,
Obserwuj
Polska

Pielęgniarka z oddziału zakaźnego: Boże Narodzenie z koronawirusem? A na początku wierzyliśmy, że to szybko się skończy

3 min. czytania
26.12.2020 15:25
Tuż po świętach rozpoczną się szczepienia przeciwko COVID-19. W pierwszej kolejności m.in. lekarzy, pielęgniarek, pracowników i podopiecznych Domów Pomocy Społecznej. Ale cały czas trwa też walka o zdrowie zakażonych koronawirusem. W szpitalu w Lublinie - na oddziale zakaźnym jest pełne obłożenie.
|
|
fot. tokfm

Nina Mościcka w zawodzie pielęgniarki pracuje od prawie 40 lat. Od 2016 roku jest oddziałową na Oddziale Zakaźnym w Szpitalu Klinicznym nr 1 przy ul. Staszica w Lublinie. Przyznaje, że przy pierwszych informacjach o koronawirusie - w marcu - nikt chyba nie przypuszczał, że pandemia potrwa tak długo. - Wielkanoc 2020 roku była zupełnie inna niż poprzednie - z obostrzeniami, bez odwiedzin bliskich. Ale czy przewidywaliśmy, że podobnie będzie z Bożym Narodzeniem? - Myślę, że większość z nas nie - mówi Mościcka w rozmowie z TOK FM.

Personel oddziału zakaźnego zrobił, co mógł, by pacjenci mogli choć na chwilę poczuć magię tegorocznych świąt. Dlatego na oddziale - w dyżurkach pielęgniarek - pojawiły się małe choinki. Pacjenci też mają w swoich salach - przekazane przez rodziny świąteczne aniołki, pierniki czy figurki Mikołaja.

Dlatego, że w szpitalach jest zakaz odwiedzin, rodziny podają paczki, np. z jedzeniem. Warunek jest jeden - mogą to być tylko produkty suche i sypkie. Nie ma mowy o przekazaniu wigilijnego barszczu, ryby po grecku czy śledzi 'pod pierzynką'. - Nie możemy się zgodzić na przekazywanie potraw, które wymagają szczególnych warunków przechowywania. Bo to mogłoby doprowadzić na przykład do zatrucia pacjenta. A chcemy uniknąć jakichś dodatkowych komplikacji - mówi pielęgniarka.

"Tegoroczne święta w szpitalu są inne"

- Święta zdecydowanie odbiegają od poprzednich. Mamy pełne obłożenie pacjentów, w tym w stanie ciężkim. Zwiększona jest obsada personelu, ze względu na liczbę pacjentów - dodaje nasza rozmówczyni. Jak mówi, święta to czas radości i wzruszeń, ale w tym roku - jest jednak trochę inaczej. - Nie bardzo widać, że to światełko w tunelu, na które czeka Polska i cały świat - jest coraz większe, coraz jaśniejsze. Pojawiła się szczepionka, to prawda, ale jest cała masa niepewności - jak długo epidemia potrwa, jak wirus będzie mutował, do kiedy - tłumaczy Nina Mościcka.

"Część z nas na początku pandemii po prostu stchórzyła"

Przyznaje, że na początku pandemii bał się jej nawet personel szpitala. - Część z nas po prostu stchórzyła, bo masa ludzi uciekła na zwolnienia lekarskie. W przypadku naszego oddziału zakaźnego - gdy poproszono o to, by szeregi naszego zespołu pielęgniarskiego zostały zasilone przez osoby z innych oddziałów - koleżanki odchodziły na zwolnienia. Ja to poniekąd rozumiem, bo to było coś nowego i pojawił się paraliżujący strach. Ale muszę to podkreślić, na moim oddziale wszyscy stanęli od początku na wysokości zadania, była i jest między nami ogromna solidarność i wsparcie. Jesteśmy jedną drużyną, wszyscy pracują - dodaje Nina Mościcka.

Pielęgniarka oddziałowa przyznaje, że w czasie walki z koronawirusem wielokrotnie pojawiały się łzy. Zarówno wtedy, gdy odchodzili pacjenci, w tym zwłaszcza osoby młode, w sile wieku, ale też w chwilach szczęścia. - Widzieliśmy pacjenta, którego stan się pogarszał, widzieliśmy, że spada saturacja, a nagle pacjent zdrowiał i wychodził od nas o własnych siłach. To były i są wspaniałe momenty - opowiada.

Nie kryje, że wiele nauczyła się też o pacjentach

Jedni pokazali się jako osoby bardzo roszczeniowe, inni - wprost przeciwnie. - Mamy ogromną masę kartek, życzeń od pacjentów. Wszystkie wiszą w dyżurkach. Pacjenci i ich rodziny wyrażają w nich wielkie podziękowania, nazywają nas bohaterami, piszą, jak bardzo doceniają naszą pracę. To jest bardzo, bardzo miłe i podtrzymuje nas na duchu. Bo miewamy momenty załamania, co wynika głównie ze zmęczenia, przepracowania - mówi Nina Mościcka.

Pielęgniarka mówi wprost - nie wiadomo, ile jeszcze potrwa walka z COVID-19. Ważne, abyśmy wszyscy stosowali się do zasad - maseczki, dezynfekcja i dystans to podstawa. - Ale musimy też w miarę normalnie żyć, odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Najbezpieczniej jest zachować po prostu zdrowy rozsądek - radzi. A koronosceptycy? Są i zapewne będą. - Mieliśmy m.in. na oddziale chorą pielęgniarkę - pacjentkę, która wcześniej w wirusa nie wierzyła. Uwierzyła i powiedziała, że będzie wszystkim mówić, że wirus jest i może być groźny. To nie żarty - tłumaczy Nina Mościcka.