Tutaj "tankowanie wina" nabiera nowego znaczenia. Wszystko przez Zetki
- To będzie odcinek o końcu. Końcu pewnej epoki, potężnej gałęzi biznesu oraz o końcu tradycji;
- Bo globalna zmiana zachowań całego pokolenia zmienia krajobraz w jednej z największych na świecie gospodarek. Zmienia - dosłownie;
- Powiemy co ma z tym wspólnego generacja Zet, co to znaczy "mid" oraz dlaczego we Francji "tankowanie" wina nabrało zupełnie nowego znaczenia.
Zaczniemy od wyjaśnienia, kto za tym wszystkim. Choć globalnie producenci alkoholu nie mają na razie powodów do paniki, bo konsumpcja ich produktów utrzymuje się na stałym poziomie, to gdy przejrzeć detaliczne dane - humor może im się zepsuć. W najmłodszych grupach, w generacji Zet, konsumpcja napojów wyskokowych systematycznie spada. Z ostatniego badania Gallupa wynika, że liczba Amerykanów poniżej 35 roku życia, którzy nigdy (!) nie mieli w ustach alkoholu wzrosła w ciągu ostatnich dwóch dekad z jednej czwartej do ponad jednej trzeciej. Powodów jest co najmniej kilka.
Zetki pić już nie chcą
Zetki uważają picie za niehigieniczne, wierzą influencerom, którzy w mediach społecznościowych szerzą ideę bycia fit. Alkohol jest wysokokaloryczny, producenci nie mają obowiązku drukować na etykietach informacji o wartości energetycznej czy odżywczej. Zetki zaś są biegłe w czytaniu naklejek. Jest jeszcze sprawa syndromu dnia następnego. Który jest dla tego pokolenia zjawiskiem całkowicie nie do przyjęcia. Do przyjemnych nie należy, dodatkowo pozbycie się go wymaga czasu i pochłania energię. Względy zdrowotne to pierwszy z hamulców.
'TV Republika w natarciu. Widzowie odsłaniają kulisy jej sukcesu'
Drugi to życie towarzyskie. A właściwie jego brak. Bo pokolenie 20+ prowadzi je w ograniczonym zakresie. Z amerykańskich badań wynika, że liczba godzin spędzanych w gronie znajomych podczas spotkań osobistych spadła od początku wieku o dwie trzecie, z 30 do... 10 godzin miesięcznie. Specjaliści ostrzegają przed zabójczą epidemią samotności, a Zetki spędzają coraz więcej czasu na przeglądaniu mediów społecznościowych. Na dodatek gdy w końcu opuszczają wirtualny świat, bawią się raczej bez drinka w dłoni. Powszechnie korzystają za to z innych używek, które - w wielu państwach zachodu - stały się całkowicie legalne.
Dlatego alkohol dla Zetek jest "mid". Co to znaczy?
Młodzieżowy słownik tłumaczy to słowo jako: "slangowe określenie używane do opisania czegoś, co jest przeciętne, średnie, ani dobre, ani złe. Jest to wyraz obojętności, wskazujący, że dana rzecz nie wyróżnia się niczym szczególnym". Co jest "mid"? "Mid" jest alkohol, a szczególnie czerwone wino, które dodatkowo Zetkom najzwyczajniej na świecie - nie smakuje. I dlatego w kraju, w którym do tej pory produkowało się go najwięcej - czerwone wino skończy w bakach samochodów. Kto będzie jeździć na cabernecie, a kto merlocie o tym za chwilę. Najpierw o tak zwanej branży "hospitality" czyli przede wszystkim o restauratorach.
Bo jak świat długi i szeroki to, co kiedyś stanowiło restauracyjne doświadczenie klasy premium, przestało być dla gości największą atrakcją. Dla eleganckich lokali, wyposażonych w zasobne piwniczki z najdroższymi winami, spadek konsumpcji - to katastrofa. Goście piją mniej lub nie piją wcale. Lub w ogóle omijają wykwintne miejsca. Z powodu braku czasu i pieniędzy masowo przesiadają się od stolików restauracyjnych na krzesełka w fast foodach. Rośnie też popularność dań na wynos lub - z drugiej strony - szybkiego gotowania w domu - z pół-gotowych dań garmażeryjnych czy mrożonek. Z tego samego powodu - braku czasu - konsumenci na Zachodzie na stałe zmieniają codzienne zwyczaje. Francuska prasa z ubolewaniem pisze, że Francuzi - ale przecież nie tylko oni - coraz rzadziej siadają całą rodziną do wspólnego posiłku. A to właśnie takim okazjom towarzyszył tradycyjny kieliszek wina. Zwykle czerwonego. W konkretach wygląda to tak: gdy dziadek pił 300 litrów ina rocznie, jego syn pije już tylko 180, a wnuk zaledwie 30 litrów wina rocznie. Wnuk należy do generacji Zet. Dziadek jest boomersem.
I wszystko jasne...
Wszystko to sprawiło, że produkcja wina spadła we Francji od lat 70. aż o połowę. Na całym świecie była w ubiegłym roku najniższa od ponad 60 lat. Spada nawet produkcja największego rynkowego przeboju ostatnich czasów, czyli win musujących. I to po raz pierwszy od 20 lat, gdy bąbelki z salonów masowo dotarły pod strzechy. Gdy włoskie prosecco czy hiszpańska cava przestały być kojarzone z najbardziej uroczystymi okazjami. I trafiły do niemal codziennego menu. W tym konkretnym przypadku spadek produkcji to efekt zmian klimatycznych. Fatalnych dla winorośli gatunków szampańskich katastrofalnych susz, nagłych przymrozków i ulewnych deszczy. Francuską branżę winiarską czeka więc nieuchronna zagłada. A okazji do świętowania z sezonu na sezon - mniej.
Francja - największy na świecie producent wina -pomimo hamowania produkcji, wciąż wytwarza o jedną ósmą więcej wina niż ma szansę sprzedać. To znaczy, że na półtorej butelki na każde 10 wyprodukowanych - nie ma chętnych. Globalne zaciąganie alkoholowego hamulca, całkowicie odmienia przemysł winiarski w jego ojczyźnie. Zmienia też - dosłownie - francuski krajobraz. Farmerzy masowo wycinają winnice. Robią to z błogosławieństwem rządu i za rządowe pieniądze. Za każdy wycięty hektar dostają od 4 do 6 tysięcy euro. Niemało. Likwidacja stała się więc tak korzystną finansowo operacją, że po pieniądze za kasowanie plantacji - ustawiają się kolejki. Jedna trzecia plantatorów chce porzucić swoją profesję na dobre. Reszta ogranicza powierzchnię winnic i planuje skupić się na produkcji win najwyższej jakości, na które jest większy popyt i na których można więcej zarobić.
Kto jeszcze nie wyciął swojej plantacji, oddaje swoje nadwyżki do przemysłowej destylacji. Bo francuski rząd od kilku lat wdraża program... "jazdy na winie". Finansuje przetworzenie go do postaci bioetanolu. Który trafia potem do baków jako paliwo. Francuscy kierowcy od jakiegoś już czasu jeżdżą na merlocie i cabernecie. A francuskie panie domu czyszczą nimi kuchenne blaty. Bo czysty alkohol z przetworzonego wina staje się składnikiem chemii gospodarczej czy środków dezynfekujących: na przykład żeli do rąk, w tym szpitalnych.
Polska pójdzie tym trendem?
Na koniec przespacerujemy się alejką do kas w sklepie jednej z największych w Polsce sieci dyskontów. Tą alejką, która biegnie przez dział z alkoholami. Tam znajdziemy całkiem nową półkę, oznaczoną błękitną tabliczką z napisem "non alcohol". I nie będzie to półka tylko z piwem zero, ale półka z innymi napojami, w tym z winem. Bezalkoholowym. Taki jest najnowszy pomysł branży winiarskiej na wyjście na prostą. Polega na zastosowaniu dewizy: klient - nasz pan. Skoro młodsze generacje stronią od procentów, a szczególnie nie lubią wina, bo chcą być fit i nie życzą sobie kaca - dostają trunek, od którego głowa nie boli. A który - technicznie - wciąż jest winem. W tym szampanem. Biznes jest w sprawie wina "zero procent" dobrej myśli. Prognozy mówią, że rynek na tego typu produkty wzrośnie w ciągu dekady dwukrotnie. Trwają więc intensywne prace naukowe nad technologiami, które pozwolą zatrzymać w winie jak najwięcej smaku, ale wyrzucić z niego alkohol. Zresztą podobną operację przeprowadzają dzisiaj producenci whisky, rumów, dżinów i tequili. Na półce z alkoholami ma szansę się utrzymać jedynie... wódka.
'Niżowe pokolenie dobrobytu' idzie do pracy. 'Nie mają żadnych hamulców'