,
Obserwuj
Ludzie

"Najtrudniej jest zawrócić". 21 lutego przewodnicy turystyczni mają swoje święto

9 min. czytania
21.02.2026 12:00

Wysokie góry nie wybaczają błędów i nie uznają kompromisów. W Dniu Przewodnika warto przypomnieć, że za każdym zdobytym szczytem stoi ktoś, kto potrafi powiedzieć "idziemy dalej" lub "zawracamy". Zofia Bachleda, przewodniczka wysokogórska, od lat prowadzi ludzi tam, gdzie kończą się wygodne ścieżki, a zaczyna prawdziwa odpowiedzialność. Świat przewodnictwa to pasja, respekt wobec natury i codzienna gotowość do podejmowania decyzji, od których zależy bezpieczeństwo innych.

 Zofia Bachleda
Zofia Bachleda
fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Kiedy Zofia Bachleda zapałała miłością do gór?
  • Co, wg. niej, jest największym wyzwaniem przewodnika?
  • Kim była Maria Steczkowska?

W świecie wysokich gór, gdzie przez dekady dominowali mężczyźni, Zofia Bachleda od lat prowadzi ludzi tam, gdzie nie ma miejsca na pozory. Jest przewodnikiem wysokogórskim. Albo - jak dziś coraz częściej się mówi - przewodniczką. - To jest tylko kwestia słów. Ja mam 62 lata, więc większość mojego życia mówiło się "przewodnik", a nie "przewodniczka". Te nowe określenia jeszcze czasem trudno przechodzą mi przez gardło. Przyzwyczajona jestem do używania jednak określeń męskich - mówi z uśmiechem.

Zmienia się język, zmienia się świat, ale w górach pewne rzeczy pozostają niezmienne. Doświadczenie, chłodna ocena sytuacji i odpowiedzialność za drugiego człowieka. I choć przez lata zawód przewodnika wysokogórskiego kojarzył się z męską sylwetką, dziś takie skojarzenia wyraźnie tracą na znaczeniu. - Klienci, którzy wybierają przewodnika, robią to w pełni świadomie. To nie jest wybór losowy, więc jeżeli już się do mnie zgłaszają, to wiedzą, że chcą iść w góry z kobietą przewodnikiem - wyjaśnia moja rozmówczyni. Na stromych ścianach i w eksponowanym terenie nie liczy się płeć, lecz kompetencje, wiedza i umiejętności. I właśnie dlatego przewodnictwo - bez względu na końcówkę w nazwie - wciąż oznacza to samo: odpowiedzialność.

Gen przewodnika

Zanim w jej dłoniach zacisnęła się szorstka lina, było marzenie. Co ciekawe, jego początków nie należy szukać w cieniu tatrzańskich regli, lecz w Lublinie, mieście oddalonym od szczytów o setki kilometrów. Zofia Bachleda urodziła się na nizinach, ale góry upomniały się o nią wcześnie. Wszystko zaczęło się od słowa pisanego. - Jak tylko nauczyłam się czytać, w moje ręce wpadło "Na skalnym Podhalu" Kazimierza Przerwy-Tetmajera - wspomina.

Ta lektura stała się jej kompasem. Wtedy, jako mała dziewczynka, podjęła decyzję, która zdefiniowała jej dorosłe życie: nie chciała po górach po prostu chodzić. Postanowiła zostać przewodnikiem, by stać się częścią tego surowego, skalnego świata. W wieku 17 lat, kiedy rówieśnicy planowali studia, ona siedziała w legendarnej "Betlejemce" na Hali Gąsienicowej. - Zezwolenie od rodziców na kurs taternicki pisałam "na kolanie" - opowiada z uśmiechem. Biurokracja nie mogła stanąć na drodze do celu, który wyznaczyła sobie lata wcześniej. To tam, w 1983 roku, pod okiem instruktorów z Polskiego Związku Alpinizmu, zaczęła przekuwać marzenia w rzemiosło.

Pierwsze szlify zdobywała w Tatrach, ale szybko wyszła poza schemat letniej wspinaczki. Została instruktorką narciarstwa wysokogórskiego i skialpinistką, a setki przejść i godziny spędzone w surowym terenie stały się jej największym kapitałem.

Sztuka przewidywania

Wysokie góry nie znoszą tłumu. Na szczyty takie jak Zamarła Turnia czy Gerlach nie wyrusza się w licznej grupie. To przestrzeń zarezerwowana dla nielicznych. - Przy wycieczkach wysokogórskich, gdzie używamy liny, a każdy klient ma na sobie kask i uprząż, mogę zabrać maksymalnie dwie osoby - wyjaśnia Zofia Bachleda. Tylko w wyjątkowych warunkach, gdy skała jest sucha, a teren łatwiejszy, dopuszczalna jest trzecia osoba. To żelazna zasada wynikająca z odpowiedzialności, a nie wygody. Każdy uczestnik jest przecież fizycznie połączony z przewodnikiem; każdy wymaga indywidualnej asekuracji i nieustannej uwagi.

Fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy
fot.

Fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy

Najtrudniejsza część tej pracy zaczyna się jednak na długo przed pierwszym krokiem na szlaku. Kluczem jest logistyka i chłodna analiza. - Trzeba precyzyjnie przeanalizować prognozy pogody w Tatrach i być gotowym na ich nagłe załamanie. Muszę znać każdy wariant drogi, możliwe kierunki odwrotu i potencjalne zagrożenia - podkreśla moja rozmówczyni.

Nawet najbardziej precyzyjny plan - z wyliczoną godziną startu i tempem marszu - może lec w gruzach w starciu z ludzką naturą. Góry weryfikują wszystko. Bywa, że pogoda psuje się szybciej niż zapowiadały prognozy, albo kondycja klienta okazuje się słabsza niż w deklaracjach. - Zdarza się, że ktoś zapewnia o braku lęku wysokości, a podczas schodzenia strach paraliżuje go tak bardzo, że tempo drastycznie spada - dodaje. Przewodnictwo wysokogórskie to sztuka ciągłej improwizacji pod presją. Tu przewidywanie reakcji człowieka jest równie ważne jak czytanie chmur, bo bezpieczeństwo zawsze stoi wyżej niż sam wierzchołek.

Sukces mierzony powrotem

Szczyt bywa obsesją. Dla wielu klientów to spełnienie marzeń pielęgnowanych latami, często jedyna taka szansa w życiu. Właśnie dlatego moment, w którym przewodnik rzuca krótkie: "zawracamy", uderza tak mocno. - To trudna decyzja, ale musimy brać ją pod uwagę od samego początku - zaznacza Zofia Bachleda. Gdy horyzont ciemnieje od chmur, a zmęczenie zaczyna odbierać klientom pewność ruchów, doświadczenie musi wygrać z ambicją.

Wyprawa wysokogórska zaczyna się od trudnej rozmowy, jeszcze zanim lina zostanie napięta. To wtedy ustala się brutalne reguły gry: góry nie znają sentymentów, a plan nie jest świętością. - Na starcie jasno stawiam warunki. Przygotowuję klientów psychicznie na to, że wierzchołek może pozostać niezdobyty. Muszą się na to zgodzić, zanim postawimy pierwszy krok w ścianie - tłumaczy przewodniczka.

Prawdziwa próba charakterów następuje jednak wtedy, gdy emocje biorą górę. Gdy grań jest już na wyciągnięcie ręki, a do celu brakuje zaledwie kilkunastu metrów, przewodnik musi być nieugięty. - Nie ma miejsca na spory w trakcie akcji. Scenariusz, w którym ja mówię "odwrót", a klient "idziemy dalej", jest niedopuszczalny. To sytuacje graniczne, dlatego tak ważne jest zaufanie zbudowane jeszcze przed wyjściem - wyjaśnia.

W tym zawodzie definicja sukcesu bywa przewrotna. Rolą przewodnika jest wprowadzenie na szczyt, ale jego absolutnym obowiązkiem jest bezpieczne sprowadzenie wszystkich na dół. Czasem to właśnie mądra rezygnacja i bezpieczny powrót do schroniska stają się największym zwycięstwem nad własnym ego.

Cena jednego kroku

Wysokie góry to najskuteczniejsze laboratorium ludzkich charakterów. Tutaj maski opadają szybciej niż temperatura po zachodzie słońca. Skrajne zmęczenie, rozrzedzone powietrze i paraliżująca ekspozycja sprawiają, że człowiek staje twarzą w twarz ze swoim prawdziwym "ja". - To prawda. Spotkanie z nieznanym sprawia, że ludzie odkrywają siebie na nowo - zauważa Zofia Bachleda. - Zaczynają reagować zupełnie inaczej niż w bezpiecznych, przewidywalnych warunkach codzienności - dodaje.

