,
Obserwuj
Ludzie

"Faceciki się spłakały". Skąd nieczułość na cierpienie mężczyzn?

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
10.05.2026 16:12

"Jesteśmy wytresowani do ignorowania cierpienia mężczyzn. Uznajemy je za mniej istotne. Pozwala nam to wysyłać ich na wojnę, do gaszenia pożarów czy po prostu do niebezpiecznej, ale potrzebnej społecznie pracy. Przyjmujemy za oczywiste, że umieranie za ojczyznę jest dla mężczyzny obowiązkiem, ale jeśli na ryzyko zdecyduje się kobieta - należy jej się wyjątkowy szacunek" - pisze Michał Gulczyński w książce pt. "Mężczyźni. O nierówności płci".

Mężczyźni (zdjęcie ilustracyjne)
Mężczyźni (zdjęcie ilustracyjne)
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Michała Gulczyńskiego pt. "Mężczyźni. O nierówności płci" wydanej 18 marca 2026 r. nakładem Wydawnictwa Port.

Dlaczego wypieramy problemy mężczyzn?

Luka empatii

Jesteśmy zaprogramowani na nieprzejmowanie się mężczyznami. Badanie eksperymentalne z udziałem 35 tys. Amerykanów pokazało, że ludzie są bardziej skłonni akceptować nierówności, gdy to mężczyźni mają słabsze wyniki. Badani częściej uważali, że nierówności wynikają z braku starań osoby gorzej sytuowanej, gdy to mężczyzna wypadał słabiej od kobiety, niż gdy sytuacja była odwrotna. Badani rzadziej też popierali działania rządu w celu zmniejszenia takich samych nierówności, gdy miałyby one pomóc mężczyznom. Badania eksperymentalne pokazują też, że politycy (a szczególnie polityczki) częściej odpowiadają na e-maile od kobiet z prośbą o pomoc po utracie pracy.

Dlaczego jesteśmy nieczuli na krzywdę mężczyzn? Bo historycznie (a nawet ewolucyjnie) potrzebowaliśmy mężczyzn, których życie można było poświęcić. W świecie, w którym zdolność grupy do samoobrony zależała głównie od siły fizycznej i liczby ludzi dostępnych do walki, specjalizacja była korzystna: mężczyźni bronili kobiet, które rodziły dzieci, a te z kolei dzieliły się w ten sam sposób - na obrońców i reproduktorki. Również dzisiaj męskie życie wydaje się nam mniej warte niż kobiece. "Wśród ofiar kobiety i dzieci" - wciąż powszechnie słyszymy w relacjach z wojen czy wypadków. Politycy (również z deklarującej przywiązanie do równości płci lewicy) na pytanie, dlaczego tylko mężczyźni są kwalifikowani do wojska, odpowiadają, że "no cóż, ktoś musi". Hillary Clinton mówiła nawet, że to "kobiety zawsze były głównymi ofiarami wojny. Kobiety tracą mężów, ojców, synów w walce". Podobnie stwierdził Parlament Europejski w rezolucji o "Strategii równości płci": "konflikty zbrojne mają nieproporcjonalny wpływ na kobiety i dziewczęta". "Jak widzisz, że chłop pijany leży na ulicy, myślisz »pijany« i idziesz dalej" - mówi główny bohater Pokłosia. Badania mówią nawet o "syndromie zaginionej białej kobiety" (missing white woman syndrome) - media częściej informują o przypadkach zaginięć, gdy dotyczą one białych kobiet niż mężczyzn lub osób o innym kolorze skóry. W rozdziale o wykluczeniu społecznym wspominałem też o różnicy w traktowaniu imigrantek i imigrantów.

Kolejnym przykładem może też być podejście do przemocy wobec mężczyzn. Wspominałem już o dziennikarce TVN24, która śmiała się na wizji z przemocy domowej, gdy ofiarą był mężczyzna. Nie spotkało się to ze stanowczą reakcją Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Podobnie pobłażliwe reakcje słyszą niekiedy mężczyźni, gdy zgłaszają przemoc partnerek na policji czy w MOPS-ach.

"Mężczyźni. O nierówności płci", Michał Gulczyński
fot.

Wydawnictwo Port

Nierówne podejście do ludzkiego życia widać także w proporcjach płci wśród ofiar protestów przeciwko dyktaturom. W polskich protestach w 1970 roku zginęło 45 osób, a w stanie wojennym - około 100; było wśród nich tylko kilka kobiet. Mimo to w nowych narracjach - na przykład w musicalu 1989 - ofiary ponoszone przez kobiety i mężczyzn się zrównuje. Nierówne traktowanie wykorzystali w 2020 roku protestujący na Białorusi po wyborach prezydenckich. Gdy pierwsza fala sprzeciwu została brutalnie stłumiona, a kilku mężczyzn zabito, na kolejnych protestach pojawiały się głównie kobiety. W ten sposób wykorzystano fakt, że przemoc wobec kobiet jest znacznie mniej akceptowana niż przemoc wobec mężczyzn. Niektóre z tych kobiet również spotkały brutalne represje, jednak reakcja reżimu była już mniej gwałtowna i - według informacji dostępnych publicznie - bez skutków śmiertelnych.

Te przykłady pokazują tak zwaną lukę empatii: jesteśmy wytresowani do ignorowania cierpienia mężczyzn. Uznajemy je za mniej istotne. Pozwala nam to wysyłać ich na wojnę, do gaszenia pożarów czy po prostu do niebezpiecznej, ale potrzebnej społecznie pracy. Przyjmujemy za oczywiste, że umieranie za ojczyznę jest dla mężczyzny obowiązkiem, ale jeśli na ryzyko zdecyduje się kobieta - należy jej się wyjątkowy szacunek. "Tygodnik Powszechny" w ten sposób omawiał sondaż: "Aż 49,1 proc. polskich mężczyzn nie stanęłoby do obrony kraju w przypadku zagrożenia wojną (...) wśród obywateli w wieku od 18 do 29 lat odsetek potencjalnych maruderów sięga 69 proc. (...) Na szczęście Rzeczpospolita może też liczyć na swoje córy. Gotowość walki za kraj zadeklarowała co trzecia Polka". A zatem u mężczyzn podkreśla się połowę "maruderów", a u kobiet jedną trzecią chętnych "cór Rzeczpospolitej", nie zaś dwie trzecie "maruderek".

Takie podejście do mężczyzn przekłada się też na politykę i stosunek państwa do obywateli. "Czy w ramach realizacji polityki prorównościowej i braku strachu przed takimi trudnymi tematami pochyli się pan nad tym problemem, że mężczyźni, żyjąc krócej, pracują pięć lat dłużej i w przypadku wojny to oni zobowiązani są do walki na froncie?" - zapytał Maks z Łodzi na Campusie Polska Przyszłości. Przewodniczący Lewicy Włodzimierz Czarzasty odpowiedział: "Łatwo jest powiedzieć: »a mężczyźni idą na wojnę«. A w Palestynie kobiety nie giną?

Co to za argument, że mężczyźni idą na wojnę? Warto dodać, że również wśród śmiertelnych ofiar cywilnych na wojnach w Palestynie czy na Ukrainie dominują mężczyźni. Po inwazji Rosji ukraiński rząd szybko podjął decyzję ograniczającą możliwości wyjazdu z kraju mężczyznom. Wielu pozostało więc na Ukrainie, mimo że bez wcześniejszego przeszkolenia nie mogli być przydatni w armii. W przypadku poboru jak na razie nie przyjęła się zasada: "jego ciało, jego sprawa". Mężczyźni musieli zostać, dzisiaj więc wśród ofiar cywilnych na Ukrainie jest ich o 60 proc. więcej niż kobiet. Nawet wśród dzieci ginie więcej chłopców niż dziewcząt. Skrajnym przypadkiem z historii najnowszej jest masakra 8 tys. osób w Srebrenicy podczas wojny w Bośni i Hercegowinie. Mordowano wyłącznie chłopców i mężczyzn - ze względu na ich pochodzenie etniczne, religię i właśnie płeć. Chodziło bowiem o wyeliminowanie potencjalnych żołnierzy.

Redakcja poleca

Lukę empatii widać też w reakcjach na działalność na rzecz mężczyzn. U wielu osób wywołuje ona poczucie zagrożenia. Gdy chłopcy kończą 18 lat, w opinii społeczeństwa przestają zasługiwać na pomoc - stają się niezależnymi i decydującymi o sobie mężczyznami. Podkreślenie, że wszystko zaczyna się w dzieciństwie i powinniśmy działać na rzecz chłopców, daje szansę, że przestaniemy myśleć o mężczyznach jako osobach sprawczych, mających w rękach swój los. Dlatego organizacje w wielu krajach decydują się na wpisanie w nazwie "chłopców i mężczyzn", podczas gdy organizacje kobiece raczej nie wyróżniają dziewcząt. Chłopcy wraz z pełnoletnością przechodzą bowiem z kategorii "kobiety i dzieci" do kategorii "mężczyźni". Podczas gdy "mężczyźni" są widziani jako sprawcy wielu nieszczęść, chłopcom dotychczas zazwyczaj udaje się unikać takich skojarzeń - zwłaszcza z przemocą czy historyczną odpowiedzialnością mężczyzn za normy kulturowe i "system". Oczekiwania wobec nich są też znacznie mniejsze niż wobec dorosłych.

Moment przejścia w dorosłość jest więc u mężczyzn pod wieloma względami bardziej istotny i brzemienny w skutki. Jak słusznie zauważają badacze płci, tradycyjna męskość opiera się bowiem na zaprzeczeniu, że nie jest się kobietą, gejem ani dzieckiem. Od mężczyzny oczekuje się, że sobie poradzi. Obok traktowania mężczyzn jako "możliwych do poświęcenia" (expendable) drugim czynnikiem tworzącym lukę empatii jest więc zakładanie sprawczości i kontroli nad własnym życiem, o których piszę w osobnym podrozdziale. Paradoksalnie i być może nieświadomie te tradycyjne normy utrwalają więc na przykład młode użytkowniczki mediów społecznościowych komentujące, że "faceciki się spłakały", gdy tylko mężczyźni powiedzą o jakichś swoich problemach.

Psychologowie wskazują, że tradycyjne normy płci opierają się na przekonaniu, że "mężczyźni są źli, ale odważni, a kobiety są wspaniałe, ale słabsze". Normy te mogą się utrzymywać, ponieważ obie płcie wzajemnie się w nich uzupełniają. Pozytywne stereotypy o mężczyznach dotyczą władzy, siły i sprawczości, a pozytywne stereotypy o kobietach - moralności i wspólnotowości. Emancypacja kobiet skupia się na podważeniu tylko jednego z tych czterech elementów - przekonania, że kobiety są słabsze. Rezultat przedstawił (pewnie nieświadomie) Rafał Trzaskowski, mówiąc w kampanii wyborczej, że "kobiety są lepiej wykształcone, są lepsze, są bardziej odpowiedzialne". Jednocześnie - zwłaszcza w sytuacji wojny - wciąż oczekujemy, żeby mężczyźni byli odważni i potrafili być silniejsi i źli, gdy będzie to potrzebne.

Okazuje się, że społeczeństwu trudno zrezygnować z "kosztów patriarchatu". Korzyści z zachowań mężczyzn są często społeczne, a koszty - prywatne. Wszyscy czerpiemy z tego, że mężczyźni poświęcają swoje zdrowie i życie w niebezpiecznych zawodach, na przykład jako strażacy czy policjanci. Rodziny korzystają na tym, że mężczyźni zarabiają więcej dzięki pracy w warunkach zagrożenia. Natomiast koszty zdrowotne takiej pracy ponoszą przede wszystkim sami mężczyźni. Dlatego trzeba zacząć rozmawiać o mężczyznach - nie tylko o męskości; o problemach mężczyzn - nie tylko o problemach z mężczyznami.

Luka empatii utrudnia także rozwiązania problemów psychicznych mężczyzn. Tak jak pisałem w rozdziale o zdrowiu, nie wynikają one tylko z tego, że mężczyźni nie mówią o swoich problemach. Nie wystarczy, że mężczyźni "zaczną płakać" - trzeba ich też zacząć słuchać. Podobnie jest zresztą z problemami zgłaszanymi publicznie - gdy mówimy o bezdomności, alkoholizmie lub przedwczesnych zgonach, narracje zazwyczaj skupiają się na własnych wyborach dotkniętych tymi zjawiskami mężczyzn.

Posłuchaj: