Co zamiast dilda przynoszą na lekcje edukatorzy seksualni? O lękach ministra Przemysława Czarnka

Po wejściu w życie "lex Czarnek" edukacja seksualna będzie musiała zejść do "podziemia". Minister edukacji uważa, że takie zajęcia to "deprawacja" i odsyła uczniów na wychowanie do życia w rodzinie. - To tak, jakbym oglądała "Sex education" na Netfliksie, a minister przełączył na "Klan" w TVP i kazał mi to oglądać. No, nie dogadamy się - mówi Paulina Kruszewska, licealistka z Krakowa.
Zobacz wideo

- Minister Czarnek stawia się w roli mojego ojca, który chce decydować, co i kiedy będzie działo się w moim łóżku - mówi Paulina Kruszewska, licealistka z Krakowa. - Jakby myślał, że będę do niego biegała z pytaniem: "Tatuśku, czy to już, mogę?", za każdym razem, gdy poznam chłopaka. A tatusiek mi wtedy odpowie: "Spokojnie, przyjdzie na to czas, dam znać". A gdy mu wyznam, że chciałabym sama planować, kiedy chcę mieć dzieci, naburmuszy się i stwierdzi, że to nie moja decyzja, bo teraz decyduje on, a później będzie to robił mój mąż - dodaje.

Maturzystka nawiązuje w ten sposób do niedawnej wypowiedzi ministra o edukacji seksualnej w szkołach. Stwierdził, że nie będzie jego zgody na to, by dochodziło tam do "deprawacji młodzieży". Właśnie m.in. temu ma służyć nowelizacja ustawy Prawo oświatowe, zwana "lex Czarnek". Zgodnie z nowymi przepisami o kuratorzy oświaty, a nie rodzice, będą decydować, czy organizacje pozarządowe wejdą do szkół np. z edukacją seksualną.

- Od tysięcy lat, żeby nie powiedzieć miliardów, żeby nie powiedzieć od stworzenia człowieka, ludzie dokładnie wiedzieli, jak to wygląda i jak wygląda życie seksualne człowieka i myślę, że nie trzeba tego zbyt mocno rozbudowywać w szkole - ocenił Przemysław Czarnek. Minister przekonywał również, że treści przekazywane na wychowaniu do życia w rodzinie są wystarczające. - Ja uczyłem się dokładnie takiej samej edukacji, dochowałem się dwójki dzieci, mam wspaniałe życie małżeńskie, wszystko umiem, niczego mi nie brakuje - stwierdził.

- Czyli niepotrzebna nam żadna edukacja seksualna, bo minister wszystko wie za nas i to wystarczy. My już nie musimy zadawać żadnych pytań odnośnie własnej seksualności, bo wszystko wyjdzie w praniu. Tylko że o tym "praniu" będą decydowali mężczyźni i Kościół. No sorry, ktoś tu nie ściągnął sobie aktualizacji i pozostał w XIX wieku - ocenia Paulina Kruszewska.

"Jutro też Wam uciekniemy!"

W połowie stycznia w Łodzi odbyła się konferencja Edukacja Seksualna Oddolnie, w której wzięli udział m.in. edukatorzy seksualni i uczniowie. - Wyrażaliśmy obawy, że "lex Czarnek" cofnie nas do lat 90. i cała nasza praca, którą od tego czasu wykonaliśmy, pójdzie na marne. Jedna z nas wyszła na scenę i powiedziała do całej sali: "Słuchajcie, Czarnek mnie zdenerwował, mówiąc: ‘Barbara, nie będziesz robiła edukacji seksualnej’. A ja na to: ‘Przemek, my sobie damy radę. Jak nie w szkole, to poza nią. Jak nie drzwiami, to wejdziemy oknem. Bo edukacja seksualna jest niezbędna’" - wspomina Aleksandra Dulas, prezeska Fundacji Nowoczesnej Edukacji Spunk.

Przemysławowi Czarnkowi i jego ministerstwu odpowiedziała też wiceprezeska organizacji - Anna Jurek, przywołując cytat z "Seksmisji": "Jutro też Wam uciekniemy!".

Edukatorki przekonują, że tak łatwo nie dadzą się wyrzucić ze szkół. - Już teraz mamy pozamawiane zajęcia na przyszły semestr w warszawskich szkołach. To się odbywa tak, że zapraszają nas rady rodziców, a dyrekcja szkoły udziela im tylko sale i formalnie nie ma z tym nic wspólnego. Boję się tylko, że po wejściu w życie "lex Czarnek" dyrektorów szkół, na terenie których będziemy działać, spotkają represje. Że znajdzie się rodzic lub polityk, który powiadomi prawicowe media i zrobi się z tego heca – mówi Aleksandra Dulas.

Jak dodaje, alternatywny plan to zejście z edukacją seksualną do "podziemia", czyli organizowanie zajęć w bibliotekach, domach kultury czy remizach strażackich. - Ale to też pod warunkiem, że samorządy będą się godziły na naszą obecność w tych miejscach. Jeśli nie, to pozostaną kawiarnie. Tak zrobiliśmy np. w Łodzi. Więc da się, ale proszę zauważyć, jak to wszystkim utrudnia życie. Rodzice muszą przywieźć dzieci na zajęcia, a jeśli nie mogą, to młodzież jest poszkodowana. Rosną też nierówności w dostępie do wiedzy, których internet nie usunie - podkreśla.

Szefowa Fundacji Nowoczesnej Edukacji Spunk zwraca również uwagę, że dostępu do wiedzy mogą zostać pozbawieni młodzi ludzie z ośrodków wychowawczych i domów dziecka. - Na razie jeszcze do nich docieramy, ale nie wiemy, jak długo to będzie możliwe. A ta młodzież potrzebuje rozmowy na temat seksualności, bo nie wynosi z domu rozsądnych wzorców, na których mogłaby budować swoje życie intymne - wyjaśnia.

Akurat tej grupy młodych zdaje się nie zauważać minister Czarnek, gdy twierdzi, że edukację seksualną trzeba pozostawić ich rodzicom. - Zresztą nawet, gdy dzieci mają normalne domy, to problem polega na tym, że w polskich rodzinach tego tematu zwykle się nie porusza. Kiedyś na warsztatach o seksualności, które prowadziłam w Teatrze Powszechnym, zapytałam młodych, kto z nich rozmawiał w domu o seksualności. Na sali było ok. 300 osób, a ręce podniosło tylko 10 - mówi Dulas

- Jeśli więc ani dom, ani szkoła nie jest miejscem, w którym młodzież może porozmawiać o swojej seksualności, to co nim jest? - zastanawia się nasza rozmówczyni.

"Panie Czarnku, proszę oddać już ten pilot"

Zdaniem ministra Czarnka wystarczająco dobrym do tego miejscem jest wychowanie do życia w rodzinie. - To tak, jakbym oglądała "Sex education" na Netfliksie, a minister zabrał mi pilot, przełączył na "Klan" w TVP i kazał mi to oglądać. No, nie dogadamy się - mówi Paulina Kruszewska, licealistka z Krakowa.

- Nie nazwałabym tych lekcji edukacją seksualną, to raczej wychowanie do życia w bardzo specyficznej rodzinie - zauważa Iza Pszczółka, maturzystka z Białegostoku. - Te zajęcia często prowadzą katecheci, a ich program jest bardzo odklejony od rzeczywistości. O homoseksualizmie usłyszałam tam, że to zaburzenie osobowości, a o antykoncepcji, że jest wbrew naturze. Nie, że to coś neutralnego moralnie, tylko zło. Opowiadanie takich bzdur jest szkodliwe. Bo jeśli ktoś uwierzy, że stosunek przerywany jest skuteczną metodą zapobiegania ciąży, to później sam będzie musiał zmagać się z konsekwencjami tego braku wiedzy. WDŻ to zazwyczaj konserwatywna ideologia - dodaje.

Z tego, co mówi Iza Pszczółka, można również wywnioskować, że WDŻ to wehikuł, który przenosi uczniów do lat 90. - Powtarza się tam bzdury, że na AIDS chorują osoby homoseksualne i rozwiązłe. To stygmatyzowanie! Wszystko po to, by udowodnić, że dobra jest tylko sytuacja, gdy mamy heteroseksualnego partnera na całe życie. Jeśli ktoś ma w życiu wielu, to to nie jest neutralne moralnie. Jakby z seksem trzeba było czekać na największą miłość swojego życia - podkreśla.

Jak dodaje, zajęcia WDŻ nie cieszą się popularnością w jej środowisku. - Z mojej klasy nie zapisał się na nie nikt. Jednocześnie do szkoły nie dotarli edukatorzy seksualni, dlatego zostaliśmy pozostawieni samym sobie. Ja mam ten przywilej, że funkcjonuję w "bańce" świadomych ludzi. Płynnie posługujemy się angielskim, a w internecie liczba rzetelnych źródeł wiedzy w tym języku zdecydowanie wzrosła. Czytamy, bo po prostu chcemy tej wiedzy. Ale nie wszyscy umieją na nią trafić - zauważa.

Dlatego wraz z koleżankami i kolegami stwierdziła: "Nie chcecie zapewnić nam wiedzy, to sami ją sobie weźmiemy". Tak powstał Face The Sex, kolektyw licealistów z Białegostoku, który oddolnie organizuje edukację. - Kiedyś po imprezie spotkali się moi znajomi i rozmawiali o tym, że wielu ludzi w naszym wieku ma straszne braki w edukacji seksualnej i trzeba spróbować coś z tym zrobić. Napisaliśmy projekt i dostaliśmy granty z organizacji pozarządowych. Zrobiliśmy webinary, na które zaprosiliśmy edukatorów seksualnych, socjologów i specjalistów akademickich. Uczestniczyli w nich licealiści i studenci. Teraz pracujemy nad drugą edycją - mówi.

Iza Pszczółka wzięła też udział we wspomnianej konferencji Edukacja Seksualna Oddolnie, gdzie razem z innymi młodymi mówiła o tym, o czym chcieliby się uczyć. - Interesują nas kwestie związane w bezpiecznym seksem. Z jednej strony chodzi o antykoncepcję, bo temat chorób zakaźnych jest tabu w szkole, a z drugiej o świadomą zgodę. Czyli o przykładanie wagi do komunikacji podczas stosunku - czy chcemy go i czy czujemy się komfortowo. To pomaga uniknąć przykrych sytuacji. A jeśli zgoda nie została udzielona i doszło do nadużycia seksualnego, to ważna jest wiedza, jak to zgłosić, gdzie szukać wsparcia i jak o tym rozmawiać, by nie obwiniać ofiary - tłumaczy.

Jak dodaje maturzystka, dla młodych ważna jest też wiedza o ciałach dziewczyn i chłopaków. - To tematy bardzo wąsko omawiane na biologii. Niektóre chłopaki nie wiedzą, co to jest menstruacja. Uważają ją za coś obrzydliwego i nie umieją o tym mówić. Zresztą my, kobiety, też mamy z tym problem - mówi.

- A minister Czarnek włącza nam "Klan" i każe żyć w społeczeństwie, w którym po słowach "miesiączka", "penis", "wagina" trzeba się rumienić albo fundować sobie głupi rechot. No nie, panie Czarnku, proszę dać spokój i oddać już ten pilot - niecierpliwi się Paulina Kruszewska.

"Edukacja seksualna nie jest o polityce"

Fundacja Spunk w ramach projektu Edukacja Seksualna Polska przeszkoliła 40 osób z całej Polski, które w miastach i małych miejscowościach rozpoczynają "walkę o pilota". - Robią warsztaty w szkołach, bibliotekach, domach kultury i ośrodkach szkolno-wychowawczych. Najtrudniejsze dla nich nie było prowadzenie zajęć z młodymi, tylko rozmawianie z radnymi i burmistrzami o tym, że te lekcje są potrzebne. Jedni włodarze mówili wprost: "To nam nie opłaca się politycznie, bo jak wyskoczę z edukacją seksualną, to mnie zjedzą". Inni: "Super, róbcie, my wam nawet pomożemy, ale nieoficjalnie, żeby nikt nas z tym nie kojarzył" - mówi prezeska fundacji Aleksandra Dulas.

W małych miejscowościach edukatorzy spotykają się z hejtem i groźbami, że stracą pracę w szkołach. - Chętnie bym się nimi pochwaliła, wymieniając ich z nazwisk, bo jestem z nich dumna, ale nie ma co ich narażać. Bo i bez tego dostają po głowach. Krytykują ich lokalne władze, dyrektorzy szkół i kuratorzy. Edukatorzy po prostu się boją: zwolnienia z pracy albo złych komentarzy w mediach społecznościowych. Bo, jak żyją w małych społecznościach, to wystarczy, że zhejtuje ich kilka osób i nagle każdy z nich staje się persona non grata w swoim środowisku - tłumaczy.

Nasza rozmówczyni dodaje, że takie radykalne reakcje są "odpryskami tego, co dzieje się w rządzie". - Gdyby nie było takiej nagonki politycznej na edukację seksualną, to samorządowcy traktowaliby ten temat poważnie, bo to przecież przekazywanie wiedzy o zdrowiu. Tymczasem politycznie ciągle jest to rozgrywane, ponieważ daje się zbudować wokół tego lęk, a później manipulować ludźmi, którzy go poczują - zauważa.

Jej zdaniem politycy sprowadzają dyskusję o edukacji seksualnej do sporu o to, jakie ma być społeczeństwo: konserwatywne czy liberalne. - A ta biedna edukacja seksualna w ogóle nie jest o polityce. To opowieść o bezpieczeństwie młodych ludzi, ich prawidłowym rozwoju, akceptacji dla siebie i miłości, nie o ideologii. Dzieci na moich zajęciach muszą czuć się tak samo dobrze, niezależnie od tego, czy są katolikami, muzułmanami czy ateistami. Nie jestem od tego, żeby narzucać im światopogląd. Nie mówię im, że jeden styl życia jest dobry, a inny zły. Przekazuję im wiedzę np. o metodach antykoncepcji, ale to oni mają decydować, czy będą jej używać. Denerwuje mnie, gdy dorośli nie dają młodym wyboru - tłumaczy Dulas.

Jednak dla małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak taka edukacja ma prowadzić do "seksualizacji dzieci" i "stopniowej destrukcji norm społecznych". - Nie rozumiem, przecież nasze zajęcia nie są zachętą do uprawiania seksu. Nie są też kazaniem. Nie mówię młodym ludziom, że wielu partnerów to ekstra pomysł, ale też nie będę nauczać, że jeden przez całe życie to jest jedyna słuszna opcja. Ludzie o konserwatywnych poglądach nie są idiotami i to wiedzą - mówi prezeska Fundacji Spunk.

Dlaczego więc edukacja seksualna jest postrzegana przez władzę jako zagrożenie? - Bo uczy otwartości,  myślenia, że jesteśmy różni, mamy rozmaite wartości i potrzeby. Że społeczeństwo może stać się wolne, gdy samo decyduje o swojej seksualności. Czyli to też wychowywanie świadomego obywatela, który nie pozwoli sobie wmawiać, że ma mieć dzieci, że nie może używać antykoncepcji i jak ma realizować swoją seksualność. To wmawianie daje ideologom i politykom ogromną władzę nad ludźmi. Czy politycy chcą ją oddać i czy potrzebują wolnych obywateli? - pyta retorycznie Aleksandra Dulas.

Co zamiast dilda przynoszą edukatorzy na lekcje?

Edukatorzy skarżą się, że władza chce w nich widzieć dziwaków, którzy na lekcje przychodzą z dildo i demoralizują młodzież. - A przecież wystarczy spojrzeć w papiery, które przynosimy do szkół, które dokumentują nasze kwalifikacje. Niektórzy z nas to psychologowie i psychoterapeuci, inni nauczyciele z dużym doświadczeniem. Jesteśmy naprawdę porządnie wyszkoleni do pracy z młodzieżą, a nie "elementem niepewnym". Nagle się okazuje, że nie możemy wchodzić do szkół, tylko dlatego, że mówimy o seksualności - mówi Aleksandra Dulas.

Zamiast wręczać dzieciom dilda, oddają im głos, słuchają pytań i prowadzą rozmowy. - Mówimy np. o strefach komfortu, czyli kogo i jak blisko dopuszczamy do siebie. Dzieciaki uczą się, że ciało jest ich integralną częścią i powinno pozostawać nietykalne, jeśli sobie tego nie życzą. Zastanawiamy się, jak rozmawiać o seksualności, bo jeśli używamy wulgarnego języka, to ona taka się staje. Tłumaczymy, jak zbudowane są narządy płciowe, bo młodzież naprawdę tego nie wie, nawet gdy jest już po programie biologii. Zależy nam na tym, żeby chłopcy słuchali o miesiączce, a dziewczyny o polucjach, by uczyli się żyć razem w społeczeństwie. Bo spotykają się w życiu i muszą wiedzieć, jak przeżywają swoją cielesność - podkreśla.

Rozmawiają również o profilaktyce nowotworów piersi oraz jąder. - O raku jąder w ogóle w szkole się nie mówi, a przecież dotyka bardzo młodych chłopców. Milczenie na ten temat jest skandalem. Mówimy, że bolesne miesiączki mogą być początkiem endometriozy, która prowadzi do niepłodności, a przecież naszej władzy tak zależy, żeby kobiety się rozmnażały. Kładziemy nacisk na to, by młodzi ludzie szli do lekarza, jeśli występują u nich jakieś problemy zdrowotne. Bo to też jest ratowanie ich płodności. Moja przyjaciółka lekarka mówi, że do jej szpitala przywożona jest cała masa dziewcząt, które wstydziły się powiedzieć o swoich bólach, a teraz trudno uratować ich płodność. Z kolei chłopcy cierpią na bóle jąder, a przy ich skręcie kluczowe są pierwsze godziny, później może być za późno na ich uratowanie - wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Edukatorzy zastanawiają się też z uczniami, co znaczy rodzicielstwo. - Młodzi piszą na kartkach, że dobry rodzic to taki, który ma czas dla dziecka, daje mu kieszonkowe, jest wyrozumiały. Zastanawiamy się, czy gdyby dzisiaj zostali rodzicami, to mieliby szanse, żeby spełnić te warunki. Okazuje się, że nie. A jeśli ktoś już w tym wieku ma dziecko, to mówimy, jak zwiększyć szanse, żeby być lepszym rodzicem i gdzie szukać pomocy - mówi szefowa fundacji.

- Oddemonizowujemy prezerwatywę. Bo młodzież mówi, że seks w niej to jak lizanie cukierka przez papierek. Chłopcy nie chcą jej zakładać, a dziewczyny odpuszczają, bo chcą zrobić przyjemność ukochanym. A później pojawia się zagrożenie HIV, rzeżączki, wirusowego zapalenia wątroby typu B. A przecież prezerwatywy mają smaki, są ultracienkie, nielateksowe - można wybrać taką, która nie będzie przeszkadzać - tłumaczy Dulas.

Edukatorzy rozmawiają z młodzieżą również o tym, co budzi największe kontrowersje wśród polityków, czyli o orientacji seksualnej i tożsamości płciowej. - Przekazujemy to, co jest zgodne z najnowszą wiedzą medyczną, bo cóż innego możemy mówić. Duża część młodzieży jest już na to otwarta i rozróżnia orientacje i tożsamości. To mnie zachwyca. Myślę, że to pokolenie między 13. a 18. rokiem życia zmieni nasze społeczeństwo - ocenia.

Kto otworzy konserwę?

Jednak Paulina Kruszewska nie do końca jest przekonana, że jej pokolenie dokona tych zmian. - Myślę, że wielu moich kolegów bierze wyobrażenia na temat seksu z pornografii, a to bez edukacji seksualnej się nie zmieni i nie zapowiada niczego dobrego. Ale fakt, w kwestiach LGBT jesteśmy bardziej ogarnięci niż starsi. Nie za bardzo sobie wyobrażam, że straszenie gejami i mylenie ich z pedofilami mogło jeszcze działać w moim pokoleniu - mówi.

Jak dodaje, najbardziej ją denerwuje ten ideologiczny miszmasz, jaki robią politycy i księża, mówiąc o edukacji seksualnej. - Do jednego wora wrzuca się antykoncepcję, aborcję, osoby LGBT i tylko ideologom wyświetla się wspólny mianownik: zło. Dla mnie i dla moich kolegów to już są sprawy neutralne etyczne. I na to pan minister Przemek ani biskup Marek nic nie poradzi - przekonuje nastolatka.

- Mnie też strasznie denerwuje, gdy łączy się te sprawy z "marksizmem kulturowym" i właściwie nie wiadomo, co miałoby to oznaczać. Celowo wpychają rzetelną wiedzę w szufladkę z lewicową ideologią. Dla nich to jakiś wymysł z Zachodu, którego u siebie nie chcą. To frustrujące - przyznaje Iza Pszczółka.

Paulina Kruszewska na koniec z uśmiechem wraca do pytania o to, czy jej pokolenie zmieni polskie społeczeństwo. - A w sumie, dlaczego mamy po was sprzątać? Chcecie otworzyć konserwę, w której się zamknęliście, to zróbcie to sami, a nie czekajcie na nas - podsumowuje maturzystka.

DOSTĘP PREMIUM