,
Obserwuj
Wielkopolskie

"Pismak już niczego nie napisze". O co chodzi o sprawie Jarosława Ziętary?

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
11 min. czytania
02.12.2025 11:03

We wtorek - po 33 latach od zniknięcia Jarosława Ziętary - poznański sąd apelacyjny uchylił wyrok sądu I instancji uniewinniający Mirosława R. "Rybę" i Dariusza L. "Lalę", oskarżonych o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie 24-latka. Od czego zaczęła się sprawa pierwszego dziennikarza śledczego, który zginął z ręki tych, którzy nie chcieli, by jego ustalenia wyszły na jaw?

Symboliczny grob Jaroslawa Zietary na cmentarzu komunalnym w Bydgoszczy
Symboliczny grob Jaroslawa Zietary na cmentarzu komunalnym w Bydgoszczy
fot. Lukasz Piecyk/REPORTER
  • Wieloletnie śledztwo odsłania kulisy działalności Elektromisu, brutalnego porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary oraz powiązań świata biznesu z byłymi funkcjonariuszami służb PRL;
  • Przez dekady postępowanie było prowadzone opieszale, z błędnymi tezami policji, zacieraniem śladów oraz zastraszaniem świadków, co skutkowało umorzeniami i uniewinnieniami;
  • Po 33 latach pojawiają się nowe zeznania, a sąd apelacyjny uchylił uniewinnienie "Ryby" i "Lali", uznając zgromadzony materiał za wystarczający do skazania.

1 września 1992 roku 24-letni dziennikarz Jarosław Ziętara wychodzi z wynajmowanego mieszkania przy ul. Kolejowej 49 w Poznaniu, w którym mieszka ze swoją dziewczyną Beatą Sauer. Kobieta po latach będzie wspominać, że "to miał być zwykły dzień" i że akurat tego poranka wyjrzała za okno i patrzyła na oddalającego się partnera, czego zazwyczaj nie robiła.

Krótko po tym, jak Ziętara opuszcza kamienicę, podjeżdża do niego policyjny radiowóz. Z samochodu wysiada dwóch funkcjonariuszy, trzeci siedzi za kierownicą. Dziennikarz wsiada do radiowozu, nie pojawia się potem w siedzibie "Gazety Poznańskiej". Nie wraca też do domu.

Elektromis. "Martwe dusze" i "handel bez granic"

Jarosław Ziętara urodził się 16 września 1968 roku w Bydgoszczy. Wśród bliskich uchodzi za osobę introwertyczną, trochę szaloną, a przy tym niezwykle upartą. Kończy studia w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a pracę zaczyna już na początku studiów, najpierw w radiu akademickim, a później w prasie. Zdobywa doświadczenie w tygodniku "Wprost" i poznańskiej "Gazecie Wyborczej".

Przełom lat 80. i 90. to okres gwałtownych przemian gospodarczych po upadku komunizmu i pojawienia się pierwszych zorganizowanych grup przestępczych. Poznań wówczas uchodzi za królestwo szarej strefy, więc Ziętara jako dziennikarz specjalizujący się w aferach gospodarczych ma pole do popisu. 

Gdy zaczyna pracę w nieistniejącej już "Gazecie Poznańskiej", ma w portfolio kilka ważnych tekstów, w tym reportaż "Szpiedzy w miedzi", poświęcony grze wywiadów w strategicznej polskiej spółce KGHM. Ziętara jest także pierwszym przedstawicielem mediów, któremu Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski ze spółki Art-B rozrysowują na kartce schemat działania słynnego oscylatora ekonomicznego, na którym dorobili się milionów (a później byli ścigani listem gończym).

Najnowszym tematem, którym zajmuje się Ziętara w "GP", jest nielegalna działalność Elektromisu, zajmującego się handlem hurtowym. Poznański holding założył wychowanek domu dziecka w Szamotułach Mariusz Świtalski, z zawodu hydraulik. Przygodę z biznesem zaczyna od handlu kawą, a jeszcze przed ukończeniem 40 lat ma na swoim koncie stworzenie sieci marketów Biedronka i Żabka, które lata później będą sprzedane zagranicznym inwestorom.

Firma handluje sprzętem z Peweksu, ale specjalizuje się głównie w prywatnym imporcie. Jako że Świtalskiemu wkrótce zaczyna brakować osób, które mogą przewozić komputery bez budzenia podejrzeń, powstaje metoda na "martwe dusze". Jak wyjaśniali autorzy  artykułu "Gazety Wyborczej" pod tytułem "Państwo Elektromis", polegała ona na sprzedaży holdingowi komputera przez podstawioną osobę, która to twierdziła, że to właśnie ona sprowadziła sprzęt. Za użyczenie nazwiska "martwa dusza" dostawała zapłatę. Firma handluje też sprzętem RTV i żywnością, m.in. ryżem i gumami balonowymi, które reklamuje w telewizji sloganem "Z nami handel bez granic!". Reklama emitowana jest przed kolejnymi odcinkami serialu "Dynastia" i po nich. W 1988 r., czyli rok po rozpoczęciu działalności, firma zarabia 32 mln złotych, a ledwie rok później, w 1989 r. - już 1 mld 392 mln.

Redakcja poleca

Sznaps gate

Holding Świtalskiego wkrótce zaczyna jednak "śmierdzieć", i to spirytusem. Chodzi o proceder, nazwany później "aferą spirytusową", "aferą alkoholową" lub "sznaps gate", dlatego że przemycany alkohol pochodził z Niemiec.

Pod koniec 1988 r. minister współpracy gospodarczej z zagranicą Dominik Jastrzębski wydał zarządzenie znoszące koncesję na import alkoholu "na własny użytek". Odtąd w pobliżu przejść granicznych nieprzerwanie mijały się cysterny z alkoholem, a kierowcy musieli jedynie przedstawić celnikom zaświadczenie, w którym deklarowali, że to nie jest towar na handel. W ciągu dwóch lat budżet państwa stracił w ten sposób dwa mld złotych, a Jastrzębski trafił przed Trybunał Stanu.

Gdy "afera alkoholowa" wyszła na jaw, zmieniono przepisy i nałożono cła, ale tylko na transport przez zachodnią, tj. polsko-niemiecką granicę. Część młodych i rzutkich biznesmenów, w tym Mariusz Świtalski, znalazło i na to sposób. "Mianowicie wydłużono drogę - alkohol pochodził z Niemiec, ale sprowadzano go przez południową granicę Polski. Robiono dokładnie to samo, tylko droga była dłuższa" - tłumaczy Krzysztof M. Kaźmierczak w rozmowie z Tomaszem Ławnickim, autorem  podcastu "Morderstwo niedoskonałe". Kaźmierczak to poznański dziennikarz, przedstawiciel Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, współautor książki "Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa". 

Ziętara ma sporo informacji na temat udziału Elektromisu w nowej odsłonie afery alkoholowej: zdjęcia ciężarówek z nielegalnym transportem, nazwiska skorumpowanych celników. "Obserwował wyjeżdżające z Elektromisu TIR-y, był także w Niemczech. Swoje ustalenia prowadził przez szereg miesięcy, docierał do ludzi i rozmawiał, zbierał dokumentację, fotografował. Właściwie jednoosobowo wykonywał pracę, którą obecnie wykonują całe zespoły dziennikarzy śledczych" - opowiada Kaźmierczak.

Ziętara zawdzięcza tę wiedzę swoim niesamowitym zdolnościom, ale nie tylko. Krakowski prokurator Piotr Kosmaty, który wiele lat później zajmie się śledztwem w sprawie zniknięcia dziennikarza, dotrze do akt, z których wynika, że Ziętara kontaktował się z Urzędem Ochrony Państwa. Z dokumentacji wynika, że UOP próbował bezskutecznie zwerbować 24-latka oraz że funkcjonariusze mogli podsuwać mu kolejne tropy, dotyczące Elektromisu.

Dziennikarz wie, że tekst poświęcony firmie Świtalskiego nie ma szans na publikację w "Gazecie Poznańskiej". To dawny organ PZPR, po upadku PRu wykupiony przez byłego tenisistę Wojciecha Fibaka. Dlatego Ziętara planuje dotrzeć do gazet ogólnopolskich.

Redakcja poleca

"Lepiej nie walczyć"

O tym, że 24-letni dziennikarz interesuje się holdingiem, wie Świtalski, a także powiązany z nim Aleksander Gawronik. Kiedyś był on pracownikiem komunistycznej bezpieki (wyrzucony ze służb za kłamstwo w sprawie swojego wykształcenia), a na początku lat 90. został jednym z najbogatszych Polaków według "Wprost". Gawronik był założycielem pierwszych kantorów w Polsce, zarządzał też spółką Art-B. Ich "ochroniarzami" są byli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i innych PRL-owskich służb. Dlaczego oni? "Potrzebni byli ludzie sprawni organizacyjnie i mający wiele znajomości w różnych instytucjach oraz ludzie i tacy, którzy nie mieli zahamowań, jeśli chodzi o traktowanie kontrahentów" - tłumaczy współautor książki o sprawie Ziętary.

Kaźmierczak bardzo dobrze pamięta tamten okres. "Mówiło się, że jeśli zostało się przez ludzi z tej firmy oszukanym, to lepiej nie walczyć o odzyskanie tych pieniędzy, bo ryzykuje się np. byciem pobitym lub zastraszanym" - wspomina. Dlatego wielu unikało robienia z Elektromisem jakichkolwiek interesów. Co nie zawsze im się udawało. "Wokół Elektromisu zakładano inne firmy krzaki o różnych dziwnych nazwach, żeby ludzie nie wiedzieli, że tak naprawdę wiążą się właśnie z nim" - dodaje.

"Ochroniarze" próbują kupić milczenie Ziętary, ale bez powodzenia. Dziennikarz zostaje więc przez nich dwa razy pobity. Po raz pierwszy, gdy robi zdjęcia pod bramą wjazdową na teren magazynów Elektromisu przy ul. Wołczyńskiej. Drugi raz w mieszkaniu Ziętary. Mimo tego dziennikarz cały czas wtyka nos w nie swoje sprawy.

Trzeba teraz wrócić do 1 września 1992 roku. Jak już można się domyślić, mężczyźni podający się za policjantów, którzy zatrzymali Ziętarę na ul. Kolejowej, to w rzeczywistości "ochroniarze" Elektromisu. Fałszywy radiowóz z dziennikarzem na tylnym siedzeniu jedzie w kierunku - jak później dowiedzie prokuratura - magazynów firmy, tych samych, w pobliżu których wcześniej został pobity.

Ziętarę torturowano trzy dni. Po przewiezieniu w inne miejsce jeden ze sprawców wbija 24-latkowi sztylet w serce. Zwłoki zostają rozpuszczone w beczce z kwasem, a to, co z nich zostało, jest zakopane w lesie i spryskane substancją, która ma odstraszyć dzikie zwierzęta.

W ten sposób dochodzi do pierwszego zabójstwa dziennikarza w III RP.

Redakcja poleca

Zdaniem Krzysztofa M. Kaźmierczaka upozorowanie porwania Ziętary było zbrodnią doskonałą. "Najprościej byłoby go zastrzelić, podłożyć bombę. To były czasy w Poznaniu, kiedy nie było tygodnia, żeby komuś nie podłożono bomby. Można było go zamordować, ale wtedy media zaczęłyby się interesować, że zabity został dziennikarz i prędzej czy później, tak jak w przypadku zabójstwa dziennikarza na Słowacji (Jána Kuciaka - red.), prawda wyszłyby na jaw" - mówił poznański dziennikarz.

Przez długi czas nikt nie łączy (lub nie chce łączyć) śmierci Ziętary z ostatnim tematem, na którym pracował. Policjanci działają niespiesznie. Wśród tez, które próbują forsować i które zostały wymienione w książce "Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?" Łukasza Cieśli i Jakuba Stachowiaka, znajduje się m.in. ta o rzekomym homoseksualizmie Jarosława. Zgodnie z tą teorią dziennikarz miał uciec do swojego kochanka mieszkającego w górach. Inne rozważane tezy dotyczą ucieczki za granicę i samobójstwa. 

Według śledczych o tym, że Ziętara zniknął na własne życzenie, świadczy fakt, że po zaginięciu w mieszkaniu przy Kolejowej znaleziono jego portfel, klucze, kalendarz i legitymację prasową, bez których nigdy nie wychodził. Choć - jak utrzymuje dziewczyna dziennikarza - Jarosław na pewno zabrał ze sobą te przedmioty w ten feralny wtorkowy poranek. I ma rację, bo rzeczy Ziętary zostają mu zabrane przy porwaniu, a potem podrzucone z powrotem do mieszkania. Portfel, kalendarz, legitymacja i klucze wracają na miejsce, natomiast z mieszkania (tak jak i z redakcji "Gazety Poznańskiej") znika większość materiałów kompromitujących Elektromis.

W 1993 roku, czyli rok po śmierci Ziętary, Aleksander Gawronik uzyskuje mandat senatora, a więc i immunitet. W latach 1994-2002 trwa proces sądowy w sprawie oszustw celnych i nielegalnego obrotu gospodarczego w Elektromisie. Odpowiedzialność ponosi czterech spośród 13 oskarżonych. Mariusza Świtalskiego wśród nich nie ma, nie występuje nawet jako podejrzany. Nie ma ku temu podstaw, ponieważ Świtalski, choć jest założycielem Elektromisu, formalnie nie pełni w holdingu żadnej funkcji. 

Redakcja poleca

"Chudy, ale zatwardziały"

W tajemniczych okolicznościach ginie mężczyzna o pseudonimie "Kapela" - dawniej milicjant w oddziale antyterrorystycznym, a w 1992 roku jeden z ochroniarzy Elektromisu, i - jak się okaże - jeden ze sprawców porwania dziennikarza. Ratownicy po otrzymaniu zgłoszenia przyjeżdżają do domu "Kapeli", znajdują go z zabandażowaną głową (jego dziewczyna była pielęgniarką). Według oficjalnej wersji mężczyzna popełnił samobójstwo, według innej został zastrzelony przez innego gangstera, a zarazem drugiego porywacza Ziętary, czyli "Rybę". 

Śledztwo tkwi w miejscu przez kolejny rok, aż do momentu publikacji wspomnianego wyżej tekstu poznańskiej "Gazety Wyborczej" pod tytułem "Państwo Elektromis". W 1995 r. śledztwo w sprawie Ziętary zostaje umorzone.

Do kolejnego dochodzi na przełomie 1998/1999, choć prokuratura w końcu stwierdza, że dziennikarz został porwany i zamordowany, to nic nie da się zrobić, bo nie ma ciała. Ziętara w 1999 roku zostaje uznany za zmarłego, a rok później na Cmentarzu Komunalnym w Bydgoszczy, czyli w rodzinnym mieście dziennikarza, staje jego symboliczny, pusty grób.

W kwietniu 2011 roku redaktorzy naczelni m.in.: "Gazety Wyborczej", "Faktu", "Super Expressu" i "Rzeczpospolitej" apelują do premiera Donalda Tuska o odtajnienie informacji dotyczących Jarosława Ziętary, które w czasie działań operacyjnych gromadzili funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa. Proszą też prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o wznowienie śledztwa. 

Trzy lata później (w 2014 r.), czyli 22 lata po zbrodni, prokuratura publikuje portret i  rysopis mężczyzny, który był zamieszany w zabójstwo Jarosława Ziętary. "Był on wielokrotnie widywany na początku lat 90. w Poznaniu w towarzystwie polskiego biznesmena. Mężczyzna ten posługiwał się językiem rosyjskim. Pochodził za wschodniej granicy, z krajów wchodzących wcześniej w skład ZSRR. Ubierał się w bardzo drogą i elegancką odzież" - informuje Piotr Kosmaty z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, cytowany przez "Głos Wielkopolski".

W tym samym roku ręka sprawiedliwości dosięga Aleksandra Gawronika. Biznesmen zostaje aresztowany na trzy miesiące pod zarzutem podżegania do zabójstwa. Aresztowani na ten sam okres zostają także byli ochroniarze Elektromisu - Dariusz R. "Ryba" i Mirosław L. "Lala".

Piotr Kosmaty postanawia przeszukać magazyny, w których miał być torturowany poznański dziennikarz, pod kątem śladów krwi i DNA. Przy ul. Wołczyńskiej nie pojawiają się jednak poznańscy policjanci, a... żandarmeria wojskowa. Dlaczego? Bo Kosmaty funkcjonariuszom z Poznania zwyczajnie nie ufa. Zebrane materiały, badane w specjalnym samochodzie laboratorium kryminalistycznego, który przyjechał z Krakowa, okazują się wystarczające do sformułowania aktów oskarżenia. 

Jest 2015 rok. Zaczyna mówić odsiadujący wyrok za zabójstwo policjanta Maciej B. o pseudonimie "Baryła". Skazaniec miał należeć do grupy osób, która inwigilowała Zientarę i włamała się do jego mieszkania. W lodówce znaleźli woreczek ze zwykłymi filmami z aparatu fotograficznego, a za lodówką aparat do mikrofilmów i mikrofilmy. A wszystko to na polecenie Mariusza Świtalskiego, który tracił do dziennikarza cierpliwość. Za ostateczną decyzję o zabójstwie ma odpowiadać jednak Aleksander Gawronik, któremu Jarosław Ziętara (nazywany przez Gawronika "pismakiem" i "żydkiem") miał przeszkadzać w kantorowym biznesie, w którym pieniądze inwestowali byli funkcjonariusze SB.

Jak zeznaje "Baryła", "Ryba", "Lala" i "Kapela" mieli w przebraniach policjantów porwać Ziętarę, a następnie przekazać go rosyjskim ochroniarzom Gawronika. Podczas tortur dziennikarz podobno nie ujawnił żadnych informacji ("Chudy, ale zatwardziały" - mówi "Baryła"). Błagać o litość zaczął dopiero pod koniec. Choć - jak zeznaje "Baryła", nie był świadkiem samego zabójstwa, to widział szczątki dziennikarza w bagażniku samochodu. "Pismak już niczego nie napisze" - miał usłyszeć. Ale "Baryła" wkrótce jednak odwołuje swojej zeznania. Jak twierdzi, z obawy o swoje życie.

"Lala", "Ryba" i Aleksander Gawronik zostają zwolnieni z aresztu za poręczeniem majątkowym. Biznesmen nie odzyskuje jednak spokoju. Prokuratura Apelacyjna w Krakowie kieruje do sądu przeciwko niemu akt oskarżenia i zarzuca nakłanianie do zabójstwa Ziętary. 

Redakcja poleca

"Widziałem, że w Poznaniu nie będzie łatwo"

W 2016 roku przed Sądem Okręgowym w Poznaniu rozpoczyna się proces Gawronika. "Boże, jaki jestem przystojny" - mówi, widząc zainteresowanie fotoreporterów. Były senator po sześciu latach zostaje nieprawomocnie uniewinniony i to w trybie przyspieszonym.

Niezrozumiały jest sam przebieg rozprawy z 22 lutego 2022 roku, w czasie której sąd m.in. udziela głosu osobom, które nie wnoszą nic do sprawy, np. żonie "Żuka", czyli legendarnego dziennikarza "Expressu Poznańskiego". Sąd odrzuca też wnioski prok. Kosmatego i oskarżyciela posiłkowego, brata zamordowanego dziennikarza Jacka Ziętary o odroczenie procesu w celu przygotowania mów końcowych. Kosmaty i Jacek Ziętara muszą więc improwizować. "Widziałem, że w Poznaniu nie będzie łatwo, ale nie spodziewałem się tego, co dziś nastąpiło (...). Z pewnością złożę apelację. Będę walczył do końca" - mówi prokurator po wyjściu z sali. Sam Gawronik nie wydaje się zaskoczony decyzją sądu.

Nowy świadek

W listopadzie 2023 r. następuje plot twist.  Po 31 latach od zbrodni odzywa się nowy świadek. "Aleksander Gawronik szukał osoby, która uciszy dziennikarza Jarosława Ziętarę" - wyznaje 61-letni Ryszard B., dawniej ochroniarz Elektromisu, a w okresie PRL funkcjonariusz oddziału antyterrorystycznego milicji. "Stwierdził, że jest dziennikarz, który mu bardzo przeszkadza. Zapytał, czy kogoś znam i czy można by było coś z tym zrobić" - relacjonuje przed sądem Ryszard B, cytowany przez poznańską "Gazetę Wyborczą". Kolejną rozmowę Ryszard B. odbył z Gawronikiem już po zaginięciu Ziętary. "Zapytałem, czy wie o tym, a on odpowiedział: 'Wiem, widocznie sobie na to zasłużył'". Dla byłego senatora pojawienie się nowego świadka to "kolejny cud". - To złodziej i pijak, który wyleciał z pracy. Sąd będzie oceniał jego wiarygodność. Dla mnie jest niewiarygodny - ocenił po rozprawie.

Sąd uchylił wyrok

We wtorek 2 grudnia - ponad trzy dekady po tym, jak Ziętara zniknął bez śladu, Sąd Apelacyjny w Poznaniu uchylił wyrok sądu I instancji uniewinniający Mirosława R. "Rybę" i Dariusza L. "Lalę". Sprawę ponownie rozpozna poznański sąd okręgowy. "Dla sądu apelacyjnego, w tym składzie, ten materiał jest już dzisiaj wystarczający do skazania" - podkreślono w uzasadnieniu wyroku.
- Dzisiaj wydaje nam się to nieprawdopodobne, by w całkiem sporym mieście, w środku Europy, zaginął bez śladu młody dziennikarz i nie wywołuje to realnych działań organów ścigania. Zniknięcie Jarosława Ziętary było wręcz bagatelizowane. Niewątpliwie początki postępowania w sprawie były ograniczone jedynie do dwóch wątków i to nie mających charakteru przestępstwa, a to jest po pierwsze samobójstwa i po drugie wyjazdu do znajomej w Londynie. Okres ten z punktu widzenia postępowania karnego należy ocenić za w pełni stracony. Zaniechania te z pewnością utrudniły, ale nie uniemożliwiły dojście do prawdy - podkreślił sędzia Maciej Świergosz
Dodał, że najlepszym podsumowaniem tego okresu są słowa jednego ze świadków w sprawie, Anny D., która w jednym z wywiadów powiedziała "nie ma zbrodni doskonałych, są tylko niewłaściwie prowadzone postępowania". Sędzia zaznaczył, że "te słowa padły 33 lata od zniknięcia Jarosława Ziętary; są niewątpliwie przykre, ale niestety bardzo prawdziwe”.

Posłuchaj:

Źródło: Gazeta Wyborcza/ Morderstwo (Nie) Doskonałe/Głos Wielkopolski/ TOK FM/PAP