne.
Na początek o cenach. Bo tu mamy rekordy i to miesiąc po miesiącu. Według danych Instytutu Samar w październiku nowe samochody były w Polsce najdroższe w historii. Średnia cena sięgnęła 180 tys. złotych. To ponad trzy razy więcej niż 20 lat temu. W 2003 roku było to około 50 tys. Najbardziej gwałtowny wzrost rozpoczął się w roku 2020 - podwyżki od tego czasu wyniosły prawie 60 proc. Dzisiaj ceny rosną w tempie około 10 proc. rocznie. Innymi słowy, jeśli kupiłeś nowy samochód ze średnią ceną za rok taki sam będzie droższy o jakieś 20 tys. złotych. Jeszcze gorzej - dla klientów - sytuacja wygląda z samochodami elektrycznymi. Średnia cena w Polsce to około... 280 tysięcy złotych. Czyli tyle ile kosztuje w mieście powiatowym niewielkie mieszkanie!
Ale samochodu nie kupuje się jak mieszkania z hipoteką na 20 lat. W kilkuletnim kredycie z wysokim oprocentowaniem miesięczna rata za elektryka jest tak wysoka, że dla większości nieosiągalna. I dlatego, gdy chodzi o elektryfikację transportu, Polska jest w ogonie Europy. Jest za to w czołówce "usamochodowienia" obywateli. Mamy najwięcej samochodów "na obywatela". Niemal wszystkie na benzynę i niemal wszystkie wiekowe. Średnia wieku auta w Polsce to 13 lat. To tyle, jeśli chodzi o ceny. Nie trzeba chyba wyjaśniać, dlaczego statystycznego Polaka absolutnie nie stać na nowe auto, a już zwłaszcza na auto elektryczne. I tu wjeżdżają oni - cali na biało. Chińczycy.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Chińska ofensywa
Chiński przemysł motoryzacyjny, jeszcze niedawno przedmiot powszechnych żartów, sprzedaje dzisiaj blisko 6 milionów aut elektrycznych rocznie. To więcej niż sprzedaje się w Stanach Zjednoczonych i Europie razem. Prowadzone od 20 lat agresywne inwestowanie w ten sektor sprawiło, że Chińczycy produkują dzisiaj... za dużo aut. Z wielu powodów, głównie geopolitycznych sprzedawanie ich zakochanym w motoryzacji Amerykanom jest prawie niemożliwe. Dlatego salony chińskich marek, owszem, instalują się w Ameryce Północnej, ale w Kanadzie i Meksyku. Jedynym sensownym kierunkiem ekspansji staje się zatem Europa.
Już teraz połowa chińskiej sprzedaży zagranicznej w motoryzacji to sprzedaż europejska. Ta wielkość wzrosła w ciągu jednego tylko roku aż o 60 proc.! Znawcy przywołują w tym miejscu rewolucję motoryzacyjną, którą świat przeszedł w latach 70. To właśnie wtedy Ameryka została skolonizowana przez Japończyków. Do dzisiaj japońskie marki znajdują się w USA w ścisłej czołówce najczęściej sprzedawanych modeli. W tym roku wyprzedzają je tylko trzy modele amerykańskich pick-upów. A podobny stan trwa już blisko pół wieku. Skądinąd wiadomo, że historia lubi się powtarzać... Ale wróćmy do Chińczyków. Teraz o liczbach.
Wspomnieliśmy, że Chiny produkują za dużo samochodów. I to dużo za dużo. Z taśm montażowych blisko 200 firm motoryzacyjnych już wkrótce będzie zjeżdżać ponad 15 milionów sztuk elektryków. To dwa razy więcej niż mogą sprzedać na miejscu. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z produkcją baterii. Za dwa lata Chiny będą wytwarzać cztery razy więcej ogniw, niż potrzebują. Producentom sprzyja niski kurs chińskiej waluty, bo dzięki temu zarabiają więcej. Jednocześnie Chiny dynamicznie inwestują w produkcję baterii sodowo-jonowych, dwa razy tańszych niż litowo-jonowe. A i te ostatnie tanieją, bo na świecie spada cena litu. Tanieją podzespoły elektronicznie, niektóre potaniały ze 100 do jednego dolara. To wszystko sprawia, że chińskie elektryki są o połowę tańsze niż europejskie. Ich cena spadła w Chinach w ciągu ostatnich ośmiu lat aż o połowę. W tym samym czasie auta w Europie szybko drożały. Nic więc dziwnego, że Unia Europejska zbroi się do rynkowej walki. Bruksela wszczęła postępowanie w sprawie niedozwolonych dopłat do chińskich aut. I grozi wysokimi cłami. Ale i one mogą nie stanowić skutecznej zapory. Bo Chińczycy tną koszty produkcji tak mocno, że ceny w Europie i tak będą konkurencyjne. Świat już raz przerabiał ten scenariusz. W latach 70. XX wieku za oceanem. I wiadomo, kto wtedy zszedł z placu boju z tarczą, a kto na tarczy.
Teraz Polska. I pierwsze regularne salony chińskiej marki motoryzacyjnej. Marka jest znajoma, bo to MG, brytyjska firma ze stuletnimi tradycjami i najlepiej sprzedające się chińskie auto w Europie. Została kupiona przez jeden z największych państwowych chińskich koncernów samochodowych, by swoje auta na razie składać tam i przymierzać się potem do budowy nowej fabryki w Europie. MG ma bowiem plany podbijania kolejnych rynków tak, jak podbiła rynek brytyjski. Roczny wzrost sprzedaży wyniósł tam ponad 700 proc. Głównie z powodu konkurencyjnych cen. A skoro o cenach mowa: chiński producent otwiera właśnie cztery salony w Polsce, ruszyła strona internetowa oraz kampania promocyjna w sieci. Kompaktowe auto elektryczne w wersji podstawowej kosztuje 120 tys. złotych, duży rodzinny SUV benzynowy - 100 tys., mniejszy - 80 tys. Producent obiecuje na auta siedem lat gwarancji, a polskie ceny są niższe niż brytyjskie. W krajowej ofercie nie ma samochodów hybrydowych.
Niemiecki motor ostro hamuje. Kij włożony w szprychy pochodzi z Chin
Sprzedaż chińskich marek w Europie to dzisiaj zaledwie 8 proc. całego rynku. Ale ten udział co roku się podwaja. Do końca przyszłego roku Chińczycy planują wjechać do Europy jedenastoma kolejnymi masowymi markami. Europa zamierza zawzięcie się bronić. I otwiera front cenowy, zapowiadając cięcie kosztów, by swoje auta sprzedawać taniej. Europejski konsument ma więc teraz czas, by z paczką popcornu zasiąść wygodnie na kanapie. I cierpliwie poczekać.