Niepotrzebne. Czwarta fala śmierci [REPORTAŻ]

Nigdy nie widziałem takiej skali śmierci. Bywały noce, że wywoziliśmy na dyżurze po piętnaście ciał. Niektórzy byli młodsi ode mnie - mówi sanitariusz jednego ze szpitali, w którym próbują ratować chorych na COVID-19. Lekarze dodają: tym razem, w czwartej fali, nie musiało tak być.
Zobacz wideo

Najpierw trzeba się rozebrać i włożyć jednorazowy lekarski strój, najlepiej na gołe ciało. Potem kombinezon ochronny, szczelny, więc nieprzewiewny. Wpierw nogawki, po nich osobne ochraniacze na nogi. Później rękawy. I lateksowe rękawice. Dwie pary - pierwszą pod mankiet kombinezonu, drugą na wierzch. Do tego czepek, maseczka FFP3 i gogle, przetarte od środka płynem do naczyń - inaczej parują, po minucie nic nie widać. Jeszcze kaptur na głowę, zasunięcie zamka aż na brodę, na maseczkę. Gotowe, można wejść na oddział covidowy.

Po minucie pot zaczyna płynąć ciurkiem po kręgosłupie, nie ma się jak podrapać w swędzący od razu, jakby złośliwie, nos.

Obchód lekarski oddziału trwa dwie, trzy godziny. Praca pielęgniarek jeszcze dłużej. W kombinezonach pracuje również personel pomocniczy. Dzień w dzień, od prawie dwóch lat.

To nie cyfry

Szpital tymczasowy nr 1 w Białymstoku, przy Żurawiej, nie jest typowym covidowym lazaretem w hali sportowej. To placówka z prawdziwego zdarzenia. Budowano ją dla chorujących na płuca. Rok temu, przed trzecią falą, w tempie ekspresowym budynek wykończono i oddano chorym na COVID-19. Mieści kilkadziesiąt łóżek. Od września, bo wtedy w Podlaskiem czwarta fala zaczynała się rozpędzać, w "tymczasowym" przy Żurawiej zmarło 200 osób. Szef szpitala, pulmonolog profesor Wojciech Naumnik nie bardzo chce mówić o liczbach, bo to statystyka. Umierają ludzie.

- Ktoś ma pod opieką dziesięciu pacjentów, po dyżurze idzie do domu - wydaje się, że wszystko dopatrzone, pacjenci przedyskutowani. A następnego dnia przychodzi i z tych dziesięciu pacjentów sześciu nie żyje… I tak jeden raz, drugi raz. Patrzę na młodych lekarzy, udają twardych, ale to zostawia ślad. Ludzie kończą staże, zaczynają specjalizacje i pracę zaczynają od zderzenia z niesamowitą liczbą zgonów - mówi profesor Naumnik.

Powolne usypianie

Po sąsiedzku, w tym samym kompleksie Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, znajduje się Klinika Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji. Od dwóch lat też leczy głównie chorych na COVID. Chociaż w przypadku niektórych "leczenie" nie jest najlepszym określeniem. Bardziej pasowałaby opieka hospicyjna.

- Nie każda osoba jest kwalifikowana do terapii respiratorem, nawet jeśli się oddechowo pogarsza. Pierwszeństwo mają ci, którzy poradzą sobie po zakończeniu respiratoroterapii. Natomiast osoby starsze, z bardzo masywnymi zmianami w płucach, osoby obciążone, one nie rokują dobrze. Dla nich tworzymy protokół terapii daremnej - wyjaśnia zakaźniczka, profesor Joanna Zajkowska.

Śmierć takich osób opisuje jako "powolne usypianie". Mówi, że fizjologia jest dla nas łaskawa, bo przy niedotlenieniu coraz bardziej tracimy kontakt z rzeczywistością.

- Na monitorach widzimy, jak stopniowo zmniejsza się ilość oddechów, spada saturacja. A potem zatrzymuje się krążenie - opisuje.

To nie jest szybki proces. Czasem trwa nawet kilka tygodni, czasem pacjent zostaje względnie świadomy do końca. Na tyle długo, że personel zdąży się z nim zżyć.

Ksiądz Seba

Gdyby nie koloratka pod zwykłym, szpitalnym fartuchem, wyglądałby jak młody lekarz. Zresztą jest doktorem, ale jak sam podkreśla z uśmiechem, teologii. Ksiądz Sebastian Kondzior studiował w Rzymie, pełnił posługę w tamtejszych szpitalach podczas pierwszej fali. Potem przyjechał do Białegostoku i został kapelanem w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym. Podkreśla, że praca kapelana w szpitalu podczas pandemii i poza nią nie różni się specjalnie. Ale inne jest umieranie.

- Covidowe odejście to śmierć w samotności. Jest tylko łóżko, sala szpitalna, głośna aparatura i zamaskowany personel. Nie ma bliskich, a czasem nie ma nawet siły, by do nich zadzwonić - opisuje kapelan.

Przed wejściem na oddział ubiera się jak wszyscy. Kombinezon, maska, gogle. By pacjenci wiedzieli, z czym do nich przychodzi, pisze na piersi flamastrem "ksiądz Sebastian". Imię ma długie, więc czasem je skraca i zostaje "ksiądz Seba". Dużymi, drukowanymi literami, bo wielu pacjentów niedowidzi. Niektórym towarzyszy, na ich prośbę, aż do intubacji, czyli podłączenia do respiratora.

Profesor Naumnik docenia jego obecność na równi z obecnością lekarki psychiatry, która też dobrowolnie przychodzi pomagać na oddział. Ona i ksiądz rozmawiają z pacjentami godzinami.

- Czasem widać, że ktoś się już poddał, a po takiej rozmowie wstępuje w niego wola walki - mówi lekarz.

Jak na wojnie

Czasem to nie wystarczy. Gdy śmierć jednak nadejdzie, też nie jest jak kiedyś. Zmarłego nie można ubrać, czy - jak to w niektórych miejscach Polski wciąż jest w zwyczaju - wystawić. Rodzina dostaje zamkniętą trumnę. Dodatkowo ciało jest zapakowane w dwa hermetyczne worki, jeden na drugim.

- Słyszymy, jak lekarze przekazują rodzinom tę ostateczną informację. I słyszymy ten płacz w telefonach. Bo przecież nie ma szans na bezpośrednie pożegnanie, nie możemy tu wpuszczać ludzi. To bardzo trudne - mówi Krystian Karol Krasowski, salowy na SORze w szpitalu MSWiA w Warszawie.

Salowi przejęli część obowiązków sanitariuszy. Czasem chorych trzeba umyć, przygotować do hospitalizacji, transportować, towarzyszyć w czekaniu na badanie. Przewieźć ciała do prosektorium. Ciężka, fizyczna praca w szczelnym kombinezonie. Raz w pomieszczeniach, raz na zewnątrz. O przeziębienie czy zwykłe, niecovidowe zapalenie płuc, nietrudno.

- Woziłem ciała osób dużo młodszych od siebie. Wracam do domu i rozmyślam, przecież ten człowiek miał jeszcze tyle lat przed sobą. Albo wiozę pacjenta na oddział, on mnie prosi, żebym mu powiedział, że będzie dobrze. Człowiek nie wie, jak się zachować. Albo przeglądam dokumentację zgonów i poznaję nazwiska ludzi, z którymi spotkałem się na oddziale - relacjonuje.

Podkreśla, że nie widział wcześniej takiej skali śmierci. - W filmach archiwalnych, z wojny. Albo w produkcjach science fiction. Nawet w najśmielszych snach człowiek sobie nie wyobrażał, że to nas dotknie.

Boją się respiratora

Oczywiście nie każdy, kto trafia na covidowy oddział, umiera. Większości, dzięki pracy całego personelu, coraz lepszym procedurom, lepszej wiedzy, sprzętowi i lekom, udaje się przeżyć. Jeśli zajęte płuca same nie dają rady, najpierw pomaga im się tzw. wąsami. Podają one tlen, z instalacji w ścianie, do nosa. Do sześciu litrów na minutę. Gdy to nie wystarcza, do terapii włącza się wspomaganie wysokoprzepływowe - lekarze czasem mówią na to respirator bez intubacji. Maska tłoczy nawet 60 litrów na minutę.

Profesor Naumnik pokazuje wielki, biały zbiornik za oknem, kilka metrów wysokości. W szczycie czwartej fali codziennie napełniała go wielka cysterna.

Ale czasem i tego jest za mało. Wtedy potrzebny jest respirator. Pacjenta wprowadza się w stan śpiączki i póki organizm sobie nie poradzi, oddychać pomaga mu maszyna. Czasem kilka dni, czasem kilkanaście albo i dłużej. Trochę ponad połowa pacjentów, którzy trafią pod respirator, umiera.

- Ale to dlatego, że trafiają do nas za późno, gdy choroba jest już w bardzo zaawansowanym stadium. Gdyby zgłaszali się do lekarzy wcześniej… - profesor Naumnik zawiesza głos.

Jak mówi, statystyki dotyczące przeżywalności pacjentów respiratorowych część pacjentów przerażają na tyle mocno, że odmawiają zgody na taką terapię. - Kilku nawet po takiej odmowie przeżyło. Zwykle jednak umierali - mówi.

Zaszczepieni umierają incydentalnie

Jest jeszcze jedna statystyka, dla medyków szczególnie bolesna. Na tych dwieście osób, które w białostockim tymczasowym umarły od września, tylko cztery były zaszczepione. Jedna miała białaczkę, druga była po przeszczepie nerki, pozostałe dwie miały ponad 90 lat i wiele różnych chorób.

- Pacjentka, która straciła tu męża, krzyczała, że k…, dlaczego nie zaprowadziłam go na szczepienie. Albo dwudziestosiedmiolatek, trafił pod respirator, jemu akurat udało się przeżyć. Pół roku wcześniej COVID zabrał mu ojca. Pytam go, dlaczego się nie zaszczepił. A on mi na to, że wydawało mu się, że jest młody i silny, więc jego nie to dotyczy - opowiada profesor Naumnik.

- Osiemdziesiąt procent pacjentów, z którymi rozmawiam, mówi mi, że żałują, że się nie zaszczepili. Że gdyby tylko wiedzieli… i że kiedy stąd wyjdą, wszystkich będą zachęcać - dodaje ksiądz Kondzior.

Ale są i tacy, co do końca nie wierzą w pandemię. Potrafią być też agresywni. Chociaż to akurat profesor Zajkowska kładzie głównie na karb choroby, niedotlenia i wyrastającego z niego i całej sytuacji lęku.

- Pytamy, czy się szczepili, to ważne z punktu widzenia procedur medycznych. Ale nie osądzamy. Pacjent jest pacjentem, a my jesteśmy od tego, żeby mu pomóc. I przed COVID-em niektórzy ludzie chorowali niejako na własne życie. Przecież chorym z marskością wątroby też pomagaliśmy - zauważa profesor Zajkowska.

Niepotrzebna IV fala

Lekarze przyznają, że w czwartej fali nie musiało być tylu zgonów. Owszem, do szpitali trafiają też zaszczepieni, incydentalnie nawet umierają. Ale zwykle przebieg choroby jest u nich zdecydowanie łagodniejszy. Szybciej wracają do domów. I w lepszym stanie.

Bo COVID nie kończy się po opuszczeniu oddziału, czasem rehabilitacja trwa kilka miesięcy, bywa że rok. Czasem ozdrowieniec nigdy już nie wróci do pełni sił.

- Owszem, myśl, że można było tego uniknąć albo przynajmniej ograniczyć skalę, że mamy doskonałe narzędzie - szczepienia - i z niego nie korzystamy, potrafi budzić złość - przyznaje profesor Naumnik.

- Jest taki bunt i żal, że część osób się nie zaszczepiła. Albo do rodzin osób starszych, które nie potrafiły same ocenić zagrożenia. Że nie zadbali o tych swoich seniorów, że nie zwiększyli ich szansy - dodaje profesor Zajkowska.

W jej ocenie nie przyłożyliśmy się, jako państwo, do akcji promującej szczepienia. Jako naukowczyni i ekspertka jeździ po innych krajach, wymienia doświadczenia, widzi, jak tak się do tego zabierano.

- Promocję szczepień inaczej będzie odbierał nauczyciel, inaczej senior, inaczej młody człowiek. Do każdego powinno się mówić w taki sposób, żeby czuł, że to do niego, żeby się z tym przekazem utożsamił - wylicza zakaźniczka.

Podkreśla też brak obostrzeń. - Paszport covidowy powinien działać w Polsce już od dawna, tak jak w innych krajach. Podobnie kwestia maseczek czy ograniczanie liczby osób w różnych miejscach. To było lekceważone. A efekty mamy tutaj - mówi.

- Albo walczymy z tą epidemią, albo nie. Rozumiem, że każdy chce do normalności, że ludzie mogą być wkurzeni, ale zagrożenie jest - podsumowuje profesor Naumnik.

Może być gorzej

Jest jeszcze jeden efekt, o którym często się zapomina. Leczenie COVID angażuje lekarzy wielu specjalności. U profesora Naumnika są chirurdzy, torakochirurdzy, psychiatra, nawet ginekolog. Bo przecież pacjenci mają różne dolegliwości. Respiratory angażują wielu anestezjologów. Ci lekarze, w normalnych okolicznościach, byliby gdzie indziej, leczyli innych chorych. Takich, którym teraz trudno uzyskać pomoc na czas.

Najlepszym przykładem jest sam pierwszy szpital tymczasowy. - Tu byłaby pierwsza klinika chorób płuc, na górze druga. Wszystko wybudowaliśmy dzięki unijnemu wsparciu i ministerialnym grantom. Mamy doskonałe, nowoczesne wyposażenie do diagnostyki. Większość z tego leży w magazynach. A chorych, chociażby na raka płuc, zbyt późno zdiagnozowanych, przybywa - mówi profesor.

Marzy mu się, żeby otworzyć te wydeptane w ministerialnych gabinetach kliniki. Ale przyznaje, że nie ma na to na razie szans. Bo omikron, niby łagodniejszy, ale jest znacznie bardziej zakaźny. Może przeciążyć system samą skalą.

Omikronem martwi się też profesor Zajkowska. Jej marzeniem byłoby wrócić do dydaktyki, uczenia młodych lekarzy, do badań. Na razie płonnym.

Sanitariusz Krasowski, martwi się o wydolność szpitala i jest po prostu zmęczony.

Pytamy go, co powiedziałby tym wszystkim, którzy zachowują się, jakby nie umierały setki osób dziennie. Których spotyka po skończonym dyżurze, których mija na ulicy, z którymi jedzie w autobusie; są bez maseczki albo z maseczką pod nosem.

- Myślę, że prędzej czy później się spotkamy na SOR-ze i niestety może być za późno. Jeśli ktoś bagatelizuje to, że zachoruje, to trudno, to jest wasze życie, umrzecie - to trudno. Ale dlaczego chcecie skazywać swoich bliskich na cierpienie, na śmierć?

DOSTĘP PREMIUM