Trump przeliczył się z Wenezuelą? Chętnych do inwestowania brak
Amerykanie, po przejęciu wydobycia ropy naftowej Wenezueli, będą kontrolować aż 40 procent światowej produkcji tego surowca. Swoimi decyzjami będą mogli wpływać nie tylko na ceny ropy, ale na strategiczną światową geopolitykę: od Rosji, którą mogą zmusić do ustępstw w Ukrainie, przez Chiny, które mogą odciąć od dostaw taniego surowca, po Europę, której mogą zafundować tańsze paliwa. Ale na razie amerykańskie koncerny naftowe nie rzucają się do inwestycji w Wenezueli. Bo problemy się tam piętrzą.
- O ropę chodzi tak bardzo, że aż warto dla niej wszczynać wojny, najeżdżać dalekie kraje albo zaprowadzać porządek za pomocą desantu sił specjalnych;
- Będzie o największych na świecie zasobach ropy, o tym kto na nich zarobi i dlaczego zmiana na światowej mapie wydobywczej może przynieść koniec wojny w Europie;
- Oraz dlaczego po serii geopolitycznych sukcesów, amerykański prezydent zderzył się ze ścianą.
Zaczynamy od bogactwa - tak wielkiego, że stało się przedmiotem światowego pożądania. Tym większego, im bardziej było nieosiągalne. Czyli od skarbów, które kryje w sobie Wenezuela. Ten południowoamerykański kraj ma największe na świecie zasoby ropy naftowej. Większe niż kraje arabskie, większe niż Ameryka Północna czy Rosja. Tak wielkie, że przejęcie kontroli nad nimi może zmienić geografię polityczną świata. A może nawet skłonić Moskwę do zakończenia wojny w Ukrainie. Bo kontrola nad wydobyciem w Wenezueli to dżoker w naftowej talii i Ameryka nie zawaha się tą kartą zagrać. O grze ceną ropy za chwilę, ale najpierw o tym co w Wenezuelczycy mają pod ziemią. I ile z tego mogą wyciągnąć.
Skarby Wenezueli
Wenezuela była kiedyś największym eksporterem ropy naftowej na świecie, znacznie wyprzedzając Arabię Saudyjską. Z wenezuelskich szybów naftowych wyjeżdża dzisiaj około miliona baryłek ropy naftowej dziennie. Dużo? Nie bardzo. W najlepszych latach, mniej więcej pół wieku temu, Wenezuela wydobywała prawie cztery razy więcej. W latach 90 miała nawet plan zwiększenia produkcji o sto procent. Ale potem przyszli socjaliści i było już tylko gorzej. Państwo skonfiskowało zagraniczną własność. Z wenezuelskich pól naftowych wyprowadziły się światowe koncerny. I w latach dwutysięcznych Wenezuela osiągnęła wydobywcze - nomen omen - dno, sprzedawała tylko pół miliona baryłek. Osiem razy mniej niż w czasach największej naftowej świetności. Dla porównania wydobycie u największego producenta ropy naftowej na świecie - w Stanach Zjednoczonych - wynosi 14 milionów baryłek na dobę.
Technologicznie jej przemysł wydobywczy zszedł na psy. A najbogatszy w ropę kraj świata zaczął żyć ze sprzedaży... złota. Ameryka chce w Wenezueli historyczny sukces teraz powtórzyć. Przy umiarkowanym entuzjazmie amerykańskich gigantów wydobywczych. Wenezuelska infrastruktura naftowa pamięta lepsze czasy. Tak bardzo, że trudno oszacować, ile jej odbudowa będzie kosztować oraz kiedy i czy w ogóle będzie się opłacać.
Do inwestycji w Wenezueli kolejka więc nie stoi. I to pomimo tego, że prezydent Trump uczynił z nich patriotyczne wyzwanie. A ze spotkania w tej sprawie w Białym Domu - medialny show. Zaprosił na nie zarządzających największymi w USA firmami sektora naftowego. Wydobywcami, przetwórcami i producentami szybów naftowych i rurociągów. I okazało się, że towarzystwo jest sceptyczne. Bo uruchomienie zrujnowanej infrastruktury w Wenezueli kosztowałoby dziesiątki miliardów dolarów. Bardzo wiele dziesiątek miliardów. Zwiększenie wydobycia zaś - trwałoby dekady. Bez państwowych gwarancji dla inwestycji i przyszłych zysków, przedsięwzięcie ryzykowne. Dlatego bokiem do Białego Domu odwróciły się - przynajmniej na razie - nie tylko koncerny naftowe, ale też banki, które nie palą się do pożyczania pieniędzy na niepewny biznes. Bo gdy wiatr historii zmieni kierunek, jak stało się w przypadku Ameryki Środkowej już nie raz - zostaną z wenezuelskimi przedsięwzięciami jak... Himilsbach z angielskim. Zwłaszcza, że polityczna przyszłość kraju codziennie wygląda inaczej, w zależności od wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa Wenezuela raz jest zarządzana z Waszyngtonu, a raz z Waszyngtonu wspierana. A skoro przyszłe gigantyczne zyski z regularnego wydobycia wenezuelskiej ropy są więcej niż niepewne - to powstaje plan B. By na razie wyciągać z Wenezueli tyle ile się da. Na przykład sprzedać ropę wylewającą się z przepełnionych magazynów. Kraj wydobywa bowiem surowiec, którego nie sprzedaje. Musi więc upchnąć go u siebie.
Od przybytku głowa... boli
Wenezuelę wciąż obowiązują bowiem amerykańskie sankcje i zakaz handlu ropą. Jeszcze niedawno socjalistyczne władze go łamały i sprzedawały surowiec na świecie, w tym Kubie i Chinom. Po interwencji USA i ta możliwość upadła. Statki, które miały ropę odebrać, robią w tył zwrot i odpływają puste. Ropę w Wenezueli pompuje się więc do podziemnych zbiorników. Gdy miejsce się w nich skończy, trzeba będzie zamknąć ostatnie działające szyby. Sytuacja będzie jeszcze gorsza niż była, bo ponowne uruchomienie wydobycia jest wątpliwe finansowo. A czasami ze względów technicznych całkowicie niemożliwe. Wszystko to znaczy, że prezydent Trump, sprawca kopernikańskiego przewrotu w naftowym świecie, zderzył się ze ścianą. Wenezuela na razie nie będzie nowym wydobywczym eldorado.
Na koniec o imperium sięgającym od Alaski po Patagonię. Po przejęciu wydobycia w Wenezueli Amerykanie kontrolują ponad 40 procent światowego wydobycia. Bez większego wysiłku i większej dla siebie szkody mogą sterować cenami ropy na świecie, skłaniając opornych do niewygodnych decyzji.
Dla Rosji obniżka ceny ropy poniżej 50 dolarów za baryłkę to katastrofa w budżecie, i brak pieniędzy na prowadzenie wojny. Skutek? Potencjalnie większa ustępliwość w rozmowach o pokoju w Ukrainie.
Dla Chin wycięcie dostawcy taniego surowca to większe koszty w gospodarce. Mniej mocy w drodze do gospodarczego panowania na świecie oraz gorsza pozycja konkurencyjna.
Dla Europy lepsze perspektywy gospodarcze. I koło ratunkowe rzucone w walce o konkurencyjność z ultratanim Wschodem. W wariancie optymistycznym koniec wojny w Ukrainie, gdy amerykańskie naftowe imperium wymusi obniżkę cen ropy na rynkach, a Rosja ostatecznie przestanie zarabiać na sprzedaży surowca. Wtedy pieniędzy na wojnę będzie musiała szukać w kieszeniach obywateli. Dla Europejczyków - w tym dla nas - ta sama obniżka to tańsze paliwa i więcej luzu w domowych budżetach.
źródło: TOK FM