,
Obserwuj
Ludzie

Tyle kosztuje utrzymanie więźnia. "Ktoś tu kręci niezłe lody"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
12.07.2026 12:31

"Może i program 5000+ jest mało opłacalny dla podatnika, który musi łożyć na ten absurd, (...) ale z pewnością opłacalny jest dla sędziów, prokuratorów, adwokatów, pracowników SW i wszystkich innych powiązanych z tym niewiarygodnie rozbudowanym, przepastnym wręcz sektorem" - pisze w książce "Nieludzie. Reportaż z zakładu karnego" Marcin Majchrzak, który został skazany za przekroczenie granic obrony koniecznej i spędził w więzieniu 18 miesięcy.

Zakład karny (zdjęcie ilustracyjne)
Zakład karny (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Piotr Kamionka/REPORTER

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Marcina Majchrzaka pt. "Nieludzie. Reportaż z zakładu karnego", która ukazała się 17 czerwca nakładem wydawnictwa Feeria.

(...) Chłopaki z celi "dwa sześć" z samego rana wyrzucają na korytarz wszystkie materace i zabierają się za przedświąteczne generalne porządki oraz wyparzanie celi, by pozbyć się pluskiew, ale jedyny tego efekt będzie taki, że robactwo rozejdzie się po peronce i powłazi do pozostałych cel. Na mojej trójce tymczasem jest czysto, aż sam nie mogę w to uwierzyć. Czystość zawdzięczamy chyba przede wszystkim temu, że nie zapraszamy tu nikogo i sami też nigdzie nie chodzimy "w gości", jeśli można tak nazwać odwiedzanie sąsiednich cel. Modlę się, by stan ten trwał jak najdłużej, bo pobudka z robakami na ciele i twarzy nie należy do najprzyjemniejszych.

- Co wy robicie, po***ało was?! - wydziera się nagle na pechowców z "dwa sześć" wk****ony oddziałowy.

- Ale pluskwy…

- Co pluskwy? Jesteście w więzieniu, a nie na wakacjach! - wykrzykuje, jakby czuł się osobiście urażony tym, że osadzonym nie pasują entomologiczne przygody.

Tak sobie myślę, że w kodeksie karnym wykonawczym chyba nie pisali nic o tym, że pożeranie przez pluskwy ma stanowić formę kary, ale wolę trzymać język za zębami, bo co mi przyjdzie z tej błyskotliwej puenty? Nie ma żadnego sensu formułowanie ripost pod adresem osoby, która sprawuje absolutną władzę nad naszym bytem. Paryż wart jest mszy, ale żart nie jest wart życia. To całkiem przerażające uczucie - świadomość, że od czyjejś decyzji, od podpisu na świstku zależy, czy dożyjesz kolejnego tygodnia.

Quiz: Najważniejsze wydarzenia ostatnich dni. Uważnie śledzisz wiadomości? Sprawdź się w quizie TOK FM

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 Podczas meczu z reprezentacją jakiego kraju Folarin Balogun dostał czerwoną kartkę, którą potem FIFA uchyliła na prośbę Donalda Trumpa?

    Niekorzystny dla osadzonego rozwój wypadków jest oczywiście obwarowany szeregiem formalności. Najpierw otrzymałbym naganę za niewłaściwy stosunek do funkcjonariusza, potem postawiono by mnie przed zwołaną ad hoc komisją, złożoną z kilku innych funkcjonariuszy, następnie zaś komisja wydałaby decyzję, od której nie mógłbym się odwołać. Doskonale już znam charakter tej sytuacji; zrobią z człowiekiem, co zechcą, a potem wypiszą na to odpowiedni papier. Tak jak w tym nieszczęsnym Płocku, gdzie z premedytacją uśmiercono niepełnosprawnego. Być może w związku z tym posypią się jakieś dymisje, ale na pewno nie wyroki. Fakty są takie, że jeśli ktoś urodził się zwyrolem, który marzy o możliwości bezkarnego znęcania się nad innymi, to nie ma dla niego lepszego zajęcia niż przybranie munduru SW, z wyjątkiem może fuchy w Al-Kaidzie.

    Oczywiste jest, że nie każdy pracownik SW skorzysta z tej możliwości, niektórzy mają przecież sumienia, ale gdyby tylko którykolwiek chciał, mógłby, na Boga, mógłby zrobić absolutnie wszystko. Jak powszechnie wiadomo władza deprawuje, a absolutna władza deprawuje absolutnie. Patrząc z tej perspektywy, naprawdę cieszę się, że największą wadą charakteru wychowawców oddziału trzeciego jest kiepskie poczucie humoru; że skoro już musiałem trafić do zakładu karnego, to trafiłem do takiego, w którym ludzi morduje się tylko przez zaniechanie, a nie na skutek aktywnych starań. Tu umierali tylko ci, którym nie udzielono na czas pomocy medycznej, zatem recepta na przeżycie wydaje się całkiem prosta - nie zachorować. Nie wszyscy jednak mają tyle szczęścia.

    Na oddziale od paru dni zobaczyć można jednego faceta z zapaleniem zębów. Głowę ma opuchniętą jak balon, dosłownie. Pod opuchlizną, która nasuwa skojarzenia z obrazem Człowiek słoń Davida Lyncha, schowały się wszelkie rysy twarzy. Oczy delikwenta też stały się groteskowe - są teraz małymi szparkami skrytymi pośród obrzęków wypełnionych ropą - a jego usta zamieniły się w ranę wykrzywioną grymasem bólu. Lekarza brak, służba ma to w d**ie, więc więźniowie na oddziale oddają nieszczęśnikowi po kilka tabletek z prywatnych zapasów leków przeciwbólowych, przynajmniej ci, którzy jakieś zapasy mają. Na niewiele się to jednak zda w obliczu tej przerażająco wyglądającej infekcji. Niczego nie można zrobić, wie o tym zresztą sam zainteresowany, bo dawno już odpuścił sobie chodzenie po prośbie i teraz po prostu włóczy się po peronce jak nieboskie monstrum. Wie też, że pomoc otrzyma dopiero wówczas, gdy znajdzie się w stanie krytycznym, zatem czeka - z pełną świadomością, że wkrótce będzie musiał otrzeć się o śmierć. Dla niego Wigilia Bożego Narodzenia to oczekiwanie na koniec. A dla nas?

    Wigilia mija osadzonym na smutno, bo inaczej chyba być nie może, ale nikt tak naprawdę nie rozpacza. Po kilku miesiącach za kratami prawie wszyscy już wyzbyli się złudzeń, może nawet zapomnieli, że dni takie jak ten można by spędzać, będąc szczęśliwym w gronie najbliższych. W jakiś sposób wszyscy jesteśmy pogodzeni z nieszczęściem. Bóg się może i rodzi, ale rodzi się gdzieś indziej.

    Redakcja poleca

    W południe przychodzi do nas ksiądz z czerwoną twarzą, zbiera chętnych w świetlicy i wygłasza kazanie, w którym poucza nas, byśmy postępowali tak, jak postąpiłby Bóg. Chodzi mu pewnie o miłosierdzie, ale ja dość dobrze znam Stary Testament, by wiedzieć, że więzienie to nienajlepsze miejsce na takie sugestie. Większość z nas jest tutaj właśnie dlatego, że kiedyś postąpiła tak, jak postąpiłby Bóg - robiąc to, co chce, jak chce i kiedy chce, z przekonaniem, że nasza wola jest prawem.

    Po kazaniu dzielimy się mikroskopijnymi kawałkami opłatka i każdy ma na ustach tylko jedno życzenie: "wolności!". Może i mało oryginalne, ale chociaż szczere. No bo istotnie, nigdy w życiu nie pragnąłem niczego bardziej, niż teraz pragnę opuścić te przeklęte mury. Nie jestem taki dobry jak Jezus Chrystus; nienawiść do tego miejsca wsiąkła we mnie głęboko i teraz płynie mi w żyłach zamiast krwi.

    Przez cały dzień pogwizdujemy kolędy i melodie z reklam supermarketów, bo akurat te najbardziej zapadają w pamięć - a może powinienem powiedzieć po więziennemu: siadają na banię? - potem zaś nadchodzi zmrok, dają nam na kolację po kawałku śledzia (jedyne mięso, jakie zobaczyłem na więziennym talerzu w ciągu siedmiu miesięcy) i na tym zabawa dobiega końca. Pierwsze i ostatnie święta w pierdlu już za mną.

    W bożonarodzeniowy poranek wraz z Jackiem oglądamy telewizję śniadaniową. Głodnym wzrokiem wgapiamy się w suto zastawione stoły, pełne świątecznych przysmaków.

    - Ej, patrz - zaczyna Jacek. - Utrzymanie więźnia to prawie pięć tysięcy złotych na głowę, co nie? A my codziennie jemy stare wędliny i kaszę z soją. To gdzie w takim razie jest ta kasa? Bo na pewno nie na talerzu.

    No, ja też chciałbym to wiedzieć. Tam, za murami, za takie pieniądze mógłbym wynająć dwupokojowe mieszkanie w centrum Warszawy, a tu za pięć tysięcy na łeb oferują nam zapluskwiony barłóg. Za prąd płacimy sami, bo każdy więzień mający w celi czajnik lub telewizor z własnej kieszeni dopłaca do tego przywileju. O co tu więc chodzi?

    Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo to niestety wiedza dostępna jedynie ministerialnym urzędnikom. Dla Jacka jest jasne, że ktoś tu kręci niezłe lody, że siedząc tu, zarabiamy na pensję dyrektora i paru ministrów. Aż się przypomina soylent green is people ze znanego filmu, bo i trochę tak to wygląda; produkcja więźniów to bez wątpienia opłacalny biznes i chyba tylko ten aspekt sprawy uzasadnia trzymanie za kratami pijaków i alimenciarzy. Ja to co innego - nietrudno wykazać konieczność posadzenia gościa, który sprzedał innemu kosę, nawet jeśli w samoobronie - ale tego, co system próbuje osiągnąć, zapełniając więzienia dziadkami z dwumiesięcznymi wyrokami, można się tylko domyślać. A może… Podstawowy błąd w takim myśleniu polega najpewniej na próbie personalizacji czegoś zupełnie chaotycznego. System bowiem nie próbuje niczego osiągnąć, bo pomimo iluzji jego omnipotencji i wszechobecności mamy tu przecież do czynienia - jak w przypadku każdej innej instytucji zresztą - z nieustającą wojną partykularnych interesów. Może i program 5000+ jest mało opłacalny dla podatnika, który musi łożyć na ten absurd - swoją drogą, ciekawe ile przeciętnych wypłat alimentacyjnych można by pokryć za cenę jednego miesiąca zakwaterowania w więzieniu - ale z pewnością opłacalny jest dla sędziów, prokuratorów, adwokatów, pracowników SW i wszystkich innych powiązanych z tym niewiarygodnie rozbudowanym, przepastnym wręcz sektorem.

    Redakcja poleca

    Ktoś mógłby oczywiście podnieść argument, że nie każda gałąź sektora publicznego ma za zadanie zarabiać, a funkcjonowanie państwa to przede wszystkim koszty, jak chociażby w wypadku sektora zdrowia, ubezpieczeń społecznych, wojskowości, logistyki itd. Tyle tylko, że żaden z tych sektorów nie próbuje bohatersko rozwiązywać problemów, które sam stwarza. Lekarze nie kaleczą pacjentów, by potem ich leczyć; armia nie wypowiada wojny sama sobie. Natomiast system sądowo-penitencjarny wtrąca do więzień ludzi, którzy nigdy nie powinni się znaleźć za kratami, by potem łożyć na ich utrzymanie, nie wspominając już o społecznych kosztach degeneracji jednostek, które wchodzą do więzienia jako alimenciarze i pijacy, a wychodzą z niego już jako złodzieje i bandyci, bo trzeba naprawdę silnej woli, by w warunkach zakładu karnego nie ulec degeneracji i nie poddać się ogólnym nastrojom.

    Gdybyśmy rozpatrywali zagadnienie w kategorii opłacalności finansowej i pozafinansowej, doszlibyśmy z pewnością do wniosku, że dążąc do optymalizacji wszelkich kosztów, system powinien też dążyć do wypychania ludzi z więzień, przynajmniej tych, których wypchnąć można, bo zupełnie normalnie funkcjonują w ramach społeczeństwa. Tymczasem obserwujemy raczej odwrotną tendencję: niczym nieuzasadnioną chęć tutejszych sędziów i dyrektorów zakładów karnych, by więźniów było jak najwięcej, by nawet sprawcy najbłahszych występków siedzieli od deski do deski, do dzwona, a więc do ostatniego dnia swojej kary, bez możliwości skorzystania z prawa do dozoru elektronicznego lub warunkowego zwolnienia, które to rozwiązania w praktyce stanowią nie normę - jak to wynika z ustawodawstwa - lecz wyjątkowy przywilej. Dziesiątki razy widywałem już wnioski o dozór elektroniczny składane przez więźniów i opatrzone powtarzającą się jak mantra argumentacją adwokatów, że system dozoru elektronicznego jest formą kary, a nie jej darowaniem, zatem nie ma żadnych powodów, dla których pierwszy raz karana osoba z błahym przestępstwem na koncie nie miałaby z niej skorzystać. I za każdym razem ta argumentacja odbijała się od uszu sędziego jak groch od ściany: blacha, blacha, blacha. (...)

    Posłuchaj: