Jeden psychiatra na 15 000 dzieci. "Najmłodsi z depresją czekają do ośmiu miesięcy na terapię"

Od początku pandemii drastycznie wrasta liczba dzieci chorych na depresję. Na udzielenie im pomocy trzeba czekać nawet trzy lata. - Mamy 450 psychiatrów dziecięcych. To znaczy, że jeden psychiatra przypada na 15 tysięcy dzieci. Rodzice trafiają do kolejki, a dzieci z depresją nie mogą czekać tak długo - alarmowała w TOK FM Anna Morawska-Borowiec, prezeska fundacji "Twarze Depresji".
Zobacz wideo

Fundacja "Twarze Depresji" sprawdziła, ile trzeba czekać na wizytę u specjalisty w poradniach zdrowia psychicznego. Z zebranych danych wynika, że np. w Gdańsku najbliższy termin to 2025 r. W Bydgoszczy nie ma miejsc do końca przyszłego roku. W Rzeszowie z kolei na wizytę trzeba czekać dwa lata. Tymczasem, jak wynika z danych Komendy Głównej Policji, tylko do lipca 2022 roku próby samobójcze podjęło blisko tyle najmłodszych Polek i Polaków, co w całym zeszłym roku.

Jak zauważyła w TOK FM Anna Morawska-Borowiec, ze znaczącym wzrostem zachorowań na depresję wśród dzieci i młodzieży mamy do czynienia od początku pandemii. - Wojna w Ukrainie dokłada kolejne stresy i lęki. Nasilają się problemy w domu, te związane z przemocą, z uzależnieniami - mówiła prezeska fundacji "Twarze Depresji" w "Pierwszym Śniadaniu w TOK-u". 

Przytoczyła przy tym statystyki Narodowego Funduszu Zdrowia za ubiegły rok. Wynika z nich, że z depresją zmaga się ok. 25 tys. dzieci. - To kropla tego, z czym się mierzymy - dodała w rozmowie z Piotrem Maślakiem.

Zastrzegła jednocześnie, że ogromna część dzieci w ogóle nie leczy depresji. Problem ten, jak mówiła,  dotyczy szczególnie małych miejscowości, w których rodzice częściej się wstydzą, że dziecko choruje na depresję. 

"Uczenie się pod klucz"

W ocenie Anny Morawskiej-Borowiec, największy wpływ na ciężką sytuację dzieci i młodzieży ma stan psychiatrii dziecięcej w Polsce. - W Polsce mamy 450 psychiatrów dziecięcych. To znaczy, że jeden psychiatra przypada na 15 tysięcy dzieci. Rodzice trafiają do kolejki, a dzieci z depresją nie mogą czekać tak długo. Nie mogą czekać siedmiu czy ośmiu miesięcy na terapię, a tak to wygląda w bardzo wielu miastach. Nie mówiąc o tym, że w małych miejscowościach w ogóle nie ma dostępu do pomocy, a rodzice nie pojadą 60 km z jednym z pięciorga dzieci - tłumaczyła.

Inna rzecz, jak dodała prezeska fundacji "Twarze depresji", że w powstawaniu i rozwoju depresji u najmłodszych duże znaczenie odgrywa także środowisko szkolne. - Dokłada ono bardzo istotną cegiełkę do plecaka problemów, z którym idą przez życie młodzi ludzie - podkreśliła gościni TOK FM.

Jej zdaniem, wpływ szkoły to nierzadko m.in. trudne relacje rówieśnicze, hejt, dokuczanie, bicie, nadmiar obowiązków i np. presja. - Często eksponujemy, jak wielkie znaczenie presja ma dla rozwoju depresji. Istnieje presja na dzieci, na ich wyniki, na to, że mają być coraz lepsze, coraz więcej się uczyć, realizować coraz więcej zadań. Do tego możemy dołożyć także system uczenia się pod klucz, tłumiący indywidualność dzieci - wyliczyła rozmówczyni Piotra Maślaka.

Program "Twarze Depresji dla Szkół"

Odpowiedzią na rosnącą liczbę przypadków depresji wśród dzieci i młodzieży jest m.in. program "Twarze Depresji dla Szkół". Zostało nim objętych 500 nauczycieli, którzy mają pod swoją opieką dziesiątki tysięcy dzieci, w tym 3,5 tys. dzieci uchodźców z Ukrainy.

Jak wskazała prezeska fundacji "Twarze Depresji", jak większość ich programów i ten realizowany jest  dzięki prywatnej firmie. - Przygotowaliśmy dziesięć lekcji wychowawczych dla nauczycieli, którzy od września mają jedną taką lekcję miesięcznie. Ma ona pomóc dzieciom doświadczającym depresji, zaburzeń lekowych i stresu pourazowego, także w kontekście traumy wojennej. Mam nadzieję, że docelowo ten program uda nam się rozszerzyć na cały kraj - podsumowała Anna Morawska-Borowiec. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM