Trudne początki brazylijskiej Polonii. "Nic tylko same pogrzeby były"
"Brazylia miała ziemi aż nadto i bardzo chętnie oddałaby jakiś jej kawałek Maciejowi. Problem polegał na tym, że nie mogła tego zrobić natychmiast. Liczba Maciejów przekroczyła bowiem najśmielsze oczekiwania. Werbujący emigrantów agenci linii transportowych byli dosłownie headhunterami - łowcami głów: dostawali wynagrodzenie za każdego skuszonego chłopa, kusili ich więc na potęgę. Nie tylko w Polsce. Kryzys i bieda panowały w całej Europie, w krótkim czasie brazylijskie wybrzeże zaludniło się więc także tysiącami Portugalczyków, Włochów i Niemców, a sami Polacy mylili się wszystkim z mówiącymi przecież "identycznie" Słowakami, Czechami i całą masą Ukraińców". Publikujemy fragment reportażu autorstwa Wojciecha Lady pt. "Za chlebem. Polscy chłopi w poszukiwaniu ziemi obiecanej".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Wojciecha Lady pt. "Za chlebem. Polscy chłopi w poszukiwaniu ziemi obiecanej", wydanej 6 maja 2026 r. nakładem Wydawnictwa Wielka Litera.
Leśne supermoce
Wbrew obiegowej opinii Brazylia to nie tylko rajskie plaże i nieprzebyty gąszcz tropikalnych lasów. Są tam też choćby spore przestrzenie zielonej sawanny, są góry z bajkowymi wodospadami, a nie trzeba też zbyt długo szukać, by znaleźć bagna i mokradła - to w końcu kraj prawie tak wielki jak cała Europa. W odróżnieniu jednak od Starego Kontynentu typem krajobrazu, który nie występował tutaj przez miliony lat, były falujące, złote pola zbóż. Ktoś, kto przybył tu z Mazowsza czy Galicji, z całą pewnością nie mógł poczuć się jak w domu. "Las, góry, krzaki, zarośla, przepaście bezdenne, bagna, paproć na parę metrów" - załamywał ręce jeden z chłopów.
Rzecz w tym, że przed przybyciem Polaków w Brazylii prawie nie znano rolnictwa. Około trzydziestu lat po przypłynięciu floty Pedra Cabrala powstały co prawda ogromne uprawy trzciny cukrowej. Kilka stuleci później zastąpiono je równie gigantycznymi plantacjami kawy. Jednak nikt z mieszkańców nie rwał się do orki i zasiewów. Owszem, znano tu fasolę, kukurydzę i trochę innych warzyw, ale nigdy nie dominowały one w krajobrazie. Zamieszkujące lasy plemiona doskonale sobie radziły, polując na zwierzęta i łowiąc ryby, dietę uzupełniając występującymi w wielkiej obfitości jagodami. Kiedy zaś przybyli tu Portugalczycy, ani myśleli brudzić sobie rąk jakąkolwiek pracą. Ta ziemia dosłownie była dziewicza, nie znała pługa, a sporadycznie pojawiające się w okolicach jezuickich misji niewielkie pola były raczej osobliwością, traktowaną przez autochtonów jako nieszkodliwe dziwactwo białego człowieka.
Gdy po kolejnych tygodniach włóczęgi Maciej wylądował w końcu w środku parańskiej dżungli, w zasadzie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Na chłopaka i jego bliskich nie czekało zupełnie nic. Brazylia miała ziemi aż nadto i bardzo chętnie oddałaby jakiś jej kawałek Maciejowi. Problem polegał na tym, że nie mogła tego zrobić natychmiast. Liczba Maciejów przekroczyła bowiem najśmielsze oczekiwania. Werbujący emigrantów agenci linii transportowych byli dosłownie headhunterami - łowcami głów: dostawali wynagrodzenie za każdego skuszonego chłopa, kusili ich więc na potęgę. Nie tylko w Polsce. Kryzys i bieda panowały w całej Europie, w krótkim czasie brazylijskie wybrzeże zaludniło się więc także tysiącami Portugalczyków, Włochów i Niemców, a sami Polacy mylili się wszystkim z mówiącymi przecież "identycznie" Słowakami, Czechami i całą masą Ukraińców. Mimo najszczerszych chęci brazylijskie władze nie nadążały z wydzielaniem im działek i przygotowaniem jakiejkolwiek infrastruktury. Tym bardziej że wydzielanie działek w dżungli było czymś pomiędzy sportem ekstremalnym a małą wyprawą wojenną. W wielu takich ekspedycjach uczestniczył Sebastian Woś, który doszedł w nich do prawdziwej maestrii i właśnie jako mierniczy zdobył sławę oraz spory majątek. Jego opowieści potwierdzają, że był to wówczas zawód najwyższego ryzyka.
Przede wszystkim w dżungli się błądzi. Narastające przez tysiące lat warstwy próchniejących drzew, specyficzny mikroklimat i brak ludzkiej interwencji sprawiły, że tutejsza roślinność sprawia wrażenie obdarzonego supermocami wybryku genetycznego. Wycięta ścieżka zarasta w kilka godzin, a w kilka kolejnych jest w stanie zmienić się cały krajobraz. Douglas Preston w książce "Zaginione Miasto Boga Małp" wspominał, że po nocy spędzonej w hamaku zaledwie kilkanaście metrów od centrum obozowiska nie wiedział, jak do niego wrócić. Rano i wieczorem musiał ponownie wycinać dróżkę, kiedy zaś się budził, potrzebował dobrej chwili, by się zorientować, gdzie się właściwie znajduje. "Krzaki już zarastały ścieżkę. Natura natychmiast odzyskiwała, co jej zabrano" - zauważał Tomek Wilmowski z popularnych powieści Alfreda Szklarskiego. Jeśli więc nawet mierniczym udało się w końcu wymierzyć odpowiednie działki dla osadników i wbić tam graniczne paliki, kilka tygodni później osadnicy i tak musieli szukać ich na czworakach z maczetą w ręku. Jeden z chłopów spod Tarnopola dobrze to zapamiętał:
Żeby się dostać przez gęsty bór do swych działek trzeba było wyrębywać ścieżki i schylonym iść i szukać palika wbitego z numerem i gdy się tam dostał dopiero jako tako wyrąbać kawałek lasu i zbudować budę, aby jakoś pomieścić się na noc i na pierwsze czasy. Ludzie het poginęli po tych lasach że jeden o drugim nie wiedział.
Ta skrajna wręcz wegetacja nie była jednak dla mierniczych największym problemem. Dopóki nie osiedli tu emigranci, lasy były królestwem niebezpiecznych zwierząt i chyba jeszcze bardziej niebezpiecznych tubylczych plemion. W pierwszym przypadku to wcale nie drapieżniki stanowiły największe zagrożenie - one zawsze zabijają tylko tyle, ile naprawdę muszą. Grasowało ich zresztą stosunkowo niewiele, bo niepodzielnym władcą był tu właściwie tylko jaguar, a to zabójca żyjący samotnie, w pojedynkę kontrolujący spore obszary łowieckie. Paradoksalnie znacznie bardziej zabójcze dla ludzi były choćby potencjalne ofiary jaguara, czyli pekari - tutejsze dzikie świnie. Większe, agresywniejsze, a na pewno bardziej społeczne niż ich polscy kuzyni, niemal zawsze stawały do walki wspólnie, co czyniło je siłą niemal nie do pokonania - często nawet dla samego jaguara. Najbardziej jednak śmiercionośna była leśna drobnica: gady i owady, z największymi wśród nich mordercami - komarami. "Zrobiły z nas prawdziwe poczwary, popuchnięte i krwią ociekające" - wspominał Maciej i wcale nie przesadzał. W dziejach skomplikowanego sąsiedztwa ludzi i innych zwierząt to właśnie komary są największym ludobójcą.
Quiz: Quiz TOK FM. Sprawdź swoją wiedzę!
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
I wreszcie Indianie. Zasadniczo unikali kontaktów z białymi osadnikami, często bywali nastawieni całkiem przyjaźnie - takie wrażenia odnieśli już Pedro Cabral czy Ferdynand Magellan, a bywało tak i w czasach Macieja. Rzecz w tym, że żyło ich tu około czterdziestu plemion, z których każde miało w tych lasach swoje cmentarzyska i miejsca tabu, które dla białych były kompletnie nieodróżnialne od reszty otoczenia, Indianie zaś traktowali je śmiertelnie poważnie. Jeden nierozważnie wbity palik mógł się wiązać ze śmiercią całej ekspedycji, a ciała ich uczestników znajdowano - lub nie - nawet wiele miesięcy później, zazwyczaj w formie mocno szczątkowej. "W krzakach leżą zwłoki człowieka, zaledwie przyrzucone ziemią; dobrały się do nich sępy i już w połowie je pożarły" - jak opisywał Dygasiński dość powszechny widok w brazylijskich lasach. Nie musieli być to zresztą Indianie. W lasach nie brakowało także innych ras: zbiegli niewolnicy, dezerterzy czy pospolici awanturnicy zbijali się często w bandy, niemające najmniejszych oporów przed zabijaniem ekip mierniczych dla zapasów sprzętu czy żywności. A czasem też po prostu dla zabawy. W porównaniu z ówczesną brazylijską prowincją, amerykański Dziki Zachód mógł się wydać sennym letniskiem.
Przy ówczesnych środkach komunikacji o śmierci czy zagubieniu w dżungli takich ekip władze dowiadywały się nawet po miesiącach, a i to wyłącznie wówczas, gdy odnaleziono ciała - co przy liczbie padlinożernych mieszkańców lasów wcale nie było częste. Przez cały ten czas prace nad działkami dla osadników stały rzecz jasna w miejscu i nie było najmniejszej szansy, by zaczęli gospodarzyć czy choćby zabrać się za karczunek drzew. Z tego właśnie powodu podróż wielu emigrantów przeciągała się w nieskończoność, a oni sami rzucani byli przez rząd na coraz dalsze placówki, gdzie znów miesiącami oczekiwali na przydział ziemi. Dlatego to nie podróż, lecz moment przybycia na miejsce był dla chłopów najgorszym przeżyciem.
Właśnie w tym czasie Maciej zaczął kopać dziurę w ziemi. "Nic tylko same pogrzeby były" - skomentował pózniej ten etap swojego zycia.
Posłuchaj: