,
Obserwuj
Świat

Ukrainka miała dość "szmaty w ręce i dłoni Polaka na tyłku". Idzie na wojnę

7 min. czytania
13.06.2024 06:41

Do Polski uciekła przed wojną, ale tutaj - jak mówi - miała tylko "szmatę w ręce i dłoń Polaka na tyłku". Nie chciała czekać, aż żołnierze Putina zajmą jej kraj. Wróciła więc do Ukrainy i zaciągnęła się do wojska. Teraz zawstydza mężczyzn uchylających się od poboru. - Będziecie udawać, że pozostajecie jeszcze mężczyznami? Nie jesteście nimi - ocenia w tokfm.pl Julia Kowalenko.

|
|
fot. dshv.mil.gov.ua (Siły Zbrojne Ukrainy)

- Wiadomo, że bez penisa jest trudniej. Chłopaki w mundurach mówią, że Siły Zbrojne Ukrainy to nie jest miejsce dla mnie. Zdarzają się głupie żarty, że jeśli założę miniówkę i odwrócę uwagę Rosjan, to wtedy nasi ich wybiją. Wiele jest też pretensji, że samą swoją obecnością dekoncentruję kolegów żołnierzy. Ale to ich problem, nie mój. Niech się skupią na służbie - mówi 33-letnia Julia Kowalenko.

Trzy miesiące temu wróciła z Polski do Ukrainy, by tam zaciągnąć się do wojska. Obecnie jest w trakcie szkolenia i chciałaby zostać operatorką dronów. Zamierza trafić na front i - jak mówi - posyłać Rosjanom "wybuchowe prezenty". Na razie jednak czuje opór kolegów i dowództwa. Dają jej do zrozumienia, że znajdą jej coś na zapleczu frontu. - Chyba boją się, że będą musieli chronić mnie jak dziecko. Wyczuwam w tym troskę, ale też niedocenienie. Udowodnię im, że nadaję się do służby bojowej - stwierdza.

Pod koniec 2023 roku resort obrony Ukrainy informował, że w tamtejszych siłach zbrojnych służy coraz więcej kobiet, a ich liczba przekroczyła już 60 tysięcy. Jednak - według tych danych - na misjach bojowych było zaledwie 5 tys. żołnierek. Reszta pracowała np. w administracji wojska, łączności czy służbach medycznych. W przeciwieństwie do mężczyzn po 25. roku życia kobiety nie są objęte obowiązkową mobilizacją wojskową. Wstępują więc do armii dobrowolnie i pomagają łatać dowództwu dziury kadrowe.

Zawstydzają też uchylantów, czyli Ukraińców w wieku poborowym, którzy uciekają z kraju przez zielone granice. Niedawno w tokfm.pl opisałem ich historie i dociekałem, dlaczego nie chcą walczyć z Rosjanami. Mówili: "Na świecie biorą nas za bohaterów, a my nie chcemy nimi być. Chcemy żyć!" oraz "Jestem tchórzem. Wolę to niż umierać". Mają już dość wojny i nie łudzą się, że szybko się zakończy. Nadzieję na przyszłość w Ukrainie zabiera im również panująca tam korupcja. Uważają, że pod tym względem będzie coraz gorzej w ich kraju. Nie chcą już tracić w ojczyźnie młodych lat.

- Znam te tłumaczenia, ale nie mogę ich zrozumieć. Każdy chce żyć, ale problem polega na tym, że w Ukrainie nie będzie żadnego życia, jeśli nie wypędzimy stąd Rosjan. Będzie ludobójstwo, gwałty na kobietach i dzieciach. Co prawda możesz stąd po prostu uciec, ale wtedy zostawiasz Rosjanom te dziewczyny i maluchy. To jakbyś powiedział: "Ja już nie mam siły, możecie je wziąć i robić z nimi, co chcecie. Będę udawał, że o tym nie wiem". Jak z tym będziesz żył? Jakim człowiekiem się okażesz? Będziesz udawał, że jesteś jeszcze mężczyzną? Nie będziesz nim - ocenia moja rozmówczyni.

Ukrainka do Rosjan: Konajcie długo i w męczarniach!

Julia długo opierała się nienawiści. Powtarzała sobie, że to trucizna, której nie może przekazać dziecku. Starała się o nie z Mykołą, gdy Władimir Putin rozpętał pełnoskalową wojnę w Ukrainie. Julia musiała uciekać do Polski, a jej mąż poszedł w kamasze, by odeprzeć atak Rosjan. - To wtedy, na początku marca 2022 roku, widziałam go po raz ostatni - wspomina.

Na przejściu granicznym w Hrebennem stała w tłumie matek z dziećmi. Były przerażone, milczące, z małymi tobołkami w rękach. Na widok tych niewinnych ofiar Putina zalała ją pierwsza fala nienawiści do Rosjan. Gdyby mogła wykrzyczeć, co czuła, brzmiałoby to tak: "A żebyście zdechli! Ale nie od razu, konajcie długo i w męczarniach. Należy się wam za to, co nam zrobiliście!".

Pod Wrocławiem znalazła schronienie u polskiej rodziny, a później też pracę. Choć w Ukrainie była nauczycielką, to teraz myła podłogi, szorowała łazienki, prała i gotowała. - Siedząc na klęczkach ze szmatą w ręce, płakałam. Za Mykołą, z którym nie miałam kontaktu i o którego bardzo się bałam. Za mamą, którą zostawiłam w Kijowie. Za swoimi uczniami, którym Putin nagle odebrał dzieciństwo. Za swoim dzieckiem, którego nie zdążyłam urodzić i na które w myślach ciągle czekałam. Bo miałam nadzieję, że wojna szybko się skończy, Mykoła wróci z frontu i odbudujemy nasze życie - wspomina.

Płacz przechodził w ataki wściekłości, które Julia próbowała tłumić z całych sił. Bała się, że jeśli wybuchnie, Polacy tego nie zrozumieją i straci u nich pracę. Wyładowywała się, gdy szorowała brudne zakamarki. Ścierała wtedy palce do krwi. W głowie pobrzmiewały jej słowa jednej z Rosjanek, której telefoniczną rozmowę przechwyciła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Olga Bykowska mówiła wtedy do męża walczącego w obwodzie chersońskim: "Gwałć tam ukraińskie baby. Pozwalam, tylko zabezpieczaj się".

W myślach Julia powtarzała słowa nienawiści jak pacierz: "Umierajcie na oczach swoich matek, żon i córek. Niech na to patrzą, ryczą i niech nie znajdują pocieszenia. Niech żyją w bólu długie lata. Niech w nim umierają". - Wstydziłam się tej nienawiści. Kiedyś dzieciom w szkole zwracałam uwagę, że nie wolno się przezywać, a teraz życzyłam ludziom śmierci. Byłam już gorszym człowiekiem. To skutek wojny, który w wielu z nas pozostanie - ocenia Kowalenko.

Ukrainka wybiera mundur. Ma dość "szmaty w ręce i dłoni Polaka na tyłku"

Pod koniec 2022 roku dostała wiadomość o śmierci męża na froncie. Całymi dniami płakała, nie umiała wyjść z domu, zawaliła pracę. Przestało jej zależeć na życiu. Z załamania wyciągnęła ją koleżanka Ukrainka, z którą mieszkała. Powtarzała: "To kiedyś się skończy i na tym, co zostanie, odbudujemy życie. A zostanie, bo Rosjanie nie odbiorą nam wszystkiego". Z początku Julia odpychała tę myśl, ale z czasem chwyciła się jej jak koła ratunkowego.

Znalazła nową pracę, też "na szmacie". Tym razem jednak trafiła do polskiej rodziny, która miała ją źle traktować. - Kobieta mówiła, że wszystko robię źle, nie nadaję się nawet do mycia łazienki i pewnie sama - jak to Ukraińcy - żyję w brudzie. Z kolei jej mąż kazał mi się tym nie przejmować. Nachylał się nade mną i komplementował, że pięknie pachnę. Krępowało mnie to, ale myślałam, że jest po prostu miły. Później jednak zaczął dotykać moje piersi i tyłek. Robił to z uśmiechem i bez wstydu. Za każdym razem delikatnie się uchylałam, ale też z uśmiechem, bo nie mogłam stracić pracy. Czułam się brudna - opowiada.

W tym czasie dostała wiadomość od przyjaciółki Kateryny z Kijowa, która wstąpiła do Sił Zbrojnych Ukrainy jako lekarka. - Opowiadała mi o kobietach w naszym wojsku, na przykład o Jarynie Czornohuz, która od dawna walczy o tworzenie kobiecych jednostek wojskowych. Albo o Rusłanie Danilkinie, która - jeszcze jako żołnierka - straciła nogę podczas ostrzału rakietowego. A teraz już w cywilu kontynuuje misję, czyli opiekuje się ofiarami wojny. Takich dzielnych Ukrainek jest wiele - podkreśla.

Po rozmowach z przyjaciółką Kateryną zaczęła powtarzać sobie pytanie: Co ja tutaj robię z tą szmatą w ręce i dłonią Polaka na tyłku? - W końcu stwierdziłam, że już nie mogę "bezczynnie" wegetować w Polsce. Jestem jej wdzięczna za to, że dała mi schronienie i pomogła przetrwać. Ale już nie chciałam tam tkwić w bezużytecznej nienawiści do Rosjan. Musiałam zacząć działać - tłumaczy.

Jak dodaje, Kateryna pomogła jej dostać się do armii, gdzie teraz przechodzi szkolenie. Szczegółów nie może zdradzać, ale przyznaje, że chce nauczyć się przetrwania w boju i zabijania Rosjan. - Muszę kontynuować misję swojego męża - podkreśla moja rozmówczyni.

Kobiety w wojsku? "To nieodpowiedzialne"

Julia jednak nie kryje, że ukraińskie siły zbrojne ciągle nie do końca są gotowe na kobiety. Chodzi nie tylko o problemy z akceptowaniem żołnierek w męskich jednostkach wojskowych czy ich utrudniony dostęp do misji bojowych. Problemem pozostają również mundury i kamizelki kuloodporne, które są dopasowane do sylwetek rosłych facetów. Kobiety po prostu w nich "pływają", co utrudnia poruszanie się podczas ćwiczeń i na polu walki. - Problem został już zauważony przez dowództwo, ale jeszcze nie jest rozwiązany. Póki co same kupujemy sobie mundury, a części z nas pomagają w tym fundacje - tłumaczy Kowalenko.

W jej ocenie także ukraińskie społeczeństwo nie całkiem jest oswojone z obrazem kobiety w wojskowym mundurze. Gdy po powrocie do Kijowa opowiedziała o swoich planach znajomym, usłyszała, że zwariowała, że nie poradzi sobie w armii i że to nie jest miejsce dla kobiet. Jedna z koleżanek stwierdziła, że kobiety są obciążeniem dla wojska. Jeśli więc chcą do niego wstąpić, to zachowują się nieodpowiedzialnie.

- Z kolei moja mama obraziła się na mnie. Po prostu na jakiś czas przestała ze mną rozmawiać. Miała do mnie żal, że wróciłam z Polski, gdzie - jej zdaniem - miałam zagwarantowaną lepszą przyszłość. Powiedziała, że już dość widziała śmierci na tej wojnie i nie chce jeszcze zobaczyć martwej córki. Teraz już rozmawiamy, ale dalej chowa do mnie urazę - opowiada 33-latka.

Ukrainka idzie do wojska. "Uspokajam oddech i zaczynam panować nad strachem"

Julia przyznaje, że bardzo się boi. Codziennie ogarnia ją strach, że skończy jak Mykoła zabity przez Rosjan. - Czasem wieczorami dopada mnie panika. Wtedy chcę to wszystko przerwać. Wrócić do męża, normalnego życia z nim przed wojną i starań o dziecko. Ale już nie mogę. Tak bardzo nie mogę... Więc jeszcze trochę popłaczę, a później się ogarniam, uspokajam oddech i zaczynam panować nad strachem. Myślę, że każdy z nas go odczuwa. Po prostu kobiety częściej się do niego przyznają. Bo dlaczego nie? Przecież na koniec i tak sobie z nim radzimy - mówi.

Jest przekonana, że wojna nie skończy się bez udziału takich jak ona, czyli Ukrainek i Ukraińców, którzy idą w kamasze. Jak mówi, bez ich zaangażowania Rosja podbije Ukrainę, a konflikt zbrojny rozleje się na kolejne kraje, w tym Polskę. - Putin nie wycofa się z wojny, bo to misja końcówki jego życia. Sama jego śmierć też nie rozwiąże problemu, bo zastąpią go inni raszyści, za którymi będzie stała duża część rosyjskiego społeczeństwa. Oni wszyscy muszą przegrać, żebyśmy mogli myśleć o pokoju. A do tego potrzebna jest nasza walka i zachodnie wsparcie. Tylko wspólnie możemy pokonać Moskwę - twierdzi.

Jak dodaje, będzie to jednak długa walka, a Julia stale boi się, że jej nie podoła. Że umrze na froncie. Albo że nie sprawdzi się w siłach zbrojnych i będzie musiała wrócić do cywila. A tam już nie widzi dla siebie przyszłości, przynajmniej dopóki Rosjanie atakują. - Co niby miałabym w tym cywilu robić? Układać sobie życie na nowo z myślą, że Putin wszystko mi zabierze? Przecież już raz to przerabiałam. Myślę, że w takiej samej sytuacji jak ja jest cała Ukraina - podsumowuje gorzko moja rozmówczyni.

Źródło: TOK FM