,
Obserwuj
Ludzie

Proboszcz postawił synowi willę, a biskupowi kopertę. "Wszystko się jakoś rozmyło"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
24.05.2026 07:19

"Biskupa tak naprawdę nie interesuje żadne tam duszpasterstwo - firma ma działać. A żeby działała, musi mieć dobrego menedżera. I jak ten menedżer dobrze zarabia dla firmy, to nikt mu nie robi afery o to, że odcina sobie kupony od tego zarobku" - mówił jeden z wikariuszy w rozmowie z Arturem Nowakiem, autorem książki "Taca".

 Ksiądz podczas zbierania pieniędzy na tacę (zdjęcie ilustracyjne)
Ksiądz podczas zbierania pieniędzy na tacę (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Damian Klamka/East News

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Artura Nowaka pt. "Taca" wydanej 19 maja 2026 r. nakładem Wydawnictwa Prószyński Media.

Kościół trzyma się niejawnego obrotu gotówką, wyjętego spod realnej kontroli. Bo to nie jest żadna tradycja ani specyfika duszpasterstwa, tylko proste rozwiązanie techniczne: transakcje gotówką nie zostawiają śladów. Nie ma też ewidencji, rachunków, bankowych zapisów, bilansów. Nie ma czego sprawdzać. Nie ma się do czego przyczepić. Pieniędzy starczy dla wszystkich pod jednym warunkiem: że nikt o nie nie zacznie pytać. Trzeba stworzyć zamkniętą kastę i lojalność zbudowaną nie na wartościach, tylko współudziale. Wtedy każdy może sobie uszczknąć, każdy coś załatwi, każdy weźmie na potrzeby. Jak w każdej strukturze władzy, dobrze wynagradzany rdzeń jest bardziej odporny na kryzysy i bardziej lojalny. Trzeba go tylko zadowolić: dać mu zarobić, zapewnić bezkarność, pozwolić realizować potrzeby, o których oficjalnie nie wolno mówić. Wszyscy przecież wiedzą, że celibat i ślub ubóstwa księży to w praktyce często farsa. Ale dopóki da się to ukryć, dopóty nikt nie wyciągnie konsekwencji. Właśnie dlatego kościelne finanse są celowo mętne: żeby nie było dowodów, tylko mgła. Jak kradnie się łyżką, nie chochlą, wtedy dla wszystkich starczy tego tortu.

Wikariusz, z którym rozmawiam, dobija do pięćdziesiątki. Pracował w kurii gdzieś na południu Polski. Opowiada historię o księdzu, po którym zostało sześcioro dzieci. Każde z nich poukładało sobie życie. Każde dostało od ojca solidną finansową trampolinę na start. A proboszcz, o którym mowa, trzyma się zaskakująco mocno.

- Jaka jest tajemnica tego sukcesu? - pytam.

Wikariusz uśmiecha się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto widział już zbyt wiele, żeby jeszcze się dziwić.

- Było zamieszanie. Ludzie gadali, że wziął milion od firmy stawiającej farmę wiatraków. Bez pokwitowania. Taki był warunek, żeby w ogóle podpisać umowę dzierżawy. Zaraz potem postawił synowi willę. Pracowałem w kurii i już było przesądzone, że go wywalą. - Robi pauzę, jakby sprawdzał, czy na pewno chcę słuchać dalej. - Byłem świadkiem wizytacji. Proboszcz po prostu postawił biskupowi kopertę. Tam było z dwieście tysięcy złotych. I wszystko się jakoś… rozmyło. A takich spraw było więcej.

'Taca
fot.

Wydawnictwo Prószyński Media

Opowiada mi dalej, jakby referował księgę rachunkową, od dawna pogodzony z tym, że kolumny się nie zgadzają. O wałkach na programach unijnych. O projektach duszpasterskich, które na papierze rozkwitały, a w rzeczywistości kończyły się nowym autem albo remontem prywatnego domu. O spadkobiercach przekonanych, że zapisują majątek parafii - ziemię, dom, oszczędności - a które, jak się później okazywało, dziedziczył jakiś młody wikary. Legalnie. Z pieczątką. Z podpisem. Z błogosławieństwem procedury. Opowiada o księdzu, który wszedł w układ z chłopakami z miasta. Zainwestował w biznes pieniądze parafialne - pieniądze wiernych - i przegrał wszystko.

- Nie udało się ich odzyskać? - pytam.

- Szukaj wiatru w polu. - Ksiądz się uśmiecha. - Pieniądze poszły bez pokwitowań. Nic na papierze. Nie zgłaszaliśmy tego. Biskup machnął ręką. - Robi krótką pauzę, jakby ważył słowa, choć sens jest jasny. - Wstyd byłby z tego jeden wielki. A szanse na odzyskanie pieniędzy? Żadne. To zdanie zawiera całą logikę systemu. Nie liczy się strata. Liczy się cisza. Nie chodzi o to, żeby coś naprawić, tylko żeby nikt się nie dowiedział. Skandal jest gorszy niż kradzież. Prawda - bardziej niebezpieczna niż defraudacja. I tak pieniądze mogą po prostu zniknąć. Bez śladu. Bez winnych. Bez konsekwencji. Jakby nigdy nie istniały.

W tym świecie rozmywa się nie tylko skandal. Rozmywają się wstyd i odpowiedzialność. Rozmywa się granica między grzechem a kłopotem wizerunkowym. I w pewnym momencie zostaje już tylko technika przetrwania: koperta, która działa jak ostatnia deska ratunku. Kilka tysięcy euro za mszę. Kilkadziesiąt za szczególną łaskę obecności. To nie jest łapówka - tak się tego nie nazywa. To tradycja. Zwyczaj. Dobre wychowanie. Słowo "łapówka" jest zbyt ordynarne, zbyt świeckie, zbyt prostackie jak na instytucję, która lubi mówić o godności. A jednak koperta waży więcej niż słowo. Więcej niż Ewangelia.

Kiedy biskup przyjeżdża do parafii, nikt nie pyta, czy dostanie kopertę. Pytanie brzmi: jak grubą? Bo to nie jest już gest uprzejmości. To sygnał. Przypomnienie zasad gry. W świecie, gdzie hierarchia decyduje o wartości człowieka, pieniądz przemawia silniej niż kazanie.

Niektórzy nie potrzebują takich zabezpieczeń. Ale inni uczą się szybko, że hojność bywa najlepszą tarczą. Że koperta potrafi unieważnić winę, zanim ta zdąży nabrać kształtu w dokumentach. Że nie ma takiego przewinienia, którego nie dałoby się przykryć odpowiednio grubym papierem. I wtedy tajemnica sukcesu przestaje być tajemnicą. To nie charyzma. Nie świętość. Nawet nie spryt.

Redakcja poleca

Rozmawiam z zaskakująco szczerym duchownym z diecezji bielsko-żywieckiej. Mówi wprost:

- Każda wizytacja biskupa to jest koperta. Każde bierzmowanie, każda pasterka biskupia - na koniec proboszcz dyskretnie przekazuje kopertę z pieniędzmi. I to wiem na sto procent - podkreśla. - To nie mój domysł. Nikt się biskupowi nie postawi, bo mamy od seminarium wpajany styl uniżenia wobec góry.

Pytam, co się stanie, jeśli by nie dał.

- Jak jesteś stary proboszcz, to cię może nie ruszą. Ale prawda jest taka, że nie ma opcji, żeby nie dać. Każdy daje. To są ogromne pieniądze - ciągnie. - Od kilku do kilkunastu tysięcy za takie bierzmowanko.

Zbieram szczękę z podłogi.

- Rodzice kandydatów do bierzmowania się składają? - pytam naiwnie.

Kręci głową.

- Nie, nie. Proboszcz płaci z parafialnej kasy. Bo jeśli Kościół to feudalizm, to biskup jest panem zwierzchnim, a proboszcz wasalem, który musi dbać o dobre relacje.

A najlepsze relacje buduje się właśnie kopertami.

Dlaczego tylu księży pragnie zostać proboszczami? - zastanawia się głośno mój rozmówca. I zaraz sam odpowiada:

- Bo zostając proboszczem, dostajesz pełnię władzy finansowej bez realnej kontroli.

I wylicza to krok po kroku: proboszcz zarządza wszystkimi parafialnymi wpływami - tacą z niedziel i świąt, "co łaska" z intencji, ofiarami kolędowymi, darowiznami. Prowadzi księgi finansowe, owszem, ale praktycznie pisze w nich, co chce.

- Gotówka rządzi, rozumiesz? Wszystko jest w gotówce. Ile było na tacy? Kto to sprawdzi? Naprawdę miał osiem tysięcy, a wpisze pięć i trzy do kieszeni. Kto mu udowodni? Parafianie? Nie mają wglądu. Kuria? Zadowoli się rocznym sprawozdaniem, zwłaszcza jak proboszcz zadba o biskupa. Jak raz dostaniesz władzę bez kontroli, to już nie chodzi o pojedyncze koperty. To chodzi o całe państwo w państwie. Na parafii proboszcz jest panem życia i śmierci. Biskupa tak naprawdę nie interesuje żadne tam duszpasterstwo - firma ma działać. A żeby działała, musi mieć dobrego menedżera. I jak ten menedżer dobrze zarabia dla firmy, to nikt mu nie robi afery o to, że odcina sobie kupony od tego zarobku.

Pytam o wikarych - młodszych księży, którzy nie mają takiej władzy.

- Zwykli wikariusze to mogą proboszczom co najwyżej zazdrościć. - Śmieje się gorzko.

Redakcja poleca

W niektórych diecezjach wikary płaci proboszczowi czynsz za wikt i opierunek, na przykład w bielsko-żywieckiej to tysiąc złotych miesięcznie. Często proboszcz po prostu zabiera mu intencje mszalne w tej kwocie.

Są tacy proboszczowie, można powiedzieć: honorowi, co mówią: "Parafię stać, żeby cię utrzymać, nie musisz płacić" - dodaje. - Ale to już ich dobra wola. Proboszczowie na potęgę zabezpieczają się na starość. Jeden buduje okazały dom (najczęściej dla rodziny, bo sporo z nich ma nieformalne żony lub dzieci, którym chcą coś zostawić), inny inwestuje w apartamenty pod wynajem. Pamiętaj jedno - podkreśla na koniec mój rozmówca. - Wielka kasa jest u biskupów i proboszczów.

Ten system to jak średniowiecze: na górze bogata arystokracja, na dole plebs. Wikary żyje od pierwszego do pierwszego z pensji katechety (bo większość dorabia jako nauczyciele religii), czyli za jakieś 4-5 tys. zł brutto, plus z tacy i intencji. Czasem dorzucą mu z kolędy parę groszy. Ale to drobnica w porównaniu z tym, co potrafi przytulić przedsiębiorczy proboszcz.

- Mój kolega, o dwadzieścia pięć lat młodszy ode mnie, poszedł na Podhale na parafię. Po pierwszej kolędzie dostał pięćdziesiąt tysięcy złotych do kieszeni - opowiada ksiądz z goryczą. - Ja tu w małej parafii uzbieram siedem, dziewięć tysięcy. No, ale co zrobić - tak tu jest. Nie ma większego s****yństwa, ale tak tu jest.

- Zagrożeniem dla systemu nie jest ten, kto kradnie - słyszę od wspomnianego wcześniej kurialisty - ale ten, kto chciałby zreformować finanse.

Mówi to spokojnie, bez cienia prowokacji. Jakby objaśniał oczywistą zasadę fizyki, a nie mechanizm instytucjonalnej patologii.

- Nawet jeśli trafiłby się jakiś uczciwy biskup - robi gest ręką, jakby coś odsuwał od siebie - on też nie pozwoli sobie na przejrzystość. To zbyt ryzykowna operacja. Bo nagle wszystko by się wyświetliło. Kto, ile, od kogo, za co. I wtedy już nie dałoby się udawać, że to pojedyncze przypadki.

Przejrzystość jest tu bardziej wywrotowa niż kradzież. Kradzież można rozsmarować, przykryć kolejną kopertą. Reformy - nie. One działają jak światło zapalone w piwnicy: nie tworzą nowych potworów, tylko pokazują te, które od dawna tam siedzą.

System zna swoich wrogów. I paradoksalnie nie boi się grzeszników, cyników ani cwaniaków, gdyż ci grają według reguł. Prawdziwym zagrożeniem dla niego jest ktoś, kto chciałby policzyć pieniądze, zadać pytanie, wprowadzić ewidencję, zostawić ślad. (...)

Posłuchaj: