,
Obserwuj
Ludzie

Polska wieś w sercu Rumunii. "Żyjemy tu bez pośpiechu i bez bogactwa"

10 min. czytania
28.08.2025 06:35

Na północnym wschodzie Rumunii, w zielonych dolinach Bukowiny, od pokoleń mieszkają Polacy. Przybyli tu jeszcze w XIX wieku, głównie z Galicji, w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zakładali osady, budowali kościoły, pielęgnowali mowę ojczystą i obyczaje przodków. Dziś polskie wsie takie jak Nowy Sołoniec, Plesza, Pojana Mikuli czy Kaczyka są żywymi pomnikami tej historii - gdzie wciąż mówi się po polsku, gotuje po polsku i świętuje po polsku.

Plesza, polska wioska w Rumunii
Plesza, polska wioska w Rumunii
fot. Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Z tego artykułu dowiesz się:

  • W Rumunii istnieją wsie, gdzie wciąż mówi się po polsku i świętuje po polsku;
  • Plesza - najmniejsza polska wieś, która od 200 lat pielęgnuje język, wiarę i tradycję przodków;
  • Mieszkańcy szyją ludowe stroje, obchodzą święta pełne tradycji i uczą młodsze pokolenia historii swoich korzeni;
  • Choć wielu młodych wyjeżdża za granicę, lokalna wspólnota trwa dzięki zaangażowaniu takich osób jak Jadwiga i Bolek, których historię opisujemy w reportażu.

Droga do Pleszy ostro pnie się w górę, wijąc się między wzgórzami, jakby prowadziła nie tylko w głąb doliny, ale i w przeszłość. Po jednej stronie stoki porośnięte lasem, po drugiej - stare sady i pola, które uprawiają kolejne pokolenia osadników. Domy są rozrzucone po obu stronach asfaltowej drogi - jedne drewniane, inne murowane, większość z kolorowymi okiennicami i zadbanymi ogródkami. W wielu miejscach widać kapliczki, figury świętych, a gdzieniegdzie starą bramę czy bogato zdobioną studnię.

Plesza, polska wioska w Rumunii
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Serce wioski

Już przy wjeździe do wsi wita mnie dwujęzyczna tablica z napisem "Plesza" - po polsku i rumuńsku. To pierwszy znak, że jestem w miejscu, gdzie dwie kultury współistnieją od pokoleń. A kiedy tylko pojawiam się na ulicy, słyszę polskie: "dzień dobry".

Pierwszym miejscem, do którego trafiam po przyjeździe do Pleszy, jest niewielki sklepik. To serce wsi, miejsce spotkań, codziennych rozmów i lokalnych wieści. Tu nie przychodzi się tylko po chleb czy cukier. Tu toczy się codzienność.

- Więcej ludzi zagląda tu, żeby porozmawiać niż żeby coś kupić - śmieje się właścicielka. - Co będą kupować? Starsi tylko jeszcze do apteki chodzą, a młodzi? Spotkają się na piwo i żeby porozmawiać. O czym się rozmawia? - O wszystkim. Ale politykę omijamy szerokim łukiem - zaznacza.

Przedstawia się spokojnym, śpiewnym głosem. - Nazywam się Jadwiga Aleksandrowicz, a Plesza to najmniejsza z polskich wsi na Bukowinie, ale stuprocentowo polska. Tutaj mieszkają tylko Polacy - dodaje.

Dom Polski w Pleszy
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Z czego żyje się w Pleszy?

Mieszkańcy Pleszy są niezwykle życzliwi, ale tutejsza rzeczywistość pełna jest wyzwań. - Wieś nie daje pracy. Teraz młodzi muszą szukać szczęścia gdzie indziej - rozkłada ręce moja rozmówczyni. - Latem połowa z nich wyjeżdża do sezonowej pracy w Niemczech, Hiszpanii czy Austrii. Są też tacy, co wyjechali na stałe. Zabrali ze sobą dzieci, rodziny - dodaje.

Po chwili jednak wyjaśnia, że i tak w okolicy jest lepiej niż jeszcze kilka lat temu. - Mamy przedstawiciela [w rumuńskim parlamencie - red.], który za nami stoi - tłumaczy. To Gerwazy Longher, prezes Związku Polaków w Rumunii i poseł. - Dzięki niemu są zajęcia dla młodzieży, kółka zainteresowań. Coś się dzieje. No i przede wszystkim jest droga asfaltowa, bo wcześniej było błoto po pas - mówi.

Ksiądz i kościół, który "wygląda jak raj"

Jest też kościół. Przez lata mieszkańcy Pleszy należeli do parafii w Pojanie Mikuli i Nowym Sołońcu. Dopiero kilka lat temu doczekali się własnego proboszcza.

- Niestety, młody ksiądz Andrzej Staszkowian zmarł po krótkiej chorobie. Byliśmy wtedy przez rok bez księdza - mówi pani Jadwiga. - Ale teraz mamy nowego. Pochodzi ze wschodniej Rumunii, z okolic Jassy. Wcześniej pracował w Mołdawii. Pięknie tu gospodarzy. Bardzo jesteśmy zadowoleni. Kościół wygląda jak raj - dodaje wzruszona.

Choć ksiądz Michał nie jest Polakiem, to doskonale odnajduje się w Pleszy. - To dla mnie nic nowego - mówi spokojnie i zaprasza na plebanię.

- Przez 17 lat byłem proboszczem w Kiszyniowie, odprawiałem msze po polsku, ukraińsku i rumuńsku - wyjaśnia. To właśnie jego językowe i kulturowe doświadczenie sprawiło, że biskup wysłał go do Pleszy. - Powiedział mi: "Ty coś umiesz po polsku. Jedź tam". No to jestem - śmieje się.

Choć przyznaje, że wciąż nie mówi dobrze po polsku, to msze odprawia w języku mieszkańców Pleszy. Rozumie ich przywiązanie do tradycji, wspólnoty i polskości, którą pielęgnują od pokoleń. - Dla mnie to zaszczyt, że mogę tu być - zapewnia.

Z wielkim szacunkiem mówi o mieszkańcach, którzy mimo historii, przesiedleń i zmian granic, zachowali język i wiarę. - Ich modlitwy po polsku mają w sobie siłę. To niezwykłe miejsce- dodaje. I chociaż wciąż oswaja się z nowym otoczeniem, widać, że już stał się częścią tej małej wspólnoty, że w Pleszy znalazł nie tylko parafię, ale i dom.

Kościół w Pleszy
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

W krakowskim na Boże Narodzenie

- Przyjedź do nas w święta, zobaczysz jak to wygląda - mówi pani Jadwiga z ciepłym uśmiechem. Boże Narodzenie i Wielkanoc obchodzone są tutaj z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, zgodnie z tradycjami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie.

- Robi się 12 potraw na Wigilię, wszystkie postne. W dzień Wigilii się nie je, tylko wodę można pić. Wieczorem wszyscy się spotykamy, modlimy się, dzielimy opłatkiem, a kolację zaczynamy od pszenicy - opowiada moja rozmówczyni. Pszenica to podobna do kutii, tradycyjna zupa gotowana cały dzień na piecu, z ziaren pszenicy z dodatkiem orzechów, miodu i maku. Symboliczny "chleb powszedni".

Na wigilijnym stole nie może zabraknąć też gołąbków, fasoli (czyli "fazulii"), suszonych grzybów, barszczu z buraków i ryby. W kościele odprawiana jest pasterka. Wierni - tak jak w Polsce - gromadzą się tłumnie. Ale prawdziwa uczta dla zmysłów i ducha odbywa się podczas Wielkanocy. Wtedy stół aż ugina się od domowych wędlin i mięs przygotowywanych tradycyjnie - w solance, wędzonych, a później gotowanych na soku z kiszonej kapusty. Na stole pojawia się też "paska", czyli chleb świąteczny, pięknie zaplatany i przybrany w kwiaty, rumiany i złocisty.

- Świętujemy wspólnie: dzisiaj idziemy do tych, jutro do tamtych. Jest radośnie, rodzinnie, po katolicku - mówi pani Jadwiga.

Każdy świąteczny dzień to też inny kolor stroju. Pierwszy - biały, potem czerwony, a potem wiśniowy, zielony. Młodsze dziewczyny noszą kwiaty we włosach, mężatki - chustki. Spódnice kiedyś szyto z szalinu, dziś już niedostępnego materiału, więc używa się innych tkanin. Mimo to każdy strój ma charakter ludowy - zdobione koralikami koszule, szerokie, plisowane spódnice.

- Jak byłyśmy małe, mama mówiła: "Ubieracie się do krakowskiego!” - wspomina z uśmiechem pani Jadwiga. - To znaczyło: spódnica czerwona, ozdobiona kolorowymi sznurkami, 12-13 kolorów, do tego koszula z koralikami - wyjaśnia moja rozmówczyni.

16 pierwszych polskich rodzin i 200 lat tradycji

Tradycje trwają tu od ponad 200 lat - tyle lat temu przyjechało do Pleszy pierwsze 16 polskich rodzin. - Stąd nikt nie wyjeżdżał, nikt tu nie przyjeżdżał. Przez długie lata byliśmy jakby zamknięci - mówi pani Jadwiga. - Za komuny nie było gdzie kupić ani materiału, ani nawet chustki. Pamiętam, jak mama się cieszyła, gdy ktoś przywiózł chustki z Polski. Były drogie, ale piękne. Dziś wszystko już można dostać - i młodzież chętnie się ubiera - dodaje.

Z miłości do strojów

Pani Jadwiga jest mistrzynią szycia. Spod jej ręki wychodzą sukienki, które przypominają małe dzieła sztuki. A wszystko zaczęło się od dziecięcego marzenia. - Miałam może dziewięć lat, siostra jedenaście, a ta najmłodsza dwa lata mniej ode mnie. Chodziłyśmy do kościoła. Inne dziewczyny miały piękne stroje ludowe, a my… no cóż, my pochodziłyśmy z biednej rodziny - wspomina z uśmiechem.

Ojciec pracował w lesie, mama zajmowała się domem, dziećmi i gospodarką. Stroje ludowe? To był wtedy luksus. Kiedy z Polski przywieźli materiał, to rodzice tych zamożniejszych dziewczyn go kupili i zamówili uszycie takich strojów. A my tylko patrzyłyśmy… I tak bardzo pragnęłyśmy też mieć takie spódnice, że aż serce bolało - przywołuje tamte chwile pani Jadwiga, nie kryjąc wzruszenia.

Szansa pojawiła się, kiedy we wsi zamieszkała kobieta, która potrafiła szyć. - Ona mi powiedziała: "Przyjdź mi pograbić, pomóż w robocie, to ci uszyję [strój]". I tak się stało. Miałyśmy w końcu te spódnice - wspomina moja rozmówczyni. Z czasem to pragnienie przerodziło się w pasję, a pasja w rzemiosło. - Zepsułam jedną, zepsułam drugą, ale trzecia spódnica wyszła już dosyć dobra. Dzisiaj, jakbym zliczyła, to mam na koncie setki uszytych spódnic - opowiada z dumą. Nie działa jednak sama. W tworzenie tradycyjnych strojów zaangażowane są wszystkie trzy siostry. - Z naszych rąk wychodzi cały strój. Ja szyję i prasuję spódnice, młodsza siostra kroi i dopasowuje, a najstarsza haftuje i wyszywa koralikami. Każda coś robi - wyjaśnia.

Pani Jadwiga prezentuje swoje sukienki
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Dziś dostęp do wzorów, zdjęć i instrukcji jest prosty - wystarczy Internet. Kiedyś trzeba było polegać na pamięci i rodzinnych fotografiach. - Nasi pradziadkowie nosili te stroje na co dzień. Na zdjęciach widać kobiety grabiące w polu w koszulach haftowanych koralikami. One może nie były prasowane (plisowane), ale to były prawdziwe stroje - opowiada pani Jadwiga.

Babulinka

W kuchni pani Jadwigi pachnie ciastem. Tu gotuje się i piecze z sercem, bez pośpiechu. Tradycja łączy się z codziennością, a smak dzieciństwa żyje w potrawach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. - Gotujemy i po rumuńsku, i po polsku. Co nam smakuje - mówi moja gospodyni.

Zimą królują powidła, gotowane przez cały dzień bez dodatku cukru. Latem - pierogi z owocami leśnymi, które robi się tylko wtedy, gdy jest na to czas, bo wymagają dużo pracy. Na niedzielę nie serwuje się schabowego, tak jak w Polsce. - U nas na niedzielę najlepsze są gołąbki. Stawia się je rano na piecu i potem już nie trzeba przy nich pracować. Ale to gołąbki rumuńskie - małe, zawijane w liście kapusty, buraków albo winogron. Farsz to mięso z marchewką, cebulą, ryżem i przyprawami, wszystko gotowane w sosie pomidorowym - wyjaśnia pani Jadwiga.

Redakcja poleca

Jednak to nie gołąbki zrobiły na mnie największe wrażenie. Gwiazdą jest babulinka - ciasto z historią, sięgającą czasów pradziadków. - Na Wielkanoc piecze się strudle, ale kiedy zostaje ciasto, mak, orzechy i powidła, to rozciąga się cienkie placki i starannie smaruje kolejno każdym ze składników, warstwa po warstwie - opowiada pani Jadwiga. - Babulinka znaczy "coś z górką", pełnego. Jak zbierasz jagody i nie masz już gdzie ich sypać, mówisz: "Mam już z babulinką". Stąd nazwa - tłumaczy.

Gdy na koniec naszego spotkania pytam o marzenia, nie zastanawia się długo: "Żeby wszystkim zdrowie dopisywało i dobrze się powodziło. Nie trzeba mieć bogactwa, żeby być szczęśliwym. Wystarczą piękne widoki, świeże powietrze i dobrzy ludzie".

Bolek Majerik

Dom pani Jadwigi opuszczam nasycona opowieściami i smakami tej polsko-rumuńskiej prowincji. Wieś leniwie przeciąga się w słońcu. Po drodze mijam stare drewniane płoty, śpiące w cieniu psy i przeciągające się bez pośpiechu koty.

Piesek, też mieszkaniec Pleszy
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Trafiam na podwórko zapełnione rzeźbami. Należy do Bolka Majerika - rzeźbiarza, poety, filozofa z własną definicją szczęścia. Mówi, że żyje się tu bez pośpiechu i bez bogactwa, ale z godnością. I choć nie ma własnej pracowni, a jego artystyczna droga została przerwana przed finałem, w oczach wciąż błyszczy ogień.

- Pierwszy raz dłuto wziąłem do ręki, jak miałem 17 lat. Wbiłem je w piaskowiec - tam, za wsią - i zacząłem kuć. Nikt mnie nie uczył. To samo przyszło - mówi bez patosu, z prostotą. Jakby opowiadał o porannej kawie. - Ale tutaj się nie myśli o rzeźbie. Tutaj się liczy, ile zarobisz, ile wyciągniesz. Tu nie ma miejsca na artystę. A jak nim jesteś, to płacisz za to swoją cenę - tłumaczy bez goryczy w głosie, raczej ze zrozumieniem.

Jego rzeźby trafiły do kościołów w Hiszpanii, Mołdawii, a nawet w Polsce. Ma na koncie kilka pełnych dróg krzyżowych. Nie żyje jednak z tego. - Rzeźba to nie jest biznes. To bardziej medytacja. Jak nie mam siły, nie robię. Jak nie mam wizji, czekam. Tego nie da się wymusić. To nie fabryka - przyznaje. Kiedyś przez kilka miesięcy rzeźbił w kopalni soli w Kaczyce. - Sól jest twardsza niż się wydaje. Ale ma w sobie coś mistycznego. Tam rzeźbiłem jak w transie. A ludzie oglądali. I to było najpiękniejsze - wspomina.

Pan Bolek, rzeźbiarz
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Oprócz rzeźb Bolek ma też szufladę pełną wierszy. Pisze od lat. Czasem przez kilka sezonów codziennie, innym razem - milczy latami.

- Poezja przychodzi wtedy, kiedy coś cię poruszy. Melancholia, miłość albo wojna - przyznaje. - To jest rytm duszy. Czasem trzeba się zatrzymać. Zmienić kształt. Przerwa jest ważna. Jak oddech w rzeźbie - tłumaczy.

Na co dzień żyje spokojnie. Bez gwaru, bez wielkich planów. - Teraz mam taki czas, jak zarośnięte jezioro. Bez dopływu. Czasami tylko dłuto i YouTube. Albo modlitwa - mówi. Modlitwa - trzy razy dziennie. Rano, w południe i w nocy. Serio. To mój rytm. Bez tego bym zgłupiał - dodaje.

Akademia życia i rzeźby

Bolek nie jest zwykłym mieszkańcem wsi. Przez cztery lata studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Wyróżnił się nie tylko dorobkiem (przyjęto go na podstawie portfolio), ale też wiekiem. Na uczelnię trafił jako trzydziestolatek, gdy większość studentów dopiero zaczynała odkrywać świat.

- Nie byłem tam dla dyplomu. Chciałem się nauczyć fachu - mówi. Wybrał to, co naprawdę go interesowało: dwie pracownie rzeźby i rysunek anatomiczny. - Nie interesowałem się historią sztuki, tylko tym, co pozwoli mi tworzyć. Z gliny, z gipsu, z własnej potrzeby - wspomina.

Rzeźba pana Bolka
fot.

Ewa Pasierbiewicz-Biernat

Uczył się w atmosferze swobody, wśród "archipelagu szaleńców", jak żartobliwie nazywa akademicką brać. Ale po powrocie do Pleszy życie artysty zderzyło się z rzeczywistością. - Nie stać mnie na to, żeby mieć własną pracownię, żeby odlewać w gipsie, modelować. Żeby wykorzystać to, czego nauczyłem się w Poznaniu - rozkłada ręce.

Samotność bez goryczy

Bolek ma 57 lat. Nie założył rodziny. - 10 lat byłem z kobietą. Starczy na całe życie - rzuca ze śmiechem. Kobiety w jego życiu były, ale - jak mówi - "nie umie robić pieniędzy", a to w związkach się liczy.

- Pytałem kiedyś cygana, jak to robią, że zawsze mają kasę. A on mi mówi: chłopcze, to jest dar - wspomina. - Ja tego daru nie mam - mówi. Ale samotność nie brzmi u niego jak żal. Jest raczej wyborem, pogodzeniem się z tempem, które narzuciło życie. - Wszystko przychodzi w swoim rytmie. A jak się prosi Boga o kobietę, to trzeba uważać, bo jeszcze da taką, z którą nie dasz rady - śmieje się.

Bolek mógłby zostać w Polsce, jak wielu z jego pokolenia. Mógłby szukać pracy w mieście, wrócić na uczelnię. Ale został w Pleszy, z rodzicami. - U nas się nie oddaje rodziców do domu starców. Opiekujemy się nimi do końca. Tak było, jest i tak powinno być - mówi z powagą. Jego siostra mieszka w Grecji. On - tu. Zakorzeniony, wierny miejscu, z którego wyszedł.