Rola przewodnika wykracza poza wyznaczanie drogi; polega na wyczuciu nadchodzącego kryzysu, zanim ten na dobre sparaliżuje grupę. Jednak góry nie są jedynie lustrem słabości. Często stają się sceną nieoczekiwanych triumfów woli. - Nie chcę mówić tylko o lęku. Często ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wielkie pokłady dzielności w nich drzemią. Patrzenie, jak mimo wyczerpania wykrzesują z siebie energię, by iść dalej, jest po prostu zachwycające - opowiada przewodniczka. Czasem wystarczy jedno słowo wsparcia, by ktoś, kto nigdy nie przekraczał swoich granic, poczuł autentyczną, nieudawaną radość z własnej siły.

Fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy
fot.

Fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy

Te spotkania w chmurach to jednak nie tylko walka z materią, ale i niezwykła wymiana myśli. Kiedy lina łączy ludzi na długie godziny, rozmowy wędrują w zaskakujące rejony. - Nie jesteśmy tylko od pilnowania bezpieczeństwa. Spotykamy fascynujące osoby. Na graniach rozmawiamy o muzyce, kosmosie, psychologii czy nowoczesnej inżynierii. To intelektualna przygoda, której nie da się przecenić - podkreśla.

Mimo tysięcy godzin spędzonych w pionie, jedno pozostaje w niej niezmienne: pokora. Respekt do gór nie mija z wiekiem; on z doświadczeniem narasta. Skała nie toleruje nonszalancji, a lawiny czy nagła mgła potrafią zaskoczyć nawet mistrza. - Musimy pamiętać, że my też nie jesteśmy nieomylni. Błąd może zdarzyć się każdemu - wyznaje szczerze.

Dlatego w szkoleniu przyszłych przewodników najważniejszą lekcją jest nauka wyznaczania granicy bezpieczeństwa. - Uczymy, jak określać tę linię i jak trzymać się od niej w bezpiecznej odległości. Nie wolno chodzić po niej okrakiem - zaznacza. Ryzyko jest wpisane w góry, ale kluczowe jest to, kto bierze za nie odpowiedzialność. O ile prywatnie można pozwolić sobie na balansowanie na krawędzi, o tyle w pracy z drugim człowiekiem nie ma na to miejsca. Przewodnictwo wysokogórskie to bowiem nie sztuka brawury, lecz umiejętność świadomego zatrzymania się o jeden krok przed niebezpieczeństwem.

Tam, gdzie cisza

Zofia Bachleda nie wskazuje jednego, konkretnego szczytu, który byłby dla niej najważniejszy. W jej opowieści góry nie są trofeum, lecz stanem ducha. Kiedy jednak pada pytanie o ulubiony fragment pracy, jej oczy wyraźnie się rozjaśniają. - Bardzo lubię wycieczki skiturowe. Skialpinizm to mój absolutnie ulubiony element przewodnictwa - wyznaje. Zima daje jej bowiem to, czego w górach szuka najbardziej: bezkresną przestrzeń i kojącą ciszę.

To ucieczka od zgiełku obleganych szlaków w stronę intymnego, niemal medytacyjnego doświadczenia. - Lubię przebywać tam, gdzie jest pusto. Wybieram trasy, na których mamy poczucie, że jesteśmy tylko my i góry - tłumaczy. W takich chwilach, gdy słychać jedynie miarowy szum nart sunących po śniegu i własny oddech w mroźnym powietrzu, przewodnictwo przestaje być zawodem. Staje się naturalnym sposobem bycia.

Fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy
fot.

Fot. archiwum prywatne Zofii Bachledy

Jej obecność w tym surowym świecie budzi ciekawość. Coraz częściej podchodzą do niej młode kobiety, pytając o drogę - nie tylko tę na szczyt, ale i tę zawodową. - Nawet ostatnio kasjerka na stacji benzynowej, widząc przewodnickie naszywki na mojej kurtce, zapytała, czy to w ogóle możliwe, by kobieta została przewodnikiem wysokogórskim. I to mnie zachwyca - uśmiecha się pani Zofia. Bo choć technika jest niezbędna, to fundamentem zawsze pozostaje pasja. - Trzeba mieć w sobie miłość do gór. Kiedy widzę w czyichś oczach tę specyficzną determinację i zachwyt, wiem, że ta osoba się do tego nadaje - mówi z uśmiechem.

Choć w przewodnictwie wysokogórskim proporcje płci wciąż są nierówne, zmiany stają się coraz wyraźniejsze. Już dwie dekady temu na kursach tatrzańskich bywało więcej kobiet niż mężczyzn. Dziś coraz więcej z nich sięga po najwyższe uprawnienia międzynarodowe. - To wymaga ogromnego zaangażowania. Tu nie uczymy się od zera; na kurs trzeba przyjść będąc już ukształtowanym taternikiem i skialpinistą - wyjaśnia.

Dla wielu kobiet wyzwaniem pozostaje łączenie górskiej pasji z macierzyństwem i domem, ale Zofia Bachleda patrzy na to z optymizmem. - Partnerstwo w związkach bardzo pomaga. Obowiązki można dzielić, dzięki czemu kobiety mogą wykonywać zawody, na które po prostu mają ochotę - konstatuje. Bo wysokie góry nie pytają o płeć. One weryfikują przygotowanie, odpowiedzialność i hart ducha. A te cechy - jak pokazuje historia Zofii Bachledy - nie mają rodzaju.

Dziedzictwo pionierek

Współczesne przewodniczki wysokogórskie nie budują swojej historii na pustyni. Każdy ich krok na grani jest możliwy dzięki kobietom, które ponad sto lat temu miały odwagę wejść w przestrzeń zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn. - Warto mówić o pierwszych przewodniczkach tatrzańskich. To dzięki ich determinacji my możemy dziś iść dalej - podkreśla Zofia Bachleda.

Pionierką była Maria Steczkowska. W połowie XIX wieku, gdy kobieca obecność w Tatrach budziła sensację, ona pod okiem słynnego Jędrzeja Wali Starszego zdobywała doświadczenie, które pozwoliło jej samodzielnie prowadzić grupy na Czerwone Wierchy. Choć wydała jeden z pierwszych opisów Tatr, musiała ukryć się pod pseudonimem. - Nie mogła podpisać książki własnym nazwiskiem. Spotkałoby się to z miażdżącą krytyką - wyjaśnia Zofia Bachleda. W tamtych czasach kobieca pasja do gór budziła nie tylko zdziwienie, ale i otwartą niechęć.

Przełom przyniósł okres międzywojenny i powojenny, kiedy na scenę wkroczyła Zofia Radwańska-Paryska. Legenda głosi, że podczas jej pierwszego egzaminu wiedzą zawstydziła samych egzaminatorów. Poproszona o opisanie trzech dróg na Lodowy Szczyt, przedstawiła ich pięć. Jej dorobek - od wejść na Matterhorn po narciarskie wyprawy w Dolomity - był argumentem, z którym nie dało się dyskutować. Razem z Różą Drojecką i Aliną Kaszynową stworzyły fundament pod nowoczesne, kobiece przewodnictwo tatrzańskie I klasy.

Co ciekawe, pierwsze licencjonowane przewodniczki, zgodnie z wizją taternika Mariusza Zaruskiego, były również ratowniczkami TOPR. Kobiety nie były tu wyjątkiem. Ich profesjonalizm otwierał im drzwi do najbardziej elitarnych struktur górskich. Dzisiejsze przewodniczki, dorastające w cieniu legend takich postaci jak Irena Rubinowska czy Stefania Hajdukiewicz, kontynuują ten etos. Ich obecność w wysokich górach nie jest nowością ani sezonową modą - to owoc stuletniej odwagi, dzięki której dziś mogą prowadzić innych pod własnym nazwiskiem, bez strachu przed krytyką.

Pasja bez końca

Gdyby wyciąć góry z jej życiorysu, zostałaby cisza, której nie potrafi sobie wyobrazić. Pytanie o alternatywną drogę Zofia Bachleda kwituje krótkim, niemal rozbawionym uśmiechem. - Chyba tylko góry. Jeżeli cokolwiek innego, to i tak musiałoby być z nimi nierozerwalnie związane - deklaruje bez cienia wątpliwości. Choć w jej grafiku pojawia się czasem rower górski czy nurkowanie, to ostatecznie każda pasja i tak grawituje w stronę pionowego świata skał i lodu.

Życzenia, które przewodnicy składają sobie w dniu swojego święta, to nie puste formułki. To konkretna lista tego, co w tej pracy pozwala przetrwać i daje radość. - Życzymy sobie niegasnącej pasji, radości z każdego wyjścia i tej samej, niezmiennej miłości do gór. Do tego, rzecz jasna, łaskawej pogody i wspaniałych ludzi u boku - wylicza Zofia Bachleda. W tych kilku słowach streszcza się cała profesja: od brania odpowiedzialności za cudze marzenia, po ten jedyny w swoim rodzaju, intymny zachwyt nad wysokogórską przestrzenią.

Bo w wysokich górach to właśnie pasja, a nie tylko lina, trzyma człowieka przy życiu.

źródło: TOK FM