"W NFZ uważają, że problemów by nie było, gdyby rodzina chodziła do kościoła". Psychiatria dziecięca zmierza w przepaść

Wiele środowiskowych centrów wsparcia dla dzieci i młodzieży, które leczą się psychiatrycznie, jest na granicy zamknięcia. - Osoby w NFZ z powodów ideologicznych uważają, że nie byłoby tych problemów, gdyby polska rodzina składała się z kobiety i mężczyzny chodzących do kościoła. I to nie tak raz w tygodniu, tylko częściej - mówił w TOK FM Rafał Szymański, autor wykładu "Depresja to porywacz naszych dzieci".
Zobacz wideo

O dramatycznej sytuacji dziecięcej psychiatrii w Polsce eksperci informują od lat. Brakuje łóżek dla pacjentów, którzy np. muszą leżeć na materacach rozłożonych na szpitalnych korytarzach. Zdarza się, że zamykane są oddziały psychiatrii dziecięcej. Tak ostatnio stało się w Konstancinie, o czym informował dziennikarz TOK FM Michał Janczura. Za mało jest też psychiatrów dziecięcych, a pomocy potrzebuje coraz więcej dzieci i młodzieży. Od początku stycznia do końca listopada 2021 roku aż 1339 nastolatków próbowało popełnić samobójstwo. Jak poinformowała Komenda Główna Policji, to prawie 500 prób więcej niż przez cały 2020 rok. Prób samobójczych wśród dzieci w wieku 7-12 lat było 51.

Rafał Szymański, autor wykładu "Depresja to porywacz naszych dzieci" i ojciec dziecka leczącego się psychiatrycznie, mówił w TOK FM, gdzie rodzic może szukać pomocy dla swojej pociechy. - W wersji oficjalnej powinien zgłosić się do jednego ze środowiskowych centrów wsparcia. To bardzo dobre rozwiązanie. Problem polega na tym, że z kilkuset takich ośrodków, które udało się już uruchomić, większość jest na Mazowszu. To stawia pod znakiem zapytania "środowiskowość" tych ośrodków, jeśli rodzic ma z dzieckiem jechać z odległych regionów Polski - ocenił w rozmowie z Michałem Janczurą.

Jak dodał, rozmawiał niedawno z kilkudziesięcioma osobami prowadzącymi takie ośrodki i usłyszał, że spora część z nich jest na granicy zamknięcia. - Jak mi mówili, są dwa powody. Pierwszy: osoby w Narodowym Funduszu Zdrowia z powodów ideologicznych uważają, że nie byłoby tych problemów, gdyby polska rodzina składała się z kobiety i mężczyzny chodzących do kościoła. I to nie tak raz w tygodniu, tylko częściej - relacjonował gość TOK FM.

A drugi powód, to – jak mówił Rafał Szymański – biurokracja i niedostateczne wsparcie finansowe ze strony państwa. Bo wspomniane ośrodki powinny wyrabiać "nadwykonania", inaczej mają problemy z utrzymaniem.

- Mają zakontraktowane 385 godzin w miesiącu. To nie jest dużo, ale jednocześnie więcej, niż są w stanie wypracować lekarze. Bo NFZ uważa, że taki lekarz powinien przyjmować pacjentów przez osiem godzin dziennie, a to nie jest możliwe, bo on potrzebuje superwizji i odpoczynku. Choć NFZ poprawił wyceny - na 114 zł za godzinę, to ośrodek musi nadal zmagać się ze ściąganiem z rynku specjalistów za tę kwotę. Ośrodki zatrudniają więc za własne pieniądze większą liczbę specjalistów po to, by wyrobić limit 385 wizyt. To by się spinało, gdyby NFZ płacił za "nadwykonania", ale tak nie jest – podkreślił ojciec dziecka leczącego się psychiatrycznie.

"Rząd stawia na propagandę"

W ocenie Szymańskiego ten system opieki nad dziećmi i młodzieżą zmierza w przepaść po równi pochyłej. - Same założenia reformy, która tak ustawiła ten system, były dobre. Takim jest przede wszystkim wychodzenie z pacjentami ze szpitali i przechodzenie do środowiskowych centrum wsparcia. Wiem coś o tym, bo moje dziecko ostatnie sześć lat spędziło w różnych szpitalach. One powinny być pomocne w ostatecznej sytuacji, ale często są jedyną formą pomocy, bo nie działa wsparcie, na tym pierwszym – środowiskowym – poziomie – tłumaczył rozmówca Michała Janczury.

Zwrócił również uwagę, że rząd stawia na propagandowe hasła typu: "Psycholog w każdej szkole", ale jednocześnie wycofuje się ze współfinansowania realizacji tego programu. - Psychologów więc nie ma w szkołach, gdyż gmin na to nie stać, bo są dożynane finansowo przez rząd. W dodatku gminy mają znaleźć psychologa za 2580 zł miesięcznie, co graniczy z cudem. Bo kto chce za tyle pracować? - pytał retorycznie na koniec rozmowy gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM