"Tu jest jak u nas 20 lat temu". Czarnogóra polubiła Polaków. "Kiedyś kojarzyli nas z biedą, a teraz patrzą z podziwem"
W tym niewielkim bałkańskim państwie wielkości naszego województwa lubuskiego żyje raptem 600 tys. mieszkańców, czyli tyle, co we Wrocławiu. Pewnie stąd tak wysokie zaufanie społeczne wśród Czarnogórców, bo z ojca na syna pracuje się na swoje dobre imię. I wciąż w tym kraju uczą się korzystać z własnej suwerenności, bo Czarnogóra – jako jeden z najmłodszych krajów w Europie - jeszcze nie osiągnęła pełnoletności. Niepodległość ogłosiła w 2006 roku.
Trzeba zwolnić na najniższy możliwy bieg
- Niepodległość Czarnogóry jest w wieku dojrzewania. Poza tym niemal na każdej wycieczce słyszymy, że turyści znad Wisły czują się tak, jakby cofnęli się do Polski z czasów transformacji. Polacy oglądają życie codzienne w Czarnogórze i mówią: tu jest tak jak u nas 20 lat temu - opowiada Jędrzej Grabiec, współwłaściciel agencji turystycznej Hvala.pl. - Z uwagi na infrastrukturę, ale też duże kolejki do banków. Czy jest kryzys? Pytają nas zdziwieni. Na co my odpowiadamy, że nie. Że płatność online dopiero tutaj raczkuje. Wiele osób nie ufa bankomatom, przelewom przez telefon, więc stoją w kolejkach do banków - mówi.
- Obsługa działa na spowolnionych obrotach, w myśl zasady polako, polako, a ty stoisz i czekasz. Kilka razy puszczały mi nerwy. Urodziłam się w czasach, gdy w Polsce wszystko się już sprawnie załatwiało, a tu stoisz i czekasz. I czekają inni. Nikt nie robi awantur. Klienci przecież dobrze znają ten styl, sami pracują w takim tempie. Wtedy sobie powtarzam: polako, polako. Jak nie dzisiaj, to jutro – dodaje Kasia, która prowadzi w Czarnogórze agencję obsługującą polskie biura podróży. - Tutaj trzeba się nauczyć cierpliwości - zauważa.
- Na początku rzeczywiście trochę się irytowaliśmy. Musieliśmy stać w kolejkach i na wszystko czekać, bo w Czarnogórze nie można wysłać dokumentów przez internet. Do urzędu i banku trzeba pójść osobiście, a do tego jeśli prowadzi się firmę, to zawsze trzeba mieć pieczątkę. Tutaj bez pieczątki i długopisu – nie zrobisz nic. Ale w kolejkach coś trzeba robić, więc ludzie po prostu ze sobą rozmawiają. Czym się zajmujesz, skąd przyjechałeś, co robisz? Padają pytania. I w ten sposób nawiązują się znajomości. Życie toczy się tutaj niespiesznie, a polako, polako w pewnym momencie wchodzi w krew - mówi Polak.
Współwłaściciel agencji opowiada, że w tym roku zaprosili znajomych z Czarnogóry do Krakowa. - Przylecieliśmy z nimi wspólnie na weekend, siedzimy w Galerii Krakowskiej, pijemy kawę i nasza przyjaciółka mówi: Jak tutaj wszyscy szybko chodzą. Jak ci ludzie się spieszą. Dla niej to było nie do wyobrażenia, że można żyć w takim tempie - uśmiecha się Jędrzej.
Bałkany w pigułce
W Czarnogórze nawet więc jeśli się nie chce, trzeba zwolnić. - Pamiętam ten przebłysk dziewięć lat temu. Jechałam rowerem wzdłuż wybrzeża i silnie poczułam, że to moje miejsce na Ziemi - nie ukrywa swojej fascynacji nową ojczyzną Kasia. - Czarnogóra to takie Bałkany w pigułce. Góry, morza, kaniony i jeziora są wszędzie na świecie. Ale tylko tutaj wszystko jest w jednym miejscu. To jest mały kraj, a w tym malutkim kraju mamy wszystko – wysokie góry, największe jezioro na Bałkanach, najgłębszy kanion Europy, wybrzeże Adriatyckie, a poza tym odległości pomiędzy tymi miejscami są niezwykle małe - podkreśla moja rozmówczyni.
– I dzikość – wtrąca Jędrzej. – Oczywiście są takie części kraju, jak np. na wybrzeżu, gdzie turystyka mocno się rozwija i w górę pną się kolejne hotele, ale są takie rejony jak np. Jezioro Szkoderskie czy cała północ kraju, czyli Góry Durmitoru czy Góry Przeklęte, w których na szlakach turystycznych przez cały dzień wędrówki można spotkać jedynie kilka osób. Jeśli ktoś więc chce odpocząć od tłumów na wakacjach, tutaj będzie miał okazję. Często jest tak, że jedziemy autobusem, a przed nami spacerują owce i kozy. Jeśli ktoś szuka dzikości, jest zmęczony komercjalizmem, to w Czarnogórze można jeszcze to znaleźć. Szczególnie na północy jest wiele możliwości raftingu, kanioningu, sportów ekstremalnych i wspinaczki – dodaje.
– Dla mnie słowem, które najpiękniej opisuje Czarnogórę, jest różnorodność. Jestem na wybrzeżu, a mam ochotę pojechać w góry? Wsiadam w auto i po 30 minutach mogę się zanurzyć w te niedostępne i bardziej dzikie tereny – wtrąca Kasia.
Język to szacunek
Jędrzej razem z partnerką Natalią mieszkają w Czarnogórze od pięciu lat. Przez wiele lat pracował dla jednego z większych polskich biur podróży, był rezydentem w Chorwacji, Turcji, na Maderze, Wyspach Zielonego Przylądka. Ostatnim jego kontraktem była Czarnogóra. - Ukończyłem filologię południowosłowiańską. Mówię po serbsku, który jest bardzo podobny do czarnogórskiego. Łatwiej mogłem się zintegrować z mieszańcami i o pracę też było mi znacznie łatwiej – wyjaśnia przewodnik.
Kasię przeprowadzka nad Adriatyk kosztowała więcej zachodu. Wprawdzie Czarnogórcy, to południowcy o słowiańskiej duszy, Słowianie z bałkańskim temperamentem i przyjęli ją ciepło, to czuła jednak lekki dystans. Do czasu, gdy zaczęła mówić ich językiem. - Najpierw traktowali mnie jako turystkę. Gdy zaczęłam mówić po czarnogórsku, bariera zniknęła. Traktują mnie jak swoją. Dla Czarnogórców poprzez język wyrażasz do nich szacunek - zauważa Polka.
Nieco odmienne zdanie na ten temat ma Jędrzej. - Dla Czarnogórca ważniejsze jest to, jakim jesteś człowiekiem. Czasami można trochę rękami, trochę nogami porozmawiać, trochę po polsku, trochę po angielsku. Gdy widzą, że jesteś dobrym człowiekiem to i tak się z nimi zaprzyjaźnisz - zapewnia Polak.
Język czarnogórski jest językiem słowiańskim, wiele więc słów jest podobnych, ale pamiętajmy, żeby niektórych słów nie używać. - Jeden z turystów chciał kupić piwo i poszedł do sklepu. Po czym wraca rozgoryczony i mówi, że nikt go nie zrozumiał. Co pan chciał kupić? - dopytuję. - Piwo. To, czego nie zrozumieli? Piwo to piwo. - Ale chciałem piwo w puszce. I co pan mówił? Piwo. Puszka. Piwo. Puszka. Pani kasjerka myślała, że ma do czynienia z wariatem, który stoi i wyrzuca z siebie: Piwo. Karabin. Piwo. Karabin. Nie używamy więc w Czarnogórze słowa: puszka, bo oznacza broń. W restauracji, gdy użyjemy słowa kurczę – kelner też może spojrzeć na nas z niesmakiem, bo na Bałkanach to słowo znaczy część męskiego ciała. Jeśli więc mamy ochotę na drób to zamawiamy piletinę - radzi przewodnik.
Patrzą na nas z podziwem
- Polacy są w Czarnogórze dosyć nową nacją w turystyce. Jesteśmy dla nich nowością, ale jesteśmy lubiani. Cały czas słyszymy, że Polacy i Czarnogórcy to jest jedna słowiańska dusza. Zachowujemy się podobnie, mamy podobną mentalność, a kraj wciąż dla nas nowy zachęca do zwiedzania – zauważa przewodnik.
Kasia dodaje, że mieszkańcy pamiętają nas jeszcze z czasów jugosłowiańskich. - Wtedy u nich żyło się dobrze, u nas troszeczkę gorzej. Polacy kojarzyli im się z biednymi turystami, którzy spali na kempingach i handlowali na bazarkach pościelą czy porcelaną. Teraz patrzą na nas z podziwem i zaskoczeniem, że tak bardzo się zmieniliśmy, a nasz kraj rozwinął. Mówią, że jesteśmy bardzo grzeczni, kulturalni i czyści. Chwalą nas za napiwki, które zaczęliśmy zostawiać. Komentują w pozytywny sposób, że Polacy lubią się napić i dobrze bawić - opowiada przewodniczka.
- Cztery lata temu z 20-osobową wycieczką zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji. Obowiązywała w niej zasada, że można było brać napoje z lodówki, a na koniec zapłacić za za nie w barze. Zjedliśmy obiad, poszedłem zapłacić rachunek i właściciel pyta: co wypiliście. I ja mówię: dwie cole, dwa soki i 38 piw. Czarnogórzec złapał się za głowę. Tyle wypiliście do obiadu? Czy to było tak dużo? Wyszło dwie butelki na głowę. Zapłaciłem rachunek, po czym weszli nowi klienci, usiedli za stolikiem i pytają się, czy mogą sobie sami wziąć picie. Na co właściciel odpowiada: możecie, tylko nie ma piwa, bo Polacy wszystko wypili – śmieje się Jędrzej.
– Trzeba jednak dodać, że do Czarnogóry nie przyjeżdżają miłośnicy formuły all inclusive, tylko odkrywania. Nie siedzą na plażach, ale podróżują, zwiedzają, a jak się zwiedza to jednak alkohol przeszkadza – dodaje mój rozmówca.
Zawsze mają czas
Czego moglibyśmy się od nauczyć od naszych słowiańskich braci? - Wyluzowania i spontaniczności. To, jest coś, co u nich uwielbiam. Nie zapowiadają się z wizytą. Przejeżdżają obok mojego domu, to po prostu się zatrzymają, zapukają i zajdą na kawę. Normalnością są telefony i pytania: Co robisz? Masz czas za 15 minut? Może się spotkamy? I zawsze wszyscy znajdują ten czas – mówi Kasia.
Bo czas spędzony z innymi jest tutaj wyjątkową wartością. – Nie ma tu zbyt dużo kin. W całym kraju są raptem dwa czy trzy. Teatry? Podobnie. Mieszkańcy chodzą z rodzinami na plażę, spotykają się w kawiarniach czy restauracjach. Mają bardzo bliskie kontakty rodzinne – wskazuje Polak. – Choć dzieci mają bardzo wolności. Od rana do wieczora na podwórkach jest pełno dzieciaków. Pod naszymi oknami w Budvie grają w piłkę do 22 czy 23 i ciężko je zaciągnąć do domu - dodaje.
Czy mamy nie boją się o swoje pociechy? - W Czarnogórze jest bardzo bezpiecznie. Mieszkanie zamykam na klucz, ale samochodu już nie. Zdarza mi się zostawić torebkę w restauracji, a gdy po nią wracam, wciąż wisi na oparciu krzesła - mówi Kasia.
- Jedna z turystek z mojej grupy zostawiła na przystanku autobusowym aparat telefoniczny. Nikt go nie wziął, wrócił do właścicielki. Tutaj wszyscy się znają, szanują cudzą własność. Nikt nie chce łamać umowy społecznej - dodaje Jędrzej.
- Do tej pory nie zdarzyło mi się ani razu iść z turystami na policję, żeby zgłaszać jakąś kradzież, a w Bułgarii, kiedy pracowałam tam jako rezydentka, co drugi, trzeci dzień byłam na komisariacie - dodaje Kasia.
- Tutaj wszyscy się znają, więc jakby ktoś komuś coś zabrał czy ukradł to wieść się szybko rozniesie. W takim małym społeczeństwie nie jesteś anonimowy. Tutaj każdy każdego kojarzy - wyjaśnia Jędrzej.
Do poprawy
Nie wszystko jest tutaj idealne. Na Bałkanach, nie tylko w Czarnogórze, kuleje polityka śmieciowa, choć moi rozmówcy zauważają, że z roku na rok jest coraz lepiej. - Czasami pytam Czarnogórców, czy zdajecie sobie sprawę, w jak pięknym miejscu żyjecie? Trzeba pamiętać, że w latach 90. gdy nakładano na nich sankcje, żyli w totalnej izolacji. Nie podróżowali, nie opuszczali swojego kraju, nie mieli możliwości porównania i dlatego nie mają świadomości, że żyją w tak cudownym miejscu, prawdziwej perełce, o którą w sposób szczególny powinni dbać - wyjaśnia Kasia. - Ale to jest młody kraj, który cały czas się zmienia i rozwija, może więc pójdzie po rozum do głowy i wprowadzi sensowny sposób gospodarowania odpadami? - zastanawia się przewodniczka.
- Pamiętamy Polskę sprzed dwudziestu? Też potrzebowaliśmy czasu, żeby zrozumieć negatywne skutki swojego zachowania - zauważa Jędrzej.
Masz temat? Napisz do autorki: urszula.abucewicz@tokfm.pl
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>