"Mówił, że jest jak Chrystus" Jak Wspólnota św. Dominika we Wrocławiu stała się sektą?
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. 'Reformacja 2.0. Czy Kościół w Polsce przetrwa?' autorstwa Tomasza P. Terlikowskiego, która ukaże się 23 kwietnia nakładem Wydawnictwa Literackiego.
Jeśli jest coś, czego z pewnością nauczyłem się w czasie badania sprawy Pawła M. z zakonu dominikańskiego, to - poza tym, że ta właśnie sprawa wprowadziła w moje myślenie najgłębsze być może zmiany - jest świadomość, że w ogromnej większości przypadków, jeśli chodzi o wykorzystanie seksualne osób dorosłych (zależnych czy bezbronnych), u ich fundamentów wcale nie leży popęd seksualny, lecz pragnienie władzy, kontroli, dominacji. Seksualność, a także przemoc są jedynie ich ostatecznym wyrazem. Wszystko zaczynało się o wiele wcześniej, gdy wewnątrz normalnej struktury kościelnej, jaką jest duszpasterstwo akademickie, zaczynano stosować mechanizmy właściwe przemocy duchowej i emocjonalnej.
Z ustaleń poczynionych przez Komisję wynika, że nadużycia, których dokonał Paweł M. wobec powierzonych swojej opiece duszpasterskiej osób, były możliwe, zakonnik bowiem zorganizował Wspólnotę św. Dominika, najbliższy mu krąg osób, złożony głównie, choć nie wyłącznie, z kobiet, w schemacie sekty. W dynamicznym i licznym duszpasterstwie stopniowo kształtował się tzw. krąg wewnętrzny. Paweł M. dobierał starannie osoby, jakie były do niego dopuszczane.
Grupa skupiona wokół charyzmatycznego lidera, nie tylko wskazującego kierunki działania, ale także wymuszającego konkretne zachowania, kształtowała się stopniowo, była nieustannie poddawana próbom, a u jej podstaw leżała ścisła kontrola lidera, który w oczach członków wspólnoty zaczynał odgrywać rolę bezpośredniego kontaktu z Bogiem, a niekiedy był z Nim utożsamiany.
- On we Wspólnocie siebie stawiał w miejscu Boga. Jak chcesz być blisko Boga, to musisz być blisko tego, co mówi Paweł M. - mówi Świadek 14.
To utożsamienie niekiedy znajdowało także wyraz w formach symbolicznych. - On stawał na środku pokoju, mówił, że jest jak Chrystus, zwieszał głowę i kazał nam się modlić o zmartwychwstanie. Kazał przed sobą klękać, żeby jego, który stał się Chrystusem, przepraszać za szykanowanie przez żołnierzy rzymskich - dodaje Świadek 14 - pisaliśmy - jako komisja badająca tę sprawę - w jawnej części Raportu poświęconego sprawie Pawła M.
I nie były to jedyne elementy związane z uzależnieniem duchowym, które wprowadzał w swojej wspólnocie dominikanin Paweł M. I nie chodzi tylko o to, że starannie wybierał osoby, które wprowadzał do wewnętrznego kręgu, że gromadził - także za pośrednictwem spowiedzi - wszystkie informacje (również te związane z pożyciem seksualnym, problemami z życiem rodzinnym, z odrzuceniem przez bliskich czy rozmaitymi patologicznymi sytuacjami), ale też o poddawanie osób ze wspólnoty ścisłej kontroli. Polegała ona na "ustaleniu form codziennej aktywności jednostki, np. dotyczących wyglądu zewnętrznego - ubioru, uczesania, koloru stroju, odżywiania (np. jakości pokarmów wskazanych do wykreślenia z jadłospisu), czasu przeznaczonego na sen" oraz zakładała "konieczność uzgadniania wszystkich decyzji ze zwierzchnikiem i obowiązek dzielenia się swoimi przemyśleniami i odczuciami z osobami stojącymi wyżej w hierarchii, system kar i nagród i sztywne przepisy i reguły".
"Wszystkie te elementy występowały w relacji Pawła M. do osób należących do wrocławskiej wspólnoty życia stałego. Kobiety nakłaniano do noszenia - pod normalnym strojem - tuniki, która miałaby chronić przed działaniem szatana. Każda z dziewcząt musiała szczegółowo zdawać sprawozdanie z tego, co działo się z nią w ciągu dnia, tłumaczyć się w czasie zbiorowych, charyzmatycznych modlitw z każdego spotkania, z każdej rozmowy lub zdawać sprawozdanie nawet z myśli w czasie - regularnych - niekiedy codziennych, długich i bardzo szczegółowych spowiedzi. Paweł M. kontrolował także sen, «miażdżąc» członków grupy jego brakiem, a także brakiem czasu w ogóle. «Myślę, że gdyby każdy z nas miał spać dwie godziny dziennie, to po miesiącu zaczyna się żyć w świecie nierzeczywistym» - wspomina Świadek 14. «Spędzaliśmy na takich modlitwach bardzo dużo czasu. Cały dzień, całą noc, potem znowu cały dzień, to mogło trwać do trzech dni prawie non stop modlitwy» - uzupełnia Świadek 16".
I właśnie te elementy (oraz zbudowanie spójnej, choć fałszywej wizji świata, w której zależność od lidera była gwarancją rozwoju duchowego) sprawiły, że możliwa stała się gigantyczna przemoc, która obejmowała zarówno całonocne bicie pasem, jak i ogromną przemoc seksualną. U jej początków było jednak fałszywe przeżywanie religijności, wizja kapłaństwa i przewodnictwa duchowego, która nawet w wersji hard oparta była na przemocy i patologii psychicznej, ale w wersjach łagodniejszych naprawdę funkcjonujących w katolickich formach pobożności, wzorcach.
***
Dlaczego wracam do tamtych wydarzeń, które opisałem przecież dość szczegółowo w "Wygasaniu"? Odpowiedź jest prosta - są one znakomitą ilustracją słów wypowiedzianych przez Franciszka w czasie spotkania z irlandzkimi jezuitami w 2018 roku: "Elitaryzm, klerykalizm sprzyja wszelkim formom nadużyć. A nadużycia seksualne nie są pierwszymi. Pierwszymi nadużyciami są nadużycia władzy i sumienia […], nadużycia seksualne są konsekwencją nadużywania władzy i sumienia, jak powiedziałem wcześniej. Nadużycia władzy istnieją. Kto z nas nie zna autorytarnego biskupa? W Kościele zawsze byli autorytarni biskupi i przełożeni zakonni. A autorytaryzm to klerykalizm. Czasami posłanie na misję zdecydowanie i z autorytetem jest mylone z autorytaryzmem. Zamiast tego są to dwie różne rzeczy".
Myśl ta, wyrażona w typowej dla Franciszka, skrótowej formie, wymaga uzupełnienia, które znaleźć możemy choćby w jego posynodalnej adhortacji Christus vivit:
"Istnieją różne rodzaje nadużyć: władzy, gospodarcze, sumienia, seksualne. Oczywiste jest zadanie wykorzenienia tych form sprawowania władzy, na które owe nadużycia się nakładają, oraz przeciwdziałanie brakowi odpowiedzialności i przejrzystości, jakie miały miejsce w zajmowaniu się wieloma przypadkami. Pragnienie panowania, brak dialogu i przejrzystości, formy podwójnego życia, pustka duchowa, a także kruchość psychiczna są przestrzenią, na której kwitnie demoralizacja. Klerykalizm jest ciągłą pokusą kapłanów, którzy interpretują «otrzymaną posługę jako władzę, którą należy wypełniać, a nie bezinteresowną i wielkoduszną służbę, którą należy ofiarować. A to prowadzi nas do przekonania, że należymy do grupy, która ma wszystkie odpowiedzi i nie musi już niczego słuchać i niczego się uczyć». Bez wątpienia klerykalizm naraża osoby konsekrowane na utratę szacunku dla świętej i niezbywalnej wartości każdej osoby i jej wolności".
Te rozważania Franciszka warto jeszcze uzupełnić uwagami generała zakonu karmelitów bosych o. Miguela Márqueza Calle OCD, który odwołując się do dokumentu "Nowe wino, nowe bukłaki" Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, wskazuje główne elementy przemocy duchowej. Są to: "centralizacja wszystkiego w osobie sprawującej władzę", "niedostarczanie dokładnych i wiarygodnych informacji", a nawet "utrzymywanie status quo z użyciem takich argumentów, jak: «zawsze tak robiliśmy»". Autorzy wspomnianego dokumentu Nowe wino, nowe bukłaki piszą jeszcze o jednym niebezpiecznym nadużyciu władzy: "Nie brakowało w tych latach - szczególnie w Instytutach niedawno powstałych - wydarzeń i sytuacji manipulowania wolnością i godnością osób. Nie tylko redukując je do całkowitej zależności, która upokarzała ich godność, a nawet podstawowe prawa ludzkie; ale zmuszając je, przez różnego rodzaju podstępy (matactwa) i pod pretekstem wierności projektom Bożym poprzez charyzmat, do podporządkowania się, które dotykało także strefy moralności, a nawet intymności seksualnej. Z wielkim skandalem dla wszystkich, kiedy fakty ujrzały światło dzienne".
Ale i to nie wyczerpuje całości obrazu. Dysmas de Lassus, przeor Wielkiej Kartuzji, mówi, że "nadużycia duchowe", czy też "przemoc duchowa" mogą mieć jeszcze inne, nie mniej groźne formy. Nadużyciem duchowym jest próba przejęcia władzy nad cudzym sumieniem, każdy bowiem, kto próbuje to zrobić, wchodzi w rolę Boga, a nie towarzysza duchowego. Niedopuszczalne jest również narzucanie samego siebie lub kogokolwiek innego jako kierownika duchowego. "Nikt nie może się więc narzucać - lub zostać narzucony - jako kierownik duchowy, zaś dobrowolnie wybrany towarzysz duchowy nie może działać z pozycji władzy, wydając rozkazy" - pisze o. Dysmas de Lassus. Istotne jest przy tym, by nie przyjmować infantylnej wizji życia duchowego, która prowadzi do obrazu Boga jako totalnego kontrolera naszego życia, a w konsekwencji do poddania się władzy innych: "Jeżeli duchowość otoczenia zbyt mocno podkreśla wolę Bożą w odniesieniu do wszystkiego, pomylenie woli przełożonego z wolą Bożą jest rzeczą niemal pewną. Jeśli pytam Boga, czy mam dzisiaj włożyć sweter, czy nie, Bóg na pewno mi nie odpowie. Jeśli więc idea otoczenia jest taka, że we wszystkim trzeba szukać «woli Bożej», to przełożeni nieuchronnie będą wyrażali tę wolę. Czy istnieje jakieś inne rozwiązanie? Cudzysłów oznacza, że owa rzekoma wola Boża bynajmniej nią nie jest, ponieważ Bóg nie jest nadopiekuńczą matką, która na każdym kroku mi mówi, co mam robić, i nie ma dokładnie żadnej woli względem tego, czy włożę sweter, czy nie. Dał mi rozum, żebym sam znalazł odpowiedź na tego rodzaju pytania. To drobiazgowe podejście do woli Bożej jest bardzo infantylizujące, ponieważ nigdy nie pozostawia przestrzeni dla praktykowania wolności i odpowiedzialności. Tu właśnie tkwi sedno nadużycia: wola Boga względem ciebie przychodzi z zewnątrz, a ty jak dziecko masz podporządkować się wszystkiemu, czego się od ciebie żąda".