Tak powstaje serial o Konkursie Chopinowskim. "Dopuścili nas do wszystkich posiedzeń jury"
Pomimo głębokiej mądrości ludowej mówiącej o tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, my zdecydowaliśmy się do niej wrócić i zrealizować siedmioodcinkowy serial, który będzie miał premierę w 2027 roku na stulecie Konkursu Chopinowskiego - mówi reporterce TOK FM Julii Sarzyńskiej reżyser Jakub Piątek.
- Film "Pianoforte" to zdobywca Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł za najlepszy film dokumentalny i Międzynarodowej Nagrody Emmy (jako pierwsza polska produkcja dokumentalna).
- Film ukazywał kulisy ubiegłego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina;
- Po sukcesie produkcji twórcy postanowili stworzyć siedmioodcinkowy serial, przedstawiający historie bohaterów tegorocznej, XIX edycji Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego;
- O pracy nad serialem opowiada reżyser Jakub Piątek w rozmowie z Julią Sarzyńską.
Julia Sarzyńska: Dwa lata temu powstał film "Pianoforte", bardzo zresztą doceniony zarówno przez publiczność, jak i krytyków. Obecnie realizujecie serial. Jaka jest relacja tych dwóch projektów? Czy serial jest kontynuacją, czy jednak czymś zupełnie nowym?
Jakub Piątek: W 2023 roku odbyła się premiera pełnometrażowego filmu dokumentalnego “Pianoforte”, który opowiada o wybranych uczestnikach i uczestniczkach poprzedniej, XVIII edycji Konkursu Chopinowskiego. Mieliśmy poczucie, że wiele interesujących scen i bohaterów musieliśmy usunąć w montażu, a Konkurs Chopinowski kryje w sobie jeszcze ogrom historii. Dlatego, pomimo głębokiej mądrości ludowej mówiącej o tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, my zdecydowaliśmy się do niej wrócić w tym roku i zrealizować siedmioodcinkowy serial, który będzie miał premierę w 2027 roku na stulecie Konkursu Chopinowskiego.
To, co łączy oba projekty, to przede wszystkim Konkurs oraz pianiści i pianistki z całego świata. Do tego dochodzi sposób podejścia do tematu. Zależało nam, aby "odbrązowić" Konkurs i muzykę klasyczną. Chcieliśmy pokazać aspekt ludzki. My zawiązujemy relacje z naszymi bohaterami i bohaterkami znacznie wcześniej. Jeszcze przed rozpoczęciem Konkursu odwiedzamy ich w domach na całym świecie. Spędziliśmy w podróży blisko 90 dni. W pewnym momencie, jakoś tak się złożyło, byłem w nieustannej podróży przez 28 dni i okrążyłem całą ziemię. Co też jest istotne - o ile film "Pianoforte" reżyserowałem sam, tak w przypadku serialu zaproszenie do współpracy przyjęli wspaniali twórcy: reżyserka Marta Prus i reżyser Marek Kozakiewicz. W trójkę, w takim kolektywie reżyserskim, tworzymy serial.
Dlaczego postanowiliście zrobić serial, a nie na przykład film "Pianoforte 2"?
Podczas montażu filmu chcieliśmy, aby był on intensywnie angażujący. Aby miał dramaturgię filmu sportowego, z elementami thrillera. Historię kilkorga ludzi próbowaliśmy zamknąć w 90 minutach. Po kilku tygodniach montażystka - Urszula Klimek-Piątek - z dumą poinformowała mnie, że opracowała pierwszy etap Konkursu. Po zmontowaniu okazało się, że sam pierwszy etap trwa półtorej godziny. Wtedy poczułem, że o Konkursie Chopinowskim można nakręcić serial. Ponadto dramaturgia serialu - zarówno sezonu, jak i pojedynczych odcinków - rządzi się inną logiką. Inaczej rozkładają się akcenty, zmienia się też struktura opowiadania.
Zarówno serial, jak i film, nie opowiadają o samym Konkursie, lecz bardziej o pianistach - uczestnikach. W jaki sposób wybieraliście swoich bohaterów i bohaterki?
Przeprowadziliśmy bardzo szczegółowy research wszystkich osób, które przyjechały do Warszawy na eliminacje - w tym roku było ich ponad 160. Analizowaliśmy dostępne w internecie materiały: fragmenty wywiadów oraz nagrania występów. Chcieliśmy dowiedzieć się o pianistach i pianistkach jak najwięcej. Następnie kontaktowaliśmy się z wybranymi osobami i prosiliśmy je o półgodzinne lub godzinne rozmowy online. Dopiero potem decydowaliśmy, kto zostanie bohaterem filmu czy serialu. Nie kierowaliśmy się rankingami, lecz intuicją. W dokumencie kluczowa jest ciekawość drugiego człowieka - jeśli reżyser jest ciekawy bohatera, istnieje szansa, że widz również będzie. Wspólnie możemy przeżyć ważny moment życiowy - w tym przypadku Konkurs Chopinowski - i dowiedzieć się czegoś nie tylko o świecie, ale także o samym bohaterze czy bohaterce.
Po etapie eliminacji spędziliśmy z wybranymi osobami czas z kamerą, by lepiej się poznać i zobaczyć, jak reagują na obecność ekipy. Później następował moment decyzji - jeśli mieliśmy polecieć do kogoś na inny kontynent i spędzić z nim kilka dni, potrzebowaliśmy jasnej deklaracji współpracy. Często takie spotkania prowadziły do prawdziwych przyjaźni.
Czy serial będzie opowieścią tylko o pianistach i pianistkach, czy pokażecie także inne, równie ciekawe, aspekty Konkursu Chopinowskiego?
Serial pozwala na pewnego rodzaju dygresyjność opowiadania, większą swobodę narracyjną. Dlatego postanowiliśmy stworzyć historię wielogłosową. Organizatorzy wydarzenia, tym razem, dopuścili nas, wraz z kamerami, do wszystkich posiedzeń jury. Dzięki temu niektórzy z jurorów stali się drugoplanowymi bohaterami. Co dla mnie fascynujące - część z nich jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu była dokładnie w tym samym miejscu, wychodziła na tę samą scenę. A dziś to oni decydują, czy dopuścić kogoś do kolejnego etapu.
Pokazujemy też widzów - tych, którzy godzinami stoją w kolejkach po bilety - oraz dziennikarzy towarzyszących pianistom. Powstanie też odcinek poświęcony wyłącznie nauczycielom. Konkurs zostanie opowiedziany z ich perspektywy, ponieważ często relacja z nauczycielem jest tą najważniejszą relacją w życiu pianisty. Dzięki temu serial jest wielowątkowy: obok pianistów pojawiają się też nauczyciele, jurorzy, publiczność, dziennikarze.
"Pianoforte" nie był filmem o wygranych, czy podobnie będzie z serialem?
Na tym etapie nie zdradzamy bohaterów serialu. Było ich więcej niż ostatecznie jesteśmy w stanie pokazać - konieczna będzie selekcja. Ciekawe jest to, że - jak zauważył dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina Artur Szklener - ambasadorami muzyki Chopina stali się uczestnicy, którzy nie dotarli nawet do finału. Osoby z drugiego czy trzeciego etapu również mogą nieść muzykę Chopina dalej. To ogromna wartość. Przykładem jest Marcin Wieczorek, bohater filmu, który doszedł do drugiego etapu Konkursu. Do dziś daje recitale, a jego popularność częściowo wynika z filmu. To dowód na to, że projekt może rezonować także poza samym Konkursem.
A co dzieje się po zakończonym Konkursie - utrzymujecie kontakt z bohaterami?
Przeżywając wspólnie Konkurs, trudno jest się odciąć. Takie doświadczenie zbliża. Naturalną konsekwencją są relacje budowane pomiędzy pianistami a ekipą filmową. Jesteśmy w stałym kontakcie. Myślimy też o kontynuacji zdjęć, o epilogu pokazującym pianistów rok po konkursie - jak się zmienili, jak rozwinęły się ich kariery. Dla wielu z nich to moment przełomowy, gdy życie nabiera zupełnie innego tempa.
Ile w dokumencie jest rzeczywistej obserwacji - dokumentacji, a ile waszej ingerencji, inwencji twórczej?
Podczas samego konkursu nie ingerujemy wcale - nasi bohaterowie są wtedy całkowicie skupieni na grze. W tym okresie działamy w duchu Kazimierza Karabasza: cierpliwego oka obserwatora. Przed konkursem pozwalamy sobie na tzw. zagęszczanie rzeczywistości, jak mówił Marcel Łoziński - aranżujemy sytuacje, które i tak miałyby miejsce albo czekamy, aż się wydarzą. Czasem łączymy bohaterów, doprowadzając do spotkań, ale nie wpływamy na to, co dzieje się później. Największa nasza ingerencja dotyczyła sytuacji, gdy pomogliśmy jednemu z bohaterów wrócić do domu po trzech latach. A to, co wydarzyło się po jego powrocie, już w pełni należało do niego i jego historii.
Czy zdarzyło się, że ktoś po wcześniejszej deklaracji, zrezygnował z udziału w filmie bądź serialu?
W trakcie konkursu nie negocjujemy z bohaterami i bohaterkami. Wiemy, że najważniejszy moment to ten, w którym wchodzą na scenę. Nie możemy i nie chcemy im tego zepsuć. Oni przygotowują się latami, niektórzy wręcz całe życie. Jeśli czujemy, że nasza obecność w czymś przeszkadza, po prostu się wycofujemy. Ich uczestnictwo w Konkursie zawsze będzie na pierwszym miejscu. Podczas realizacji serialu, tuż przed wejściem na scenę, nasze kamery były znacznie mniej obecne, niż w przypadku filmu.
Podczas filmu realizowaliśmy zdjęcia w Szwajcarii, z wspaniałą bohaterką o bardzo intrygującej historii życiowej. Gdy zapakowaliśmy sprzęt do samochodu i ruszyliśmy do granicy szwajcarsko-włoskiej, żeby zdążyć na samolot, w trakcie drogi dostałem maila, że ta osoba wycofuje się z filmu. Było to dla niej zbyt osobiste i trudne. Takie sytuacje się zdarzają, jest to wpisane w cenę tego, co robimy.
Utrzymujesz kontakt z bohaterami filmowymi? Może pojawią się w serialu?
Być może część z nich wróci. Z wieloma jestem w kontakcie - to trochę jak mieć przyjaciół rozsianych po świecie. Dzwonimy do siebie, pamiętamy o urodzinach, świętach. Minęły cztery lata, ja znalazłem się w tym samym miejscu - Filharmonii Narodowej - i nagle zadzwoniło do mnie kilku bohaterów poprzedniej edycji Konkursu. Zatęsknili za tymi przeżyciami. To bardzo miłe telefony, ciekawe rozmowy i wartościowe, ponowne spotkania.
Stworzyłeś film, a teraz realizujesz serial, o jednym z najważniejszych konkursów pianistycznych na całym świecie. A sam przecież, o ile mi wiadomo, wykształcenia muzycznego nie masz.
To jest dla mnie pewnego rodzaju paradoks. Nagle osoba bez wykształcenia muzycznego i bez muzycznego słuchu, staje się nieformalnym rzecznikiem Konkursu, poprzez swoje filmy. Czasami śmiejemy się, że jestem takim barbarzyńcą w Filharmonii Narodowej, ponieważ pierwszy raz przekroczyłem jej progi dopiero na studiach. Wyłącznie dlatego, że pojawiła się promocja dla studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Poszedłem tam z ciekawości i byłem jedną z tych osób, która nie wie, kiedy klaskać i kiedy kończy się utwór. Teraz nadrabiam swoje zaległości, ale podobne do mnie zaległości ma - niestety - bardzo dużo osób. Poprzez powszechną edukację muzyczną w Polsce wiele tracimy. Przynajmniej ja miałem takie lekcje muzyki, z których niewiele wyniosłem. Wszyscy chłopcy w klasie, przez pięć lat, zarzekali się o swojej mutacji. Dzięki temu nie musieli śpiewać.
Nie zgadzam się na paradygmat, że muzyka klasyczna i pójście do filharmonii muszą być przeżyciem elitarnym. Muzykę można odbierać bez przygotowania, w sposób czysto emocjonalny. Ja sam zacząłem tak robić.
Spędzając tyle czasu wśród pianistów i pianistek nie chciałeś sam nauczyć się gry na fortepianie?
Właśnie z tego powodu, że spędziłem tyle czasu z młodymi, niezwykle utalentowanymi artystami, którzy stanowią światową czołówkę, urodził się we mnie ogromny respekt do fortepianu, wręcz jakiś rodzaj nieśmiałości - nawet gdy mam tylko dotknąć klawiatury fortepianu. Dla własnych potrzeb zacząłem uczyć się zapisu nutowego. Mój jedyny półprofesjonalny związek z muzyką to był moment, w którym zostałem wybrany do chóru w podstawówce, ze względu na mój wzrost. Gdy podczas próby prowadząca chór usłyszała, jak śpiewam, poprosiła, żebym na występach jedynie poruszał ustami. Ta sytuacja we mnie została i do dziś, w sytuacjach publicznych wymagających śpiewu, wolę po prostu milczeć.
Źródło: TOK FM