,
Obserwuj
Świat

Putin daje sobie 3 lata? Ekspert wyjmuje tabelki i sprawdza alarmujące doniesienia

9 min. czytania
27.01.2025 12:00

Alarmują, że Rosja szybko się zbroi i za 3 lata będzie poważnym zagrożeniem dla NATO, a Putin "ma wolę użycia brutalnej siły militarnej". Sprawdzamy, co kryje się za tą wojenną prognozą.

|
|
fot. Rex Features/East News
  • "Rosja już zbroi się ponad swoje potrzeby do walki z Ukrainą" - alarmuje "Die Welt" i dodaje, że Kreml do 2028 roku będzie stanowić "poważne zagrożenie militarne" dla NATO;
  • Sprawdzamy, czy Rosja w najbliższych latach będzie gotowa do wojny z Sojuszem Północnoatlantyckim.

- Czy często mnie pytają: "Będzie wojna"? Niestety, tak. Od znajomych słyszę też, że ludzie z ich otoczenia wyprzedają mieszkania w Warszawie i Wrocławiu, bo chcą wyprowadzić się na południe Hiszpanii. Wszystko dlatego, że boją się ataku wojsk Rosji. Już mnie to irytuje, ale nie dziwię się temu, bo czołowi politycy raz po raz straszą wojną - mówi Konrad Muzyka, analityk ds. wojskowości Rosji i Białorusi.

Alarmy o zagrożeniu atakiem Putina ciągle wracają też w mediach. Niedawno niemiecki "Die Welt", a za nim Onet, ostrzegał: "Rosja już zbroi się ponad swoje potrzeby do walki z Ukrainą". - Każdego miesiąca rosyjska armia ma więcej czołgów, więcej amunicji, więcej pocisków i więcej dronów. Produkcja rośnie, zapasy w magazynach też - stwierdza cytowany w artykule gen. Christian Freuding z Ministerstwa Obrony Niemiec.

Źródła gazety w niemieckich "kręgach bezpieczeństwa" oceniają, że w tym tempie zbrojeń Kreml do 2028 roku będzie stanowić "poważne zagrożenie militarne" dla NATO. - Rosyjskie połączone ataki z użyciem dronów, pocisków manewrujących i rakiet są niestety możliwe w najbliższej przyszłości - dodaje analityk wojskowy Nico Lange.

Co się dzieje w sanatoriach? NFZ zalała prawdziwa fala

Ale co to właściwie znaczy i czy ten alarm jest wiarygodny? W tekście "Die Welt" padają konkretne liczby dronów, bomb i rakiet, które - według niemieckich "kręgów bezpieczeństwa" - mają produkować Rosjanie. Ale czy to dużo? Czy tego sprzętu starcza im tylko na bieżące potrzeby wojny w Ukrainie czy odkładają go na ewentualną konflikt z NATO? Z tymi pytaniami przychodzę do Konrada Muzyki, by na końcu nie oszczędzić mu najbardziej irytującego: "Będzie wojna?".

Mój rozmówca zastrzega, że nie ma dostępu do danych wywiadowczych. Sięga jednak do swoich tabelek, które od początku wojny w Ukrainie uzupełnia danymi podawanymi przez Kijów. To liczby sztuk broni, którą armia Putina traci w kolejnych miesiącach. Zestawimy te straty z produkcją rosyjskiego sprzętu, o której informują w "Die Welt" niemieckie "kręgi bezpieczeństwa".

Rosja może szybko zmobilizować ich setki tysięcy. "Nie bagatelizujmy"

Zanim jednak przejdziemy do broni, pytam o ludzi. Według "Die Welt" rosyjska armia rekrutuje ok. 30 tys. osób miesięcznie. Putin chce, by jego wojsko liczyło 1,5 mln aktywnych żołnierzy. - Według moich szacunków chodzi bardziej o 20 niż 30 tys. rekrutów. Tak czy owak to ludzie, którzy za bonusy finansowe zaciągają się do wojska, są wysyłani do Ukrainy i tam w większości giną. Nie zostają w Rosji, by tworzyć nowe jednostki na przyszłą wojnę - tłumaczy Konrad Muzyka.

Polskie dzieci zapędziły Ukrainkę do kąta i puściły jej odgłosy wystrzałów. 'Płakała'

Powątpiewa, że Putinowi uda się stworzyć półtoramilionową armię czynnych żołnierzy. A nawet jeśli tak, to jej jakość byłaby niska. - Przed 2022 rokiem siły zbrojne Rosji były wyszkolone, uzbrojone i miały doświadczenie bojowe, np. z Syrii. Ocena ich potencjału bojowego była wysoka. A potem weszli do Ukrainy i w ciągu dwóch tygodni się rozłożyli. Teraz jakość tej armii jest o wiele gorsza. W dodatku wyraźnie widać, że Rosjanie przygotowują się nie do przyszłej wojny, tylko tej "poprzedniej", czyli w Ukrainie. A konflikt z NATO wyglądałaby zupełnie inaczej - mówi.

- Czyli można odetchnąć z ulgą i na tym zakończyć ten tekst? - dopytuję.

- Niestety, mimo tego wszystkiego rosyjski potencjał wojskowy rośnie, bo Kreml zwiększa liczbę poborowych do zasadniczej służby wojskowej. Nie chodzi o tych czynnych żołnierzy, którzy są wysyłani do Ukrainy, tylko tych, którzy odbywają roczne szkolenie i wracają do swojego życia. Z każdym rokiem jest ich więcej. W 2020 roku wciągnięto w ten sposób do wojska 254 tys. osób, a w 2024 roku już 283 tys. Zakładam, że liczba tych żołnierzy będzie rosła. To ważne, bo gdyby Rosja chciała ogłosić mobilizację na wojnę z NATO, to mogłaby bardzo szybko wciągnąć do służby setki tysięcy żołnierzy. Nie bagatelizujmy tej szybko rosnącej liczby - podkreśla mój rozmówca.

Rosja produkuje ich więcej niż wystrzeliwuje. "Tutaj mam zagwozdkę"

Czas przyjrzeć się broni dalekiego zasięgu Putina. Chodzi o pociski manewrujące i balistyczne, które mogłyby dosięgnąć celów w krajach NATO. Rosjanie mają ich produkować kilkaset rocznie. - Z pewnością wytwarzają ich więcej, niż wystrzeliwują na Ukrainę. I tutaj mam zagwozdkę, bo nie wiem, dlaczego tak jest. Wielu analityków, łącznie ze mną, przewidywało, że na przełomie lat 2024/25 Kreml użyje tych rakiet do zmasowanych ataków na infrastrukturę krytyczną w Ukrainie. Tak się jednak nie stało, przynajmniej na spodziewaną skalę - mówi Konrad Muzyka.

Ukraina na pigułkach. 'Lekarze mówią, że to nawet 90 proc. z nas'

Zastanawia się na głos: dlaczego tego nie zrobili, skoro mają odpowiednią liczbę tych pocisków? Uznali, że takie ataki nie miałyby większego sensu czy odkładają tę broń w magazynach na później, by odbudować swój potencjał militarny z myślą o kolejnej wojnie? To drugie zajęłoby im jednak lata. I to przy założeniu, że dalej będą rezygnować ze zmasowanych uderzeń na Ukrainę. Wystarczą bowiem dwa takie ataki, by zużyli całą swoją miesięczną produkcję tej broni.

- Gdyby Kreml chciał prowadzić długą i intensywną kampanię z użyciem rakiet typu Iskander, Ch-101 i Ch-55, to potrzebowałby ich tysiące, a ma setki. Więc mimo, że ich produkcja w Rosji znacząco rośnie, to dalej jest ich o wiele za mało, by długotrwale atakować Ukrainę, nie mówiąc już o krajach NATO - stwierdza mój rozmówca.

- A pociski artyleryjskie? Według niemieckich źródeł z fabryk Putina wychodzi ich 3,6 mln rocznie. W tekście "Die Welt" wygląda to groźnie - wtrącam.

- To 10 tys. sztuk amunicji dziennie - przelicza. Zanim jednak złapię się za głowę, ekspert dodaje: "Mało". - Prawie wszystko to jest zużywane w Ukrainie, bo rosyjskie wojska lądowe mają duże zapotrzebowanie na artylerię. One wręcz nią stoją. Mają ją wydziaraną na "ciele". Im częściej po nią sięgają, tym więcej mają szans na sukces w działaniach zarówno zaczepnych, jak i obronnych. Dlatego wytracili swoje zapasy. - W 2022 roku, kiedy zaczynali pełnoskalową inwazję, używali kilkukrotnie więcej amunicji artyleryjskiej niż te 10 tys., które teraz produkują - podkreśla.

- Wspomniał pan, że prawie wszystkie te pociski są zużywane w Ukrainie. Co z resztą? - dopytuję.

- Mała ich część zostaje w Rosji. Ale bardziej na potrzeby szkoleniowe niż na kolejną wojnę - ocenia ekspert.

Dla armii Putina to "broń przyszłości". Ale "konsumują" ją w bieżących atakach

Przechodzimy do dronów, bo - jak mówi Konrad Muzyka - rosyjska wojna w Ukrainie zrobiła się "dronocentryczna", a dla armii Putina to "broń przyszłości". - Takie szahidy czy ich rosyjskie odpowiedniki niby latają wolno i nisko, więc teoretycznie są łatwe do zestrzelania, ale gdy atakują w dużej liczbie, są poważnym wyzwaniem dla obrony przeciwlotniczej przeciwnika. Rakietami trudno je zwalczać, bo to byłoby zbyt kosztowne. Rakieta jest wielokrotnie droższa od drona. Dlatego myślę, że Rosjanie dalej będą stawiali na drony, żeby przełamywać obronę wroga - tłumaczy ekspert.

Szokujące sekrety zakonnic. W tle zakupy broni i służby Łukaszenki

- Według źródeł "Die Welt" produkują rocznie ok. 1,5 mln "zwykłych" dronów i co najmniej 6 tys. szahidów dalekiego zasięgu. To dużo czy mało? - pytam.

- Zajrzyjmy do tabelki… 1,5 mln "zwykłych" dronów nie wystarczy, żeby odkładać w magazynach na ewentualną wojnę z NATO. Tyle „konsumują" w bieżących atakach na Ukrainę. A teraz zobaczmy, jak to jest z szahidami... W listopadzie posłali ich 2363 do Ukrainy, a w październiku 1846. Jeśli więc rocznie produkują ich 6 tys., to nie ma mowy o robieniu zapasów na przyszłość. Nawet żeby zaspokoić bieżące potrzeby, muszą kupować je z Iranu - uspokaja analityk.

Tutaj Rosja nie ma szans z NATO. "Zjazd tych dostaw jest kosmiczny"

Przez trzy lata pełnoskalowej wojny Rosjanie stracili prawie 10 tys. czołgów. W ocenie Konrada Muzyki odbudowa tych strat zajmie Kremlowi lata, jeśli nie dekady. Bo na razie najnowszych czołgów T-90 produkują od 150 do 200 sztuk rocznie. - Trzeba pamiętać, że gdyby Moskwa chciała zaatakować NATO, musiałaby przygotować się na wieloletnią wojnę. Aby ją wytrzymać, potrzebowałaby dużych rezerw sprzętowych, także czołgów. A teraz ich nie mają, bo Ukraina zasysa ich bieżącą produkcję - zwraca uwagę.

Rosja nadal sięga do magazynów sprzętu, który pamięta jeszcze czasy ZSRR. Remontuje ten złom i przystosowuje go do warunków wojny w Ukrainie. Według brytyjskiego wywiadu te magazyny opustoszeją już jesienią tego roku, jeżeli obecne tempo strat zostanie utrzymane. - Nie wiadomo, na jak długo jeszcze starczy tych "naprawionych" czołgów. W każdym razie to stary sprzęt, za pomocą którego trudno byłoby dorównać nowoczesnej armii NATO - podkreśla.

- A co z bombami szybującymi, których Rosja ma produkować ok. 3 tys. miesięcznie? To dużo czy mało? - dociekam.

- W grudniu Moskwa zrzuciła 1394 takie bomby na Ukrainę. Ale wcześniej zużywała ich między 3 a 4 tys. miesięcznie, czyli całą bieżącą produkcję. Znowu nie wiadomo, dlaczego w połowie listopada zaczęła je "oszczędzać". Czy odkłada na przyszłość, nie wiem. Może to kwestia zimy, pogody albo rzadszego serwisowania ciągle używanych samolotów? - zastanawia się ekspert.

- I jeszcze myśliwce. Według źródeł "Die Welt" Rosja ma ich wytwarzać kilkadziesiąt rocznie - mówię.

- Gruba przesada. W zeszłym roku nowych myśliwców przekazanych do służby w rosyjskich formacjach lotniczych było kilkanaście. A w 2014 roku było ich około setki. Więc zjazd tych dostaw jest kosmiczny. Co prawda, Rosjanie odbudowują swój potencjał lotniczy, ale przygotowanie pod tym względem do konfliktu z NATO zajęłoby im dekady. Państwa Sojuszu mają tutaj ogromną przewagę. Chodzi nie tylko o liczbę samolotów, ale ich jakość. Myśliwce Rosji jeszcze długo nie będą mogły dorównać F-35 - stwierdza Konrad Muzyka.

