Dziecko dwa razy próbowało odebrać sobie życie. Dorośli "zajmują się sprawą". "Jesteśmy o krok od tragedii"

Michał Janczura
Ma 15 lat i twierdzi, że padła ofiarą przemocy, w tym molestowania. Prokuratura, sąd, pomoc społeczna byli wielokrotnie o tym informowani. Mimo to Marysia nie miała innego wyjścia i musiała wrócić do przyczepy, w której próbowała odebrać sobie życie. Lekarz, który ją ratował, ostrzega, że jest o krok od kolejnej tragedii.

W tekście ukryłem prawdziwe imię dziecka i nazwę miasta, z którego pochodzi. Żeby uniemożliwić identyfikację Marysi, nie podałem też nazwisk urzędników, z którymi rozmawiałem w tej sprawie. Dane, adresy, telefony znają: prokuratura, sąd, ośrodek pomocy społecznej, które dostały dokładny opis dramatu przeżywanego przez dziecko. Wiadomość o tym dotarła także do Rzecznika Praw Dziecka i do tzw. komisji do spraw ścigania pedofilii.

Było wyjątkowo ciepłe popołudnie, nawet jak na drugą połowę maja. Ktoś poinformował służby w mieście, że młoda dziewczyna targnęła się na życie. Jako pierwsza na miejsce dotarła policja, a zaraz potem pogotowie. - To, co rzuciło mi się w oczy, to śmiejący się policjanci. Stali tam z rękami w kieszeniach. Tuż obok nich na niewielkim podeście siedziała sama, zapłakana dziewczyna - relacjonuje kierownik zespołu ratownictwa medycznego.

Marysia miała rozmazany od łez makijaż i pocięte rajstopy. Widać było również rany na udach. - Wysoka, bardzo szczupła, cicha i spokojna - tak opisuje ją kolejna osoba z zespołu ratownictwa.

Wtedy lekarze nie mieli czasu analizować ani zadawać pytań. Musieli spowodować u dziecka wymioty, zbadać funkcje życiowe i zabrać je do szpitala psychiatrycznego. To było wtedy najważniejsze. Obecność policjantów mogła jednak sugerować, że ktoś zgłosił przestępstwo. Wiele rzeczy nie dawało lekarzowi spokoju. Krok po kroku odkrywał więc ten dramat.

Klepał po pośladkach, dotykał, podszczypywał

W Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej sprawą Marysi ostatnio żyją wszyscy. Dyrektorka od razu zaznacza, że doskonale zna tę historię. Czuje się wywołana do odpowiedzi, więc zaczyna się tłumaczyć. Podkreśla, że ona i jej pracownicy rozmawiali z rodziną dziewczynki, proponowali tej rodzinie wsparcie psychologiczne, zajęli się rodziną, jak trzeba. W każdym zdaniu pada słowo "rodzina".

Ale jaką rodziną? Ojcem, którego od dawna nie ma w życiu Marysi? A może matką, która często przebywa za granicą i zostawia dziewczynkę pod opieką innych? Córka nie chce mieć z nią kontaktu, bo ta ją atakuje i oskarża o całe zło tego świata. - Każdy SMS od tej kobiety to pretensje, pogłębianie poczucia winy u dziecka - mówi osoba z dalszej rodziny.

Lekarz z zespołu ratownictwa medycznego, który w maju ratował dziecko, zaczął drążyć tę historię. Zauważył, że jego koledzy po fachu już interweniowali u dziewczynki. Ledwie miesiąc wcześniej - w kwietniu - w dokumentacji pojawił się zapis: "Próba samobójcza". To był pierwszy raz, gdy Marysia postanowiła odebrać sobie życie.

Na miejsce przyjechał wtedy zespół specjalistyczny. W domu była matka, ojczym, Marysia i jeszcze jakieś dzieci. Między matką a jej byłym partnerem miało dojść do kłótni. Marysia twierdziła, że to przez nią się to wydarzyło. Była roztrzęsiona. - Czuła się winna. Miała poczucie, że zrobiła coś złego - mówi lekarz z pogotowia.

- Wprost mówiła o molestowaniu fizycznym i psychicznym, a jako sprawcę podawała partnera matki - opowiada jedna z osób, które były wtedy na miejscu.

Marysia chciała to zgłosić, ale nie wiedziała, gdzie ma się udać i komu może zaufać. Powiedziała więc matce, a ta stanęła po stronie byłego partnera. Zabroniła kogokolwiek informować. Policjanci też usłyszeli od kobiety, że dziecko zmyśla i że jest zazdrosne. Nie wiadomo, co znalazło się w raporcie policjantów, ale w rozmowach z ratownikami twierdzili, że mogło dojść do molestowania.

Medycy zawieźli ją do szpitala psychiatrycznego. Po kilku godzinach i rozmowie z lekarzem wróciła do domu. Do tego samego miejsca, w którym jeszcze kilka godzin wcześniej chciała odebrać sobie życie. Do matki, która oskarżała ją o pomówienia. Do miejsca, w którym podobno ojczym już nie mieszka, ale bywa.

Krewny dziewczynki relacjonuje, że ojczym zachowywał się dziwnie wobec dziecka. Klepał po pośladkach, dotykał, podszczypywał. Opowiadał o różnych częściach jej ciała. Dziewczynka panicznie się go bała. Bała się, że przyjdzie i zrobi jej krzywdę. - Każdy jego dotyk odbierała jako napaść seksualną - mówi lekarz, który miał to usłyszeć od samej Marysi.

Marysia przeprowadziła się do babci, bo nie chciała mieszkać z matką. Babcia mieszka w domku typu holenderskiego. Dom - przyczepa stoi z dala od zabudowań. Drzwi do tej przyczepy stały się dla dziecka jedyną gwarancją bezpieczeństwa i czymś, co dawało względny spokój. Tego spokoju starczyło jednak tylko na niespełna miesiąc.

"Wulgarne treści seksualne z propozycjami aktów seksualnych"

Dziś już wiemy, co poprzedzało próbę samobójczą z 18 maja, tę drugą. Otóż na podwórku pojawił się wściekły ojczym, który przyszedł policzyć się z Marysią. Obwiniał dziewczynkę o to, że jej koleżanka opublikowała w mediach społecznościowych serię jego SMS-ów. "Zawierały one wulgarne treści seksualne z propozycjami aktów seksualnych" - tak określił je lekarz w pismach do różnych instytucji.

Pogotowie wezwała ciocia. Ani ona, ani babcia nie były w stanie zareagować, gdy mężczyzna wpadł do przyczepy. Wszedł do pokoiku, w którym była 15-latka, zabrał jej komputer, doszło do szarpaniny. - Marysia poczuła taką wewnętrzną potrzebę zrobienia krzywdy sobie samej. Z bezradności, ze strachu, z poczucia winy - opowiada osoba, której dziewczynka relacjonowała swoje przeżycia.

Na szczęście obrażenia, które sobie zadała, okazały się niegroźne. Medykom udało się też szybko pozbyć z jej organizmu leków, które połknęła. Zaczęli z nią rozmawiać. - Młoda, inteligentna, świadoma osoba. Podobno świetnie się uczy. Mimo tych warunków, jakie ma - opisuje w rozmowie ze mną lekarz. Z kolei w dokumentacji, którą otrzymały różne instytucje, w tym Rzecznik Praw Dziecka, napisał: "Warunki mieszkaniowo-socjalne na miejscu wezwania są skandaliczne. Na tej posesji postawione są dwa karawaningi, w których mieszka 11 osób, w tym 8 nieletnich. Nie są to warunki do godziwego życia małoletnich - brak prywatności, brak warunków do nauki, wypoczynku". Marysia woli jednak być tam, bo czuje się spokojniejsza niż w domu.

Prokuraturę zawiadomiła najpierw ciocia, a potem lekarz. Niezależnie od siebie uznali, że doszło do przestępstwa lub przestępstw popełnionych przeciwko 15-latce. Trwa śledztwo. Na razie jest prowadzone w sprawie i nikomu nie postawiono zarzutów. Nie można więc wydać żadnych środków zabezpieczających, np. zakazu zbliżania się potencjalnego sprawcy do dziecka.

Śledczy dość szybko doprowadzili do przesłuchania dziecka. Nieoficjalnie w prokuraturze dowiedziałem się, że dziewczynka nie potwierdziła molestowania. Zapytałem, dlaczego śledczy nie przesłuchali lekarza ani zespołu ratowników, który reagował po pierwszym i po drugim targnięciu się dziewczynki na życie. Czy zabezpieczyli SMS-y, które ojczym wysyłał do koleżanki Marysi? Czy o nich w ogóle wiedzą? Skoro wrzuciła je do sieci, może też się czegoś obawiała? Na wszystkie te pytania słyszę, że prokuratura podjęła niezbędne działania, a o szczegółach śledztwa nie może informować.

Ustaliłem, że lekarza ani ratowników nie przesłuchano. Jolanta Zmarzlik z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, która pracuje z ofiarami przemocy, mówi, że to standard. Często nie sięga się po inne źródła wiedzy, po inne dowody, opierając się wyłącznie na tym, co mówi dziecko. Problem w tym, że dziecko może być uwikłane w różne relacje z tymi dorosłymi, może od nich zależeć, może się po prostu bać. Największy problem to jednak czas. - Nikomu się nie śpieszy. Tak jakby dziecko miało czas. Dorośli przekładają się papierkami, a dziecko nie widzi żadnych efektów. Nie zmienia się jego sytuacja życiowa - mówi Jolanta Zmarzlik i zaznacza, że to powoduje nieodwracalne zmiany. Krzywdzone dziecko przestaje ufać dorosłym i nigdy już niczego nie ujawni. Czuje, że nie jest ważne, że nikt go nie obroni.

Kto może zabezpieczyć dziecko w takiej sytuacji? Tylko sąd rodzinny. Ten jednak musi się o sprawie dowiedzieć. O tym, co przeszła Marysia, sąd dowiedział się, ale nie od urzędników, a od lekarza. Stało się to już po drugiej próbie samobójczej. Oczywiście szczegółów nie znamy, ale wiemy, że 3 czerwca sąd wszczął postępowanie dotyczące opieki nad Marysią. Dopiero pod koniec czerwca wyznaczył kuratora, co w sytuacji dziecka de facto nic nie zmienia.

"O krok od skutecznego popełnienia samobójstwa"

MOPS, który twierdzi, że robi wszystko, co w jego kompetencjach, zasłania się ochroną danych osobowych. Gdy pytam o mieszkania socjalne i o warunki, w których przebywa obecnie Marysia, nie pada żadna odpowiedź.

Lekarz widzi brak reakcji instytucji, ale nie przestaje pisać, alarmuje. - Mam nadzieję, że może ktoś wreszcie postawi to dziecko w centrum uwagi. Zajmie się nim. Tak bardzo mi tej dziewczyny szkoda - mówi.

W piśmie do Rzecznika Praw Dziecka lekarz napisał coś, co powinno wstrząsnąć każdą instytucją, zmusić do działania: "Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że osoba z taką konstelacją psychiczną jest o krok od skutecznego popełnienia samobójstwa".

Rzecznik Praw Dziecka dostał od nas pytania, ale nie odpowiedział.

DOSTĘP PREMIUM