,
Obserwuj
Gospodarka

Koniec z zakupowym szaleństwem. Dobrze naoliwiona maszyna konsumpcji się zacięła

Wojciech Kowalik
4 min. czytania
29.05.2026 13:32

Polski konsument złapał się w kwietniu za kieszeń. Sprzedaż detaliczna, pokazująca naszą skłonność do sklepowych zakupów wprawdzie rosła, ale minimalnie - w rocznej skali 1,3 procent, podczas gdy ekonomiści spodziewali się wzrostu dwuipółkrotnie większego. I chociaż za ten wynik po części odpowiadają efekty statystyczne, w tym - termin świąt wielkanocnych, to są kategorie, które wyraźnie pokazują, że z częścią większych wydatków zaczęliśmy się wstrzymywać, a nasza konsumpcja wcisnęła hamulec. Dlaczego? I jakie są dalsze perspektywy dla naszych zakupów?

Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne
fot. Karol Makurat/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak bardzo z wiosną ostrożniej zaczęliśmy otwierać portfele w sklepach?
  • Czego kupujemy więcej, a czego mniej?
  • I dlaczego pralki, telewizory i meble wypadły z naszych zakupowych zamiarów?

Na tych liczbach swój ślad odcisnął tegoroczny termin świąt wielkanocnych - przypadły na samym początku kwietnia, co oznacza, że większość zakupów zrobiliśmy w marcu i marcowe dane to potwierdzały. Dlatego w kwietniu mamy wyraźne tąpnięcie w sprzedaży żywności: widać tu spadek o prawie 6 procent w skali roku.

Żywność, to raz, dwa - to paliwa. I tu okazuje się, że w kwietniu, mimo drogich paliw, wciąż tankowaliśmy samochody pod korek: sprzedaż na stacjach benzynowych była o jedną czwartą wyższa niż rok temu. Ekonomiści mówią wprost - to dziwne, ale próbują szukać wyjaśnień. Być może mieliśmy do czynienia z dużą turystyką paliwową po tym, jak rząd wprowadził swój pakiet paliwowy, być może za ten skok odpowiadały zakupy firm.

Po trzecie - odzież i obuwie - i tu sprzedaż tąpnęła o blisko 10 procent. To może być pierwszy wyraźny sygnał tego, że ostrożniej wyciągaliśmy z portfeli karty płatnicze i rezygnowaliśmy z części wydatków, które nie są niezbędne.

Wolimy poczekać

I teraz wchodzi najjaskrawszy przykład pokazujący, że w kwietniu zacisnęliśmy pasa. To sprzedaż tak zwanych dóbr trwałych, czyli po prostu - mebli, telewizorów, pralek i lodówek. Tu dzieją się ciekawe rzeczy.

Najpierw rzut oka w przeszłość. W nowe sprzęty na potęgę zaopatrywaliśmy się w pandemii. Później, kiedy przyszła wysoka inflacja, sprzedaż w tej kategorii przeżyła zapaść - bo mieliśmy ważniejsze wydatki: na szybko drożejącą żywność, na jeszcze szybciej rosnące rachunki za mieszkanie i raty kredytów. Sprzęty z pandemii świetnie nam jeszcze służyły, a że zatrzymała się sprzedaż mieszkań, nie było czego urządzać, aż do drugiej połowy ubiegłego roku, kiedy dobra trwałe wróciły do łask. Bo kilkuletnia lodówka kupiona w pandemii się zepsuła albo zamarzył nam się nowy telewizor. Wielu z nas w pracy dostało podwyżki, odbudowaliśmy swoją poduszkę finansową i można było pozwolić sobie na wydatek ekstra.

Szło nam tak dobrze, że sprzedaż w tej kategorii w grudniu rosła w pewnym momencie w 20-procentowym tempie. Aż przyszedł kwiecień i zaliczyliśmy zjazd z wieloletnich maksimów niemal do stagnacji. Ekonomiści mówią, że to pokazuje, że jako konsumenci nie mamy w tej chwili ochoty na podejmowanie takich decyzji: jeżeli nie musimy czegoś kupować, to raczej się z tym wstrzymujemy. I tu dochodzimy do wyjaśnienia co się stało, że ta dotychczas dobrze naoliwiona maszyna konsumpcji - zacięła się.

Powody do obaw

Pierwszy: wojna w Zatoce Perskiej, która przypomniała konsumentom o tym, że funkcjonujemy w niestabilnym i niepewnym świecie i wydaje się, że to też mogło wpłynąć na mniejszą skłonność do podejmowania dużych zakupów. Kryzys energetyczny oznacza drogie paliwa, a kiedy musimy wydać więcej na paliwo - oszczędzimy gdzie indziej. Ale drogie paliwa już zaczęły rozlewać się na inne ceny w gospodarce i to uruchamia cały inflacyjny mechanizm: inflacja zaczyna znów rosnąć, a pamiętamy jakie szkody wyrządziła w naszych portfelach dwa, trzy lata temu, więc wolimy mocniej złapać się za kieszeń. Rosnąca inflacja budzi obawy o podwyżki stóp procentowych, a więc i wyższe raty kredytów - i na to też wolimy zawczasu przyoszczędzić. To pierwszy powód.

A drugi: ekonomiści PKO Banku Polskiego piszą, że sprzedaż detaliczna złapała lekką zadyszkę w ślad za spowalniającymi realnymi dochodami. Bo pensje wprawdzie wciąż rosną, ale najwolniej od pięciu lat, a coraz więcej tych podwyżek zjada znów rosnąca inflacja. I dalej będzie zjadać - ekonomiści prognozują, że w drugiej połowie roku realne podwyżki, czyli te pokazujące siłę nabywczą naszych pieniędzy, spowolnią do okolic 1 procenta. Bo ani pracodawcy nie są już tak chętni dawać podwyżek, ani pracownicy w rozmowach finansowych nie mają mocnych argumentów w rękach. Ale nie tylko o pensje tu chodzi - mieliśmy w tym roku najmniejszą od lat waloryzację emerytur, co też wpisuje się w trend spowalniających realnych dochodów.

I ta spowalniająca konsumpcja zapala ekonomistom lampkę ostrzegawczą: że ten główny do tej pory silnik gospodarki zaczął zwalniać. I będzie zwalniać dalej: ekonomiści szacują, że pewnie do okolic 3 procent w tym roku z 4 procent w ubiegłym. A to sporo, bo jedną czwartą mniej. I to nie jest tak, że konsument znalazł się nagle w kryzysie. Jest po prostu ostrożniejszy i wiele wskazuje na to, że na razie tak mu zostanie. Ekonomiści Pekao SA piszą, że konsumpcja prywatna będzie epicentrum oddziaływania szoku naftowego na polską gospodarkę. Czyli - to co dzieje się na drugim końcu świata najmocniej odczujemy my, konsumenci na zakupach.

źródło: TOK FM