Tutaj policji 'w zasadzie już nie ma'. 'To jest nie do uniknięcia'

Będzie wojna? W tym scenariuszu kluczową rolę odegra Trump

Na koniec zostawiam to najbardziej irytujące mojego rozmówcę pytanie: "Będzie wojna z NATO?". Choć po wszystkim, co już powiedział, wydaje się ono retoryczne. - Jest bardzo mało prawdopodobne, że Rosjanie budują nową armię, która będzie przygotowana do działań zaczepnych wobec NATO i rozpętania z nim konfliktu - uspokaja, ale zaraz robi istotne zastrzeżenie.

- Natomiast bardzo ważne jest to, o jakim NATO mówimy. Jeżeli o Sojuszu, w którym są Stany Zjednoczone na dotychczasowych zasadach, to Rosja jeszcze długo nie będzie mogła przeciwstawić mu się militarnie. Ale jeśli za prezydentury Donalda Trumpa USA wystąpią z NATO albo wycofają swoje wojska z Europy, to Sojusz zostanie osłabiony, a kraje naszego kontynentu będą musiały bronić się same. Nie wiadomo, jak wtedy zachowają się Francuzi i Niemcy, czy będą chcieli bronić państw z wschodniej flanki. W czarnym scenariuszu byłby możliwy najazd rosyjskich wojsk np. na kraje bałtyckie. Ich potencjał militarny jest niewielki w porównaniu do tego, który za 3-5 lat będą mieli Rosjanie. Zwłaszcza gdy wojna w Ukrainie zakończyłaby się pomyślnie dla Putina i ten dostałby ten czas na zbrojenia. Bez dużej pomocy z Zachodu Litwa, Łotwa, Estonia byłyby poważnie zagrożone - ocenia.

- A Polska? - pytam.

- Szybko i w ogromnym stopniu wzmacniamy swój potencjał obronny. Na papierze. Kupujemy sprzęt, ale brakuje nam ludzi. Ich szkolenie stoi albo przebiega bardzo wolno. Mam na myśli głównie szkolenie rezerwy, która jest ogromnie ważna. Bo długą wojnę zaczynają żołnierze zawodowi, a kończą cywile. Mamy obronę cywilną, która jest w zasadzie rozłożona na łopatki. Próbuje się ją podnieść, ale to idzie bardzo wolno. Więc fajnie, że będziemy mieli nowoczesny sprzęt, ale bez ludzi długo on nie przetrwa. Jeśli Trump wycofałby swoje wojska z Polski i Europy, byłoby nam bardzo trudno się bronić - stwierdza.

Co grozi Polsce po wojnie? 'Temu scenariuszowi da się jeszcze zapobiec'

- W tekście "Die Welt" analityk wojskowy Nico Lange mówi, że w analizie zagrożenia ze strony Rosji nie są ważne tylko liczby jej żołnierzy i czołgów. Bo "ma wolę użycia brutalnej siły militarnej i zaakceptowania wysokich ofiar, co czyni ją niezwykle niebezpieczną". Pan się z tym zgadza? - dociekam.

- Tak, ale przy założeniu, że USA osłabiłyby NATO. Wtedy Rosja mogłaby zaatakować, nawet zanim w pełni odbudowałaby swój potencjał zbrojny. Mogłaby zacząć testować Europę, jak zareaguje na różne prowokacje i użycie siły. Natomiast jeśli Stany nie zrobią żadnej wolty, to nie przewiduję wojny Rosji z NATO - przyznaje Konrad Muzyka.

Politycy straszą wojną i pakują plecaki ewakuacyjne. "Zawody, kto pierwszy do granicy"

Mojego rozmówcę irytują też politycy, którzy straszą wojną. Niektórzy mówią nawet, że mają spakowane plecaki ewakuacyjne. - Nie powinni nakręcać atmosfery zagrożenia, bo to nieodpowiedzialne - ocenia.

Zwłaszcza, że - jak dodaje - jest przepaść między tym, co politycy mówią a czego nie robią. Tutaj ekspert przypomina o kulejącym szkoleniu rezerwy, zapaści obrony cywilnej i braku schronów w Polsce.

- Wychodzi polityk i alarmuje: "Mamy 3-5 lat na przygotowanie się do wojny". Czas mija i ludzie nie widzą większych przygotowań. Myślą: Gdy wybuchnie wojna, to tutaj będzie jeden wielki chaos i zawody "kto pierwszy do granicy". Niedziwne więc, że zastanawiają się nad sprzedażą mieszkań w Polsce i wyprowadzce. A prawda jest taka, że na tym etapie nie jesteśmy w stanie określić, czy wojna będzie, a jeżeli tak, to kiedy. Ja śpię spokojnie - podsumowuje Konrad Muzyka.

Źródło: TOK FM