Ratuje uchodźców na pograniczu polsko-białoruskim. "Nie mogą uwierzyć, jak mówię, że jestem z Polski"
Mariusz Kurnyta mieszka na Podlasiu od lat - z rodziną, w tym trójką dzieci. Od roku - wraz z innymi mieszkańcami - systematycznie pomaga uchodźcom w lasach. W środowisku jest świetnie znany, nazywamy 'Człowiekiem Lasu'. Robi to, bo uważa, że pomoc należy się każdemu, kto jest głodny, spragniony czy chory. - Gdy widzimy wypadek, mamy obowiązek pomóc poszkodowanym. Podobnie jest w lesie. Udzielanie pomocy jest legalne. Zawsze - podkreśla.
Przez ostatni rok Kurnyta uczestniczył w setkach interwencji. Pomagał osobom m.in. z Syrii, Afganistanu, Jemenu i wielu innych krajów. Przyznaje, że migranci i migrantki często pytają: 'Skąd jesteś?'. - I nie mogą uwierzyć, że z Polski - mówi. - Bo oni przecież wiedzą, jak nasze państwo i nasze służby ich traktują. I nie mogą uwierzyć w to, że Polak im pomaga. Dlatego od jakiegoś czasu przestałem mówić, że jestem Polakiem. Gdy pytają, odpowiadam, że jestem Mariusz, 'Człowiek Lasu' - dodaje gość Radia TOK FM.
Kryzys humanitarny wcale się nie skończył
Aktywiści i mieszkańcy Podlasia wciąż znajdują w tamtejszych lasach ludzi potrzebujących pomocy. Często są to dzieci, kobiety - w tym kobiety w ciąży, osoby z niepełnosprawnością czy seniorzy. Niejednokrotnie - niemal padają z głosu czy z pragnienia. Mają liczne rany, zatrucia, czasami złamania. A Straż Graniczna - również teraz - stosuje tzw. pushbacki, czyli wyrzuca ich z powrotem na Białoruś. Jak podaje Grupa Granica, od jesieni 2021 roku odnotowano ponad 4 tysiące potwierdzonych wywózek.
Mariusz Kurnyta jest pod telefonem non stop. Wie, że ktoś może potrzebować pomocy. Tak było również, gdy na kilka dni wyjechał z Podlasia. - Wiedziałem, że mogą zadzwonić cudzoziemcy, ale też wolontariusze, którzy zechcą o coś zapytać - opowiada.
Nie kryje, że las nie jest już dla niego lasem, po którym się spaceruje czy słucha śpiewu ptaków. Miejsce to, jak mówi, stało się dla niego symbolem wielkiej tragedii. - To są ludzie, których tu spotkałem. To są nawiązane relacje. To są rozmowy z nimi. Gdy wchodzę do lasu, niekoniecznie na Podlasiu, pierwsza myśl jest taka: czy ktoś tu gdzieś nie potrzebuje pomocy - opowiada. I dodaje: "Z lasu się nie wychodzi".
'Od strachu po złość'
Pytany o emocje, jakie towarzyszą mu w czasie interwencji, mówi, że 'najczęściej był zły na naszą władzę'. - Na przykład za to, że wydawane są nieludzkie rozkazy. Bo jak można wydać rozkaz wyrzucenia na Białoruś rodziny z małymi dziećmi czy kobiety w zaawansowanej ciąży. Dla mnie to do dziś niepojęte - stwierdza.
Gdy pytamy z kolei o to, czego mu obecnie najbardziej brakuje, odpowiada bez wahania: 'czasu spędzanego z własnymi dziećmi'. Przed sierpniem 2021 roku, gdy zaczęli pojawiać się uchodźcy, był tatą na pełen etat. Granica to zmieniła. - Czas dla moich dzieci musiałem podzielić też na pomoc dla innych ludzi. Aczkolwiek moje dzieci nigdy nie powiedziały mi 'Przestań to robić', wprost przeciwnie. Zawsze pytają, kogo spotkałem w lesie, komu pomogłem, czy były tam dzieci. Widzę, że mnie w tym wspierają i to dodaje mi energii. Moje dzieci nie są duże, bo mają 7,8 i 9 lat, a mimo to, są bardziej świadome niż niektórzy dorośli - przekonuje nasz rozmówca. Podkreśla, że robi, co może, by spędzać z nimi jak najwięcej godzin, ale nie jest łatwo. - Rodzicielstwa nie da się nadrobić - wyjaśnia.
Jak tłumaczy, w trakcie interwencji w lasach poznał wielu wspaniałych, otwartych, ciepłych ludzi. Nigdy nie spotkał się z brutalnością czy agresją ze strony cudzoziemców. - Gdybym się bał, to nie chodziłbym do lasu. Nie żyłbym w tym lesie tak, jak to ma miejsce w ostatnim czasie - stwierdza. - A oskarżanie kogoś, że rzekomo nielegalnie pomaga, bo podał komuś butelkę wody czy leki? To kompletny absurd. Według mnie takie oskarżenia to porywanie się z motyką na Księżyc. Pokazywanie siebie z pozycji siły. Tak myślą tylko zarozumiałe bufony. I tyle - kwituje.
Każdy, kto chce wesprzeć 'Człowieka Lasu' w działaniach na polsko-białoruskiej granicy, może dołączyć do publicznej zbiórki.