,
Obserwuj
Ludzie

Miał być mundial jak nigdy, będzie jak zawsze? Mistrzostwa w piłce nie będą mistrzowskie w biznesie

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
18.05.2026 06:38

Na tej imprezie wszystko ma być "naj". Impreza, choć sportowa, ma potężny ładunek biznesowy. Ruszające za kilka tygodni Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, rozgrywane w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, amerykański prezydent nazywa, z właściwą sobie megalomanią, "największym wydarzeniem w historii ludzkości".

Donald Trump i Gianni Infantino
Donald Trump i Gianni Infantino
fot. Jacquelyn Martin/Associated Press/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Ile Stany Zjednoczone zamierzają zarobić na ruszającym za miesiąc Mundialu?
  • Że "naj" dotyczy też niestety cen biletów na mecze: niestety, bo są najdroższe w historii.
  • I czy biznesowy sukces jest murowany? "Naj"prawdopodobniej wcale nie.

A skoro będzie o sporcie, to od razu pójdziemy o zakład. Stawką będzie hot-dog, ale nie taki zwyczajny, bo to hot-dog dostarczany przez samego szefa FIFA. Gianni Infantino obiecał osobistą dostawę pod jednym warunkiem - że znajdzie się szaleniec, który za bilet na mecz na tegorocznym mundialu zapłaci co najmniej 2 miliony dolarów. Choć jak sam twierdzi tylko żartował, to astronomiczne ceny wejściówek na mecze zbliżającego się mundialu - żartem nie są. W systemie biletowym właśnie padł absolutny rekord - pół miliarda zamówień. Ale na historyczny sukces - przynajmniej na razie - się nie zanosi. W tym odcinku powiemy dlaczego. I co potencjalna klapa oznacza dla piłki nożnej.

Astronomiczne ceny

Na sześć tygodni przed startem największej w historii imprezy piłkarskiej na świecie, organizatorzy znaleźli się na spalonym i przechodzą do murowania swojej bramki. Bo miało być jak nigdy, a prawdopodobnie będzie jak zawsze. Zacznijmy od liczb, czyli tej części opowieści, w której (prawie) wszystko będzie "naj". Najwięcej drużyn, bo 48 zamiast 32. Najwięcej meczów - 104 zamiast 64. Trzy kraje-gospodarze - Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk. Szesnaście miast na kontynencie, w tym jedenaście w USA. I rekordowa wycena wpływu gospodarczego turnieju: według badania FIFA i Światowej Organizacji Handlu to ponad 30 miliardów dolarów dla samych Stanów Zjednoczonych przy wydatkach zaledwie 11 miliardów. To jakieś 180 tysięcy nowych miejsc pracy i rekordowe 6,5 miliona kibiców. Według prezydenta Donalda Trumpa to największe wydarzenie w historii ludzkości. Prezes FIFA tej oceny nie podważa.

Jest też "naj" z innej kategorii, w której nikt piersi do orderów nie wypina. Ceny biletów w oficjalnym obiegu są nawet... dziesięć razy wyższe niż cztery lata temu. Najtańszy bilet na mecz fazy grupowej między Curaçao a Wybrzeżem Kości Słoniowej w Filadelfii kosztuje niecałe 400 dolarów, bilet kategorii pierwszej na mecz między Paragwajem a USA w Los Angeles - ponad 4 tysiące. Bilet na finał w New Jersey - oficjalnie do mniej więcej 11 tysięcy. Ale na oficjalnej platformie odsprzedaży FIFA - tej samej, z której FIFA pobiera 15 procent prowizji od każdej transakcji - jedno miejsce na finał wystawiono za - uwaga! - 11,5 miliona dolarów.

Krytykowana powszechnie FIFA nie ma sobie nic do zarzucenia i astronomiczne ceny tłumaczy... popytem. Krótko mówiąc - chętnych jest taka masa, że ceny rosną. Masa to ponad pół miliarda zgłoszeń po siedem milionów biletów. Czyli ponad 70 osób po każdy bilet. Czy to dużo? Blisko dwa razy więcej niż ne poprzednim turnieju. Tam zainteresowanie przypadające na jeden mecz wynosiło niecałe 3,5 miliona osób na każdy z 64 meczów. Ceny podobno odpowiadają rynkowi, co powinno oznaczać, że tłumy zapowiadają się nie tylko na meczach. Bo ta niekończąca się procesja kibiców gdzieś musi spać i musi coś jeść. Sprawdźmy więc, czy procesja zmierza ku Ameryce.

Małe zainteresowanie

Prawie 80 procent hoteli w miastach-gospodarzach raportuje rezerwacje poniżej prognoz. W Kansas City - jednym z jedenastu miast mundialu - osiemdziesiąt pięć do dziewięćdziesięciu procent hoteli notuje obłożenie poniżej zwykłego lipcowego poziomu. FIFA sprzedała pięć milionów biletów, ale bilety na stadiony nie mają na razie swojego logicznego dalszego ciągu w postaci zarezerwowanych noclegów. Dlaczego? Światowe media gubią się na razie w domysłach, ale jest kilka najczęściej wskazywanych powodów.

  • Po pierwsze: ceny noclegów na czas mundialu są trzykrotnie wyższe niż standardowe. Dla statystycznego turysty - stały się zaporowe.
  • Po drugie: niespokojne czasy nie sprzyjają podróżowaniu, linie lotnicze odwołują loty, na długi dystansach podnoszą ceny biletów z powodu rekordowo drogiego paliwa lotniczego. Obawy związane z chaosem na lotniskach rosną systematycznie, podobnie jak taryfy pasażerskie. Deutsche Bank wyliczył w swoje analizie, że średnia cena lotu transkontynentalnego wzrosła z niecałych 170 dolarów pod koniec lutego do ponad 400 w połowie marca.
  • Po trzecie: Stany Zjednoczone zaostrzyły przepisy wizowe, bilet na mundial nie oznacza automatycznego zezwolenia na wjazd. Amerykańskie placówki konsularne na całym świecie obsługują kolejki starających się o wizy.
  • I po czwarte: FIFA stworzyła pozory szalonego zainteresowania. Z góry zarezerwowała tysiące pokoi hotelowych, żeby w marcu zwolnić rezerwacje z powodu umiarkowanego zainteresowania piłkarskimi mistrzostwami. Wszystko to oznacza, że wielu kibiców z biletami w kieszeni obejrzy mundial z kanapy w salonie lub z barowego stołka przy swojej ulicy.

Rachunek jest tutaj prosty: najpierw kolejka po wizę, a dla Europejczyka podwójnie wysoka opłata za jej wydanie, trzy razy droższy niż zwykle hotel w Ameryce, horrendalnie drogie bilety lotnicze, plus abstrakcyjnie wysokie koszty komunikacji zbiorowej lub taksówek na miejscu (bilet w obie strony pociągiem Pen Station w Nowym Jorku na stadion MetLife kosztuje 150 dolarów, poza Mundialem to jakieś 13 dolarów). O cenie wejściówek na mecze nie wspominając. Ekonomiści mają na to fachową nazwę, nazywa się to "demand without conversion": popyt bez realizacji. W tym przypadku to niezrealizowany bilet oprawiony w ramkę.

Polityka nie pomaga

Jest jeszcze jeden element tej piłkarskiej układanki, którego FIFA nie uwzględniła w żadnym swoim modelu ekonomicznym. To polityka. W styczniu 170 tysięcy Holendrów podpisało się pod petycją wzywającą holenderską reprezentację do bojkotu mundialu, bo prezydent Trump groził Europie zajęciem duńskiej Grenlandii. Z podobnych powodów na wakacje do sąsiada przestali przyjeżdżać Kanadyjczycy. Meksykanie mają kłopoty, bo według amerykańskiego rządu są siedliskiem zorganizowanej przestępczości, przede wszystkim narkotykowej. Na indeksie są kraje Ameryki Południowej, a na Bliskim Wschodzie są w stanie wojny z Iranem, którego drużyna gra zresztą na mundialu. Jeśli USA i Iran wyjdą z grup i spotkają się w fazie pucharowej - będzie to jeden z najbardziej napiętych politycznie meczów od czasu hokejowego finału USA–ZSRR na olimpiadzie w Lake Placid w 1980 roku.

Na koniec prognoza, dla organizatorów nie najweselsza. Czyli wspomnienie poprzedniego amerykańskiego Mundialu z 1994 roku. Tamte mistrzostwa były wielkim sukcesem sportowym. Ale jednocześnie obniżyły energię gospodarczą wszystkich miast, w których się rozgrywały. Nie dlatego że był klapą - stadiony były pełne, mecze emocjonujące, Brazylia zdobyła mistrzostwo świata. Ale dlatego, że wielkie imprezy sportowe zerują zainteresowanie zwykłych turystów, windują ceny hoteli i restauracji do poziomu, któremu ani mieszkańcy, ani regularni goście nie są w stanie podołać. Trzydzieści lat później skala jest dziesięciokrotnie większa, podobnie jak oczekiwania i możliwe rozczarowanie. A bilans największego wydarzenia w historii ludzkości może okazać się... ujemny.

źródło: TOK FM