,
Obserwuj
Polska

Drapieżcy, rejtanady i podział łupów. "Lumpeks o otwarciu to nie miejsce dla gentlemanów"

MSZ-M
5 min. czytania
19.07.2025 18:03
Dzień dostawy towaru do lumpeksu wiele mówi o współczesnych Polakach - stwierdził prof. Marcin Kaleciński z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego. Naukowiec opowiedział o swoich najciekawszych odkryciach w lumpach i o tym, dlaczego dziś nie ma już tam czego szukać.
|
|
fot. Marta Pawłowska / Agencja Wyborcza.pl
  • Prof. Marcin Kaleciński prowadził w lumpeksach "obserwacje natury socjologicznej, psychologicznej";
  • Historyk sztuki opowiedział o handlarzach, którzy przychodzą na otwarcie lumpeksów: grupach mężczyzn i kobiet, którzy mają różne taktyki zdobywania łupów;
  • "Przybycie na godzinę otwarcia to nie jest miejsce dla lady i gentlemanów, ale chcąc znaleźć coś ciekawego w lumpach, trzeba to przeżyć" - skomentował prof. Kaleciński;
  • "Słyszeliśmy, że jesteśmy niespełna rozumu" - powiedział gość Cezarego Łasiczki tłumacząc, że kupował rzeczy w lumpeksie dla przyjemności, a nie by je odsprzedawać.

Prof. Marcin Kaleciński z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego, buszując w lumpeksach, czyli sklepach z odzieżą z drugiej ręki, sięga po perspektywę artystyczną. Jak przyznał, termin "lump" jest mu bliski.

- Po pierwsze: można się nim trochę sponiewierać, po drugie: kojarzy mi się jako rozwój przedwojennego związku frazeologicznego "iść na lumpkę" - wskazał historyk sztuki w TOK FM. I dodał, że "w naszych dziejach dwudziestowiecznych lumpenproletariat odgrywa fundamentalną rolę".

Dzień dostawy. Handlarze, babki, damy i egzaltowana młodzież

W opinii rozmówcy Cezarego Łasiczki lumpy jeszcze kilka lat temu były "miejscem przedziwnym". - Tu obserwacje natury socjologicznej, psychologicznej dają wiele do myślenia o współczesnych Polakach - skomentował prof. Kaleciński. Jak wskazał gość TOK FM, kluczowym momentem jest dzień dostawy towaru do lumpeksu. Historyk sztuki opowiedział, co się dzieje, gdy "otwierają się podwoje klienteli", głównie czekającym przed drzwiami handlarzom.

Posłuchaj:

- Zaczyna się walka o ogień. Najpierw wbiegają handlarze, mężczyźni, zwykle w niewielkich grupach, bandach. Mają swojego przedstawiciela, który jest najniżej w hierarchii i dla nich czeka przy drzwiach na otwarcie. Co dziwne, oni zawsze wiedzą, gdzie znajdują się łupy - stwierdził prof. Kaleciński.

Jak opisywał to gość TOK FM, mężczyźni nie wyszukują, a "ściągają z wieszaków całe sterty na podłogę, tworzą stos, a potem zaczynają dyskusje i podział łupów". - To się odbywa równolegle z działaniami drugiej tyraliery, czyli grupy kobiet zwykle organizowanych w triady: matka, córka i babka, często przymuszana, ledwo żywa. Ale chodzi o to, żeby uderzyć masą - wyjaśnił rozmówca Cezarego Łasiczki. - Jak wbiegały np. do stołu z torbami, to robiły "rejtanady", ile mogły objąć ciałem, niekiedy łapiąc w zęby. Potem, ładując do koszyków, udawały się w ustronne miejsce, niczym taka zwierzyna, która chce za chwilę ten łup drapieżcy rozdzielić - mówił prof. Kaleciński i zaznaczył, że to obserwacje sprzed kilku lat, teraz wygląda to zapewne "trochę inaczej".

- Przybycie na godzinę otwarcia to nie jest miejsce dla "lady i gentlemanów", ale chcąc znaleźć coś ciekawego w lumpach, trzeba to przeżyć - skomentował historyk sztuki. Wskazał, że dostawa zazwyczaj wypada w ten sam dzień tygodnia, np. w środę, a w dużych sklepach sieciowych towar jest wieczorem całkowicie wymieniany. - Po godzinie nie ma już nic atrakcyjnego - zaznaczył profesor i ocenił, że "opowieści nawiedzonych pań na niezliczonych kanałach na YouTubie o perełkach, które upolowały, to żenada" w porównaniu z tym, co było w pierwszych godzinach po otwarciu lumpeksu.

Co dzieje się w lumpeksach, kiedy handlarze już przebiorą towar? - Po godz. 10 zaczynają się pojawiać damy. Wiadomo, dama musi się wyspać i przychodzi, kiedy chce - stwierdził prof. Kaleciński. I dodał, że to "doborowe towarzystwo". Później do lumpów zaglądają młodzi ludzie, licealiści, "egzaltowani chłopcy" - jak stwierdził gość Cezarego Łasiczki.

Skarby dla handlarzy i historyka sztuki. Co się kupuje w lumpeksie?

- Skarb w rozumieniu handlarzy to głównie kurtki sportowe, bluzy od dresów, tiszerty i buty sportowe. Streetwear, który dzisiaj jest już codziennym mundurkiem "pomazańców bożych" - skomentował prof. Kaleciński. Prowadzący audycję "OFF Czarek" Cezary Łasiczka przyznał, że w lumpeksach nie bywa, a spodnie i buty kupuje "raz na 20 lat".

Prof. Marcin Kaleciński opowiedział o tym, jak kupował wraz z żoną rzeczy z lumpeksu - "dla przyjemności". - Na informację, że my tego nie odsprzedajemy, słyszeliśmy, że jesteśmy niespełna rozumu. Mało tego, kiedy panie handlujące zaglądały do naszego koszyka, gdzie były rzeczy kolorowe, stwierdzały, że jesteśmy idiotami. Poinformowały nas, że kupuje się wyłącznie rzeczy białe, kremowe, beżowe bądź czarne. Innych w Polsce się po prostu nie nosi - wspomniał gość "OFF Czarka". Według historyka sztuki czerń i biel to "elegancja w rozumieniu chłopskim", ale trzeba być ostrożnym z czernią, bo jest ona zarezerwowana dla pogrzebów.

Slang bywalców lumpów

W lumpeksach panuje rodzaj slangu, według historyka sztuki, "wyjątkowo koszmarny". - Coś komuś "nie fituje" - czyli nie pasuje, ktoś ma do czynienia z "fejkami" - czyli podróbkami, ktoś woli "legitne" albo "te-emki" - to rzeczy autentyczne - wyjaśnił gość "OFF Czarka".

Na co powinien zwracać uwagę klient w lumpeksie? Doświadczeni bywalcy sprawdzają metki w specjalnych aplikacjach, ale "normalny człowiek" powinien sprawdzić metkę górną, jak i dolną - ze składem.

Co można znaleźć w lumpeksie? "Rzeczy po brudasach"

Prof. Kaleciński przyznał, że ostatnio do lumpeksów chodzi bardzo rzadko, bo "nie ma już po co tam chodzić". - Towar pochodzi z kontenerów na śmieci, z likwidacji domów, są to rzeczy osobiste osób, które zmarły w domach opieki społecznej. Łatwo je rozpoznać, bo mają takie przykre naklejki z nazwiskami - wyjaśnił gość TOK FM. - Zwykle są to rzeczy z Niemiec, one są bardzo schludne. Często Niemcy, zanim te rzeczy wyrzucą, oddają do pralni - zaznaczył ekspert. Według prof. Kalecińskiego rzeczy dobrej jakości, często włoskiej roboty, pochodzą także ze Szwajcarii oraz ze Szwecji - "krainy mody, gdzie ceni się i dobry design, i dobre materiały".

- Angielskie lumpeksy znam z najgorszej strony. To są rzeczy tandetne, sieciowe, po brudasach - przestrzegł rozmówca Cezarego Łasiczki.

Prof. Kaleciński wspominał, jak przed kilkoma laty jeszcze można było znaleźć bez problemu prawdziwe perełki. Handlarze nie interesowali się wówczas działem marynarek i płaszczy. Gość TOK FM upolował np. wełniane żakiety Chanel i Niny Ricci, a także torebkę Chanel czy teczkę Yves Saint Laurent z 1968 roku. - Mam kolekcję 30 męskich toreb, w tym wczesne saszetki Diora, z innym logo. Te wczesne rzeczy są na ogół ze skóry pytona, krokodyla, mam też piękną torbę ze skóry strusia. Tam też znalazłem moją ukochaną markę Campomaggi. To jest taka manufaktura florencka, która laikowi nic nie powie - stwierdził historyk.

Kolekcja muzealna prosto z lumpeksu

Kupowane w lumpeksach przez prof. Kalecińskiego ubrania, torby i buty tworzą kolekcję niemal muzealną. - Jestem strasznie z tych rzeczy dumny, bo to jest historia mody - przyznał gość Cezarego Łasiczki. - Największa przyjemność to jest wejść w posiadanie i potem to rozdać. To jest jedyny luksus, na który mnie stać - stwierdził historyk sztuki.

Zaznaczył, że odpowiednio zabezpiecza zdobyte przedmioty, które czekają na "dobre czasy". - To jest haute couture, pozostaje w nich ślad geniuszu ich projektantów. Jeżeli trafiły w moje ręce, w miarę cywilizowanego człowieka, to nie trafiły do chama i nie są przedmiotem handlu z przebitką - oświadczył prof. Kaleciński, nie zgadzając się z Cezarym Łasiczką, że jest to klasizm. Wskazał na fakt, że jako historyk sztuki zachowuje owe przedmioty i nie pozwala im "zaginąć".