"Co roku wzdychałem do innej parafianki". Spowiedź byłego księdza, który stał się "majętny i obojętny"

Na parafię przyszedłem jako młody idealista, który chciał pomagać słabym i biednym, ale kościelny system mnie wymielił i zdeprawował. Zacząłem dzielić chorych na lepszych i gorszych. U tych, którzy dawali więcej, zostawałem dłużej, a od biednych wychodziłem szybciej. Stałem się majętny i obojętny - mówi były ksiądz Marcin Adamiec.
Zobacz wideo

Tamtego dnia jechał z kościelnymi gazetkami do sąsiedniej parafii. Padał deszcz, za bardzo docisnął pedał gazu, wpadł w poślizg i znalazł się na przeciwnym pasie ruchu. Busa, który gnał z naprzeciwka, zauważył dopiero w ostatniej chwili. Próbując uniknąć czołowego zderzenia, gwałtownie skręcił i wyleciał z drogi. Gdy wyszedł z oszołomienia, zobaczył swój skasowany samochód. - To był wręcz cud, że nie zginąłem. Miałem ciężki wypadek, a wyszedłem z niego tylko z lekkim zadrapaniem na głowie – wspomina 37-letni Marcin Adamiec, autor książki "Zniknięty ksiądz".

Był jednak bliski śmierci i przeżył to jako traumę. Wpadł w silne załamanie nerwowe, z którym nie umiał sobie poradzić. Miał myśli samobójcze i – jak mówi – o mało nie powiesił się na plebanii. - W końcu trafiłem na dzienny oddział szpitala psychiatrycznego, gdzie zacząłem terapię. To tam z dnia na dzień przestałem wierzyć w Boga – przyznaje.

Podczas terapii uświadomił sobie, że jego wstąpienie do seminarium 12 lat wcześniej nie było wynikiem powołania, tylko depresji, która tliła się w nim od dawna. - Pierwszy kryzys miałem jeszcze w klasie maturalnej, a drugi, gdy już studiowałem budownictwo. Czułem ogromną pustkę, samotność, tęsknotę za miłością. To przechodziło w przygnębienie, a potem w depresję. Ale pewnego dnia się odbiłem. Nagle poczułem, że chciałbym naśladować Chrystusa i głosić Ewangelię. Była wtedy we mnie euforia, co odczytałem jako znak od Boga. Odkryłem, że jak o nim myślę, to jestem szczęśliwy, a gdy przestaję, to zapadam się w smutku. Wtedy dla mnie to było powołanie. W połowie studiów z budownictwa uciekłem więc do seminarium. Uciekłem od życia - opowiada.

Nie wiedział jeszcze, że ta ucieczka najpierw do seminarium, a później na kolejne plebanie właściwie nigdy się nie kończy. - Nie miałem pojęcia, jak to niszczy człowieka – podkreśla.

Szklarnia, w której hodowano przyszłych księży

Zaraz po wstąpieniu do seminarium w 2007 roku zauważył, że panowała tam dyscyplina jak w wojsku. Jednak na początku nawet mu się podobała. - Tam wszystko było jasne i zaplanowane minuta po minucie, dzień po dniu. I tak od 1 września danego roku do 1 września następnego. Wiedzieliśmy, kiedy kładziemy się spać i kiedy wstajemy. Kiedy pracujemy i kiedy mamy czas wolny. Kiedy jedziemy do rodzin i kiedy wracamy. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Żyłem jak w szklarni, co mnie koiło, bo gdy wstępowałem do seminarium, miałem w sobie wiele lęków przed światem i byłem bardzo zagubiony w jego chaosie – tłumaczy Marcin Adamiec.

Z czasem jednak to zamknięcie w szklarni zaczęło być coraz bardziej męczące. Na piątym roku frustrowało go już wszystko. Że nie może wyjść z seminarium, kiedy chce. Że każdego dnia o godz. 22 musi położyć się do łóżka, a o 6 wstać. Że nie może napić się piwa ani pójść do kina. - Podtrzymywano w nas przekonanie, że zostaliśmy wybrani przez Boga i że to dar, którego trzeba strzec. A ten koszarowy reżim ma nam w tym pomóc, chroniąc nas przed pokusami - opisuje.

Jak dodaje, w nim i innych klerykach narastały frustracje, których sobie nie uświadamiali. Znajdowały ujście w złośliwościach i niechęci do kolegów. - Klerycy dzielili się na kilkuosobowe grupy, które miały nazwy, jak np. Wiejska Szlachta czy Kwas. Kwasowcy krytykowali wszystkich, którzy do nich nie należeli, a Szlachta się z nich śmiała. W tych grupach można było mówić nawet takie rzeczy, za które normalnie zostałoby się wyrzuconym z seminarium. Np. powątpiewać głośno, czy Maryja, aby na pewno była dziewicą. Tam klerycy czuli się ze sobą bezpiecznie i mogli poszydzić. To był ich wentyl bezpieczeństwa – opowiada.

Odreagowywali też frustracje, które brały się z niezaspokojenia swoich seksualnych potrzeb. Ta sfera była nazwana "grzechem" i – jak mówi Marcin Adamiec – nigdy o niej oficjalnie nie rozmawiano. - Nie mieliśmy zajęć z psychologami ani seksuologami, żeby nas przygotować do życia w celibacie. To było tabu. Nasi przełożeni traktowali seksualność jako coś, co należy stłumić i o czym trzeba zapomnieć. To był warunek pozostawania w seminarium. Dlatego gasiliśmy ją w sobie, co powodowało nieuświadomione frustracje. Ona wychodziła z nas w formie złośliwych plotek, np. że ten czy tamten jest gejem – opisuje.

Dopiero później - wspominając czasy seminarium - Marcin Adamiec miał odkryć, że przychodzili tam młodzi faceci, którzy w swojej seksualności byli zagubieni. - Wielu chłopaków wstąpiło do seminarium, bo nie podobały im się dziewczyny, a tam odkrywali, że przeżywają fascynacje kolegami. Ale bali się tego i angażowali się w walkę z gejami, czego oczekiwali przełożeni. Okaleczali więc siebie i innych. Dlatego największymi wrogami w Kościele osób LGBT są ci księża, którzy sami są LGBT – podkreśla.

"Kacowa droga krzyżowa"

W 2013 roku wyszedł ze szklarni i trafił do swojej pierwszej parafii. Okazało się, że jest zupełnie nieprzygotowany do tamtejszego życia. - Samotność okazała się głównym problemem, na który nikt mnie nie przygotował. W seminarium mieszkałem z kolegą w pokoju, z innymi spotykałem się na zajęciach, a tu nagle okazało się, że siedzę sam na plebanii i nikogo nie obchodzę. Ja i dwóch obcych księży żyliśmy obok siebie. Na małych parafiach nawet je się w samotności. Niby wszyscy ją czuliśmy, ale się nie integrowaliśmy – mówi.

- Ale właściwie dlaczego? - dopytuję.

- Byliśmy swoimi spowiednikami i wszystkie trudne sprawy, które w sobie nosiliśmy, zostawialiśmy do konfesjonału: jeden nadużywał alkoholu i palił papierosy, drugi oglądał pornografię i źle się z tym czuł, a ktoś związał się z kobietą. To były nasze słabości, które nie zbliżały nas do siebie, bo obowiązywała tajemnica spowiedzi i na te tematy nie mogliśmy później rozmawiać. Myślę, że dlatego izolowaliśmy się od siebie – ocenia.

- A wystarczyłoby zdjąć z tych papierosów, pornosów i związków z kobietami odium grzechu, bo to przecież nic złego. Zniknęłyby te bariery między wami – wtrącam.

- Można byłoby tak zrobić, ale nie w Kościele – odpowiada.

Szybko też nauczył się, że nie warto nawiązywać przyjaźni z parafianami, bo prędzej czy później i tak zostanie przeniesiony na inną plebanię. Skoro więc miał tak gwałtownie stracić relacje z ludźmi, to po co w ogóle w nie wchodzić.

Mimo to młody wikary nadal był przekonany, że tak powinno wyglądać jego życie. Codziennie wstawał o godz. 6, by 30 minut później odprawić mszę. Potem jadł śniadanie i szedł do szkoły na katechezę. - Myślę, że byłem słabym nauczycielem, a program lekcji to dramat. Bo ile można gadać o katechizmie i przykazaniach w szkole? I ja, i uczniowie byliśmy tym zmęczeni. Ale najgorsze zaczęło się, gdy trafiłem do podstawówki, by uczyć małe dzieci. Patrzyłem na nie i zastanawiałem się, dlaczego nie mam syna czy córki. Dlaczego jestem sam – podkreśla.

Te myśli dręczyły go także podczas udzielanych ślubów, przygotowywania dzieci do pierwszej komunii i spowiedzi. - Te ostatnie mnie obciążały psychicznie, bo ludzie mówili, jak wygląda ich rodzinne życie, którego nigdy nie mogłem mieć. To było jak oglądanie seriali, w których chciałem się znaleźć. Uświadamiałem sobie wtedy, że nigdy nie pójdę na randkę, nie będę się całować, nie będę czuł bliskości kobiety. To rodziło frustracje. Nie, nie wyładowywałem ich na ludziach, ganiąc ich za grzechy. Po pierwsze: nie przyszło mi to do głowy, a po drugie: ludzie i tak są odporni na spowiedników. Są przyzwyczajeni, że regularnie trafiają na idiotów w konfesjonale i nie obchodzi ich, jak tamci komentują ich grzechy. Ja zresztą też tak miałem - przyznaje.

Samotność najbardziej męczyła go w czasie wolnym, którego miał najwięcej. Gdy nie musiał iść do szkoły, zamykał się w pokoju już po śniadaniu. Grał w gry komputerowe albo po prostu przesypiał dużą część dnia. Nie radząc sobie z samotnością, zaczął pić – jak przyznaje – za dużo i niebezpiecznie. Bo na plebani było morze kolorowych alkoholi, które księża dostawali od parafian. Kiedyś przesadził z winem w Wielki Czwartek i dzień później miał "kacową drogę krzyżową". - Prawda jest taka, że wielu polskich księży wpada w alkoholizm. Myślę, że gdybym pozostałbym w kapłaństwie, też bym się stoczył - ocenia.

"Stałem się majętny i obojętny"

Słabości, o których księża nie mogli ze sobą pogadać, z biegiem czasu stawały się dla Marcina Adamca odstręczające. - To była moja deprawacja. Osuwałem się od kolegów ze słabościami. Np. mieszkałem z księdzem, który miał problem z alkoholem, i zamiast go wspierać, bezpodstawnie podejrzewałem, że jeździ po alkoholu. Sprawdzałem, czy już się napił i czy wsiada za kółko. Zdarzyło mi się wejść do jego pokoju, żeby skontrolować, czy nie leży pijany. Był chory, a ja go stresowałem i męczyłem - opowiada.

Najbardziej wstydzi się tego, że odwrócił się od kolegi-księdza, który zachorował na depresję. - Bardzo go skrzywdziłem niechęcią. Czułem satysfakcję z tego, że cierpi. To było bardzo niechrześcijańskie i okrutne – przyznaje.

Skreślał również tych, którzy przechodzili kryzys wiary i przestawali być księżmi. - Odwracałem się od nich, bo podświadomie sam się bałem, że odejdę z kapłaństwa. Jeszcze jako kleryk nigdy bym tak nie zrobił, a już jako ksiądz z łatwością skreślałem ludzi. Wyssałem to z mlekiem Kościoła parafialnego - mówi.

Jak dodaje, podobny stosunek w końcu zaczął mieć także do chorych i starych parafian. Właściwie do wszystkich, u których wyczuwał jakiekolwiek słabości. - Na parafię przyszedłem jako młody idealista, który chciał pomagać słabym i biednym, ale kościelny system mnie wymielił i zdeprawował. Nasłuchałem się, jak księża mówili, kto nie dał na tacę albo że na szczęście wpadł tysiąc stąd i stamtąd. Zaraziłem się tym materialistycznym podejściem - opisuje.

Z każdym rokiem stawał się coraz większym cynikiem, aż w końcu zaczął dzielić chorych na lepszych i gorszych. - U tych, którzy dawali więcej, zostawałem dłużej, a od biednych wychodziłem szybciej. Sam jako ksiądz prowadziłem bardzo wygodne życie, a i tak kreowałem się na najbiedniejszego. Stałem się majętny i obojętny - podkreśla.

Jako młody wikary zarabiał ok. 5 tys. zł miesięcznie, ale miał zapewniony mieszkanie i jedzenie, a także opłacone podatki, więc na życie wydawał średnio zaledwie 800 zł. Rocznie więc oszczędzał ponad 50 tys. zł. - Gdyby przyrównać mnie do nauczyciela, okazałoby się, że jest między nami potężna różnica. Bo może zarabialiśmy podobnie, ale jego pensja szła na bieżące utrzymanie, a moja mogła na konto wpadać, wpadać, wpadać. Dlatego większość księży jest ludźmi majętnymi. Mają drogie samochody, duże oszczędności i mieszkają w świetnych warunkach - stwierdza.

- No i nie mają nikogo na utrzymaniu – wtrącam.

- Ale oczywiście, że niektórzy mają. Np. kucharki, z którymi żyją. Tyle że utrzymują je z parafialnych pieniędzy, bo one tam pracują – tłumaczy.

"Co roku wzdychałem do innej parafianki"

Podobnie jak w seminarium, tak na plebaniach seksualność była tematem tabu. Nikt na poważnie o niej nie mówił. Schodziła w sferę plotek. - Czasem żartowaliśmy z wikarymi, że dany ksiądz zerwał ze swoją kucharką, bo zniknęła, a on chodzi taki smutny. Natomiast to były takie nasze szepty, nikt oficjalnie o tym nie rozmawiał. A przecież księża nie wygaszają swojej seksualności. Przeciwnie, wielu z nich żyje z kobietami na plebaniach albo ma partnerów. Ale nikt nie uważa tego za coś złego. Katolik nie dostanie rozgrzeszenia, jeśli mieszka z kobietą bez ślubu, a kapłani mogą to robić i do komunii przystępować. Bo księżom wolno - mówi.

Jak dodaje, księża najczęściej wiążą się z kobietami, które są blisko Kościoła, czyli zakrystiankami, kucharkami zatrudnionymi na plebaniach, katechetkami lub dziewczynami z Oazy. - Czasem nawiązują romans, a niekiedy pozostaje miłość platoniczna. Ja też co roku wzdychałem do innej parafianki. Długo unikałem wchodzenia z nimi w relacje. To były przelotne fascynacje, które trwały 2-3 miesiące. Do czasu, gdy poznałem swoją obecną partnerkę. Była moją parafianką, znałem jej rodzinę, coś do niej poczułem. Ale dopiero gdy zostałem przeniesiony do innej parafii, to zaczęliśmy do siebie pisać i się spotykać. Uświadomiłem sobie, że ją kocham. To był szósty rok mojego kapłaństwa. Przez kilka miesięcy byłem jednocześnie księdzem i jej partnerem. Ukrywaliśmy nasz związek. Obciążało mnie to psychicznie, bo prowadziłem podwójne życie – wspomina.

Momentem zwrotnym okazał się wypadek samochodowy, po którym Marcin Adamiec wpadł w kryzys depresyjny i trafił na terapię. - To tam uświadomiłem sobie, że z moją partnerką miałem jak z Bogiem, gdy wstępowałem do seminarium. Myśląc o niej, czułem się dobrze, a gdy przestawałem to robić, byłem przygnębiony. Zdałem sobie sprawę, że życie na plebanii mnie niszczyło i już nie chcę już tam być. Straciłem też wiarę w Boga. Postanowiłem więc odejść z kapłaństwa – opowiada.

- Wszystko to stało się na "cywilnej" terapii. Ksiądz w ogóle może na taką pójść? – wtrącam.

- Mnie wysłał na nią przełożony, bo miałem już silne myśli samobójcze, a w diecezji akurat nie mieliśmy terapeuty, ponieważ zaginął w górach. Myślę, że biskupi mogą mieć opór, żeby posyłać księży do świeckich psychologów. Bo wiadomo, że większość z nich kładzie nacisk na to, że potrzeby seksualne i emocjonalne człowieka powinny zostać zaspokojone, by czuł się pełnowartościowy. Więc jeśli ksiądz to sobie uświadamia na terapii, to rośnie ryzyko, że odejdzie z kapłaństwa. Z perspektywy biskupa pewnie więc lepiej by było, żeby kapłan poszedł do kościelnego psychologa, ale do takich bardzo trudno się dostać, bo są przeładowani. Nie ma co kryć, wielu księży, zakonników, zakonnic ma problemy psychiczne i czasem kończy się to nawet samobójstwami – mówi.

Po tym, co uświadomił sobie w trakcie terapii, poszedł do swojego biskupa i powiedział, że chce odejść z kapłaństwa. Usłyszał, że powinien dać sobie jeszcze czas na przemyślenie decyzji. Adamiec był jednak zdeterminowany, dlatego wkrótce – jak mówi – został "zniknięty".

- Wyprowadziłem się z plebanii i z dnia na dzień przepadła o mnie wieść. To strategia Kościoła. Gdy tylko wokół księdza wybuchają jakieś kontrowersje, np. odchodzi z kapłaństwa, ma problem z piciem albo skandalem seksualnym, wycisza się jego sprawę i ucina wszelkie więzi, jakie łączyły go z parafianami. Nie mamy szansy wytłumaczyć się przed nimi ani nawet pożegnać. Dla mnie to było bolesne, bo – jak się później okazało – wierni zastanawiali się, czy zniknąłem, bo jestem alkoholikiem. A może zrobiłem coś złego? - relacjonuje.

Po odejściu z kapłaństwa z początku czuł wstyd i przyrównywał się do Judasza. Gnębiła go myśl, że poniósł porażkę, bo droga, którą wybrał, wpadła w ślepy zaułek. Później jednak postawił na „ucieczkę do przodu". - Zacząłem rozsyłać CV do firm. W rubryce "doświadczenie zawodowe" wpisywałem: "nauczyciel religii i pracownik socjalny". Ale podczas rozmów kwalifikacyjnych przyznawałem się, że byłem księdzem. Pytano mnie, dlaczego chcę zmienić pracę. Odpowiadałem, że chcę się ożenić, i temat się kończył. Dziś pracuję w korpo jako analityk danych i przygotowuję się do ślubu z moją partnerką - mówi.

- Kościelnego? - pytam.

- Na razie cywilny, ale chciałbym starać się też o kościelny, bo wróciłem do wiary w Boga. Póki co jednak formalnie nadal jestem księdzem, choć zawieszonym. Słyszałem od kolegów, którzy byli księżmi i wzięli kościelny ślub, że łatwiej go dostać, gdy ma się dzieci. Może więc wszystko jeszcze przed nami – kończy mój rozmówca.

DOSTĘP PREMIUM