Tomasz Stawiszyński: Kaczyński ponad zakazami, bez maseczki i rękawiczek to zwiastun klęski

Wizyta Jarosława Kaczyńskiego na grobie matki oraz symbolicznej mogile Lecha i Marii Kaczyńskich - w miniony piątek, w trakcie powszechnej kwarantanny, kiedy cmentarze w całym kraju są zamknięte dla odwiedzających - wydaje mi się wydarzeniem głęboko symptomatycznym. Co najmniej tak samo, a może nawet i bardziej niż wcześniejsza o godzinę beztroska, żeby nie powiedzieć: abnegacja, z jaką rządzący - na czele właśnie z Kaczyńskim - zachowywali się podczas obchodów dziesiątej rocznicy katastrofy w Smoleńsku.
Zobacz wideo

Kaczyński uzurpujący sobie, jako jedyny obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, prawo do odwiedzin na grobie matki, podczas gdy obowiązuje ogólnonarodowy zakaz; Kaczyński bez maseczki i rękawiczek otoczony świtą złożoną z najważniejszych polskich polityków bez maseczek i rękawiczek – to może być zwiastun głębokiego politycznego przełomu. To może być zwiastun nadchodzącej klęski.

A zarazem kolejny dowód, że polska polityka jest sferą, w której obowiązuje archaiczna logika mitu, a nie nowoczesna racjonalność.

***

A w każdym razie, że polscy politycy zachowują się niczym bohaterowie mityczni – portretowani tyleż w mitologiach, ile w wielkiej literaturze, choćby u Williama Sheakspeare’a. Odporni na rzeczywistość, owładnięci fantazjami i pragnieniami, niezdolni do najdrobniejszych choćby korekt swoich działań, pewni, że postępują słusznie, bo ich zobowiązanie sięga poza sferę tego, co widzialne.

Jak to bowiem inaczej rozumieć, skoro dwa dni po zapowiedziach wprowadzenia jeszcze większych restrykcji, premier i prezes partii rządzącej wraz z ekipą współpracowników ostentacyjnie maszerują w zwartej grupie, bez żadnych środków zabezpieczających, które przed chwilą narzucili społeczeństwu? Jak to rozumieć, jeśli nie zgodnie z tą najbardziej narzucającą się interpretacją, w myśl której żywią oni w głębi duszy przekonanie, że nie podlegają tym samym prawom, co reszta śmiertelników? W myśl której wierzą, że ich uświęcone władzą ciała wykazują odporność na mikroby trapiące poddanych, albo że tego rodzaju immunologiczną tarczę zapewnia im metafizyka realizowanej misji dziejowej. Misji, którą – kieruje na to stosowana przez nich konsekwentnie metaforyka – postrzegają przede wszystkim w kategoriach walki dobra ze złem, porządku z chaosem, cywilizacji życia z cywilizacją śmierci, wreszcie Boga, który ich wspiera z Szatanem, który próbuje popsuć im szyki.

Poczucie, że się realizuje coś znacznie ponad jakąś konkretną polityczno-społeczną wizję państwa, ponad realistyczny program sprawnego zarządzania instytucjami – jest w ludzkiej historii złotym standardem, od którego odchodzić zaczęto dopiero dzięki reformom epoki oświecenia. Jest to jednak również pewna stała dyspozycja ludzkiego umysłu, który – pomimo rozlicznych odczarowań i sekularyzacji – wciąż tak czy inaczej funkcjonuje w mitycznych częstotliwościach, choćby i mu się wydawało, że jest od tego całkowicie wolny. Przekonująco pokazali to w XX wieku tacy nawiązujący do psychoanalizy albo wprost wywodzący się z tradycji psychoanalitycznej myśliciele jak choćby Carl Gustav Jung, Mircea Eliade, James Hillman czy Nicholas Goodrick-Clarke.

Nawiasem mówiąc, to właśnie kryzys – społeczny, ekonomiczny, albo epidemiologiczny – bywa pożywnym podłożem dla powrotu do mitycznych sposobów widzenia i przeżywania świata.

***

Jaka zatem fantazja stoi u podstaw irracjonalnych zachowań polityków partii rządzącej w trakcie obchodów dziesiątej rocznicy katastrofy smoleńskiej?

Cóż, pozostają nam wyłącznie robocze hipotezy i domysły.

Czy to czystej wody negacjonizm, jedno z wcieleń popularnych teorii spiskowych krążących po internecie, których autorzy przekonują, że nie ma się czego bać, bo koronawirus jest tylko pretekstem do przeobrażeń światowej gospodarki jakie zamierzyli sobie działający w ukryciu włodarze Nowego Światowego Porządku.

Czy może raczej wspomniane przekonanie o własnej niezniszczalności wynikające na przykład z jakiegoś mistycyzującego rozumienia katastrofy w Smoleńsku – wszak tego rodzaju interpretacje w kręgach polskiej prawicy były i są wcale częste?

A może odpowiedź jest prostsza, może chodzi o najzwyklejszą ignorancję, o nieświadomość zarówno ryzyka epidemiologicznego, jak i ryzyka – nazwijmy to – PR’owego? Bo przecież nakładanie na społeczeństwo rygorów, które następnie w sposób ostentacyjny samemu się lekceważy – na oczach kamer, w epoce informacji – sprawia wrażenie strategii samobójczej nie tylko w wymiarze medycznym, ale przede wszystkim w wymiarze szeroko pojętego politycznego pragmatyzmu.

***

O ile nie jest to faktycznie cynizm lub ignorancja, a raczej ów szczególny stan pochwycenia przez fantazję, który identyfikowali w swoich analizach Jung, Eliade, Hillman czy Goodrick-Clarke, o tyle jeszcze bardziej należy się mieć na baczności. Zbiorcza diagnoza postawiona przez tych myślicieli postuluje tu bowiem istnienie pewnego odwiecznego, archetypowego wzorca.

Streścić go można bardzo prosto: za ignorowanie rzeczywistości, za wynoszenie się ponad obowiązujące w niej prawa, rzeczywistość zazwyczaj wymierza srogą karę.

W im wyżej położonych metafizycznych (albo egotycznych) rejestrach szybuje świadomość mitologicznego bohatera – na przykład starszego władcy, autorytarnego, bezwzględnego, przywykłego do odbierania hołdów, często całkiem już osamotnionego, dla którego jedynym sensem życia i jedyną formą ekscytacji jest władza – tym bardziej bolesny, tym bardziej tragiczny jest upadek, do którego ślepota na fakty i niezgoda na samoograniczenie go prowadzą. Pół biedy, jeśli tragiczne konsekwencje dotykają tylko jego – w logice mitu mieści się bowiem niestety także i klęska dotykająca wszystkich podległych opętanemu wielkościowymi fantazjami monarsze.

Tego rodzaju prawidłowość czy raczej szczególną dyspozycję cechującą ludzi sprawujących władzę, opisywała – w porządku nie tyle mitologicznym czy literackim, ile empirycznym – znakomita amerykańska historyczka Barbara W. Tuchman. W książce pod wiele mówiącym tytułem „Szaleństwo władzy” powiada ona w pewnym momencie, że oczywiste działanie wbrew własnym interesom – w tym oto znaczeniu noszące znamiona szaleństwa (nie w klinicznym sensie, rzecz jasna), że radykalnie sprzeciwiające się oczywistym parametrom sytuacji – jest zjawiskiem na dobrą sprawę od zawsze wszelkiej ludzkiej władzy przynależnym. Definiuje je przy tym bardziej szczegółowo jako działanie w oparciu o pewne z góry powzięte przekonania, bez jakiegokolwiek widoku na korektę w momencie, kiedy dla każdego postronnego obserwatora jest już widoczne, że te przekonania są błędne i niebezpieczne. Tuchman śledzi tego rodzaju fenomeny w historii, poczynając od mitycznej opowieści o Koniu Trojańskim – zawleczenie go do wewnątrz miasta bez względu na liczne ostrzeżenia i znaki ostrzegawcze jest według niej klasycznym modelem specyficznego odrealnienia, o którym tu mowa – aż po wojnę w Wietnamie.

Wszędzie tam daje się wykryć dokładnie to samo, co 10 kwietnia 2020 roku przy placu Piłsudskiego: dezynwolturę i beztroskę wobec niebezpieczeństwa, brak poszanowania jakichkolwiek ograniczeń i procedur, przekonanie o własnej wszechmocy i immunitecie wobec wszelkich zagrożeń.

Prawdę mówiąc, 10 kwietnia 2010 roku wszystkie te jakości również odegrały istotną rolę, choć zakres ich oddziaływania był tak naprawdę znacznie bardziej rozległy niż się na to są w stanie zgodzić obie strony politycznego konfliktu w Polsce.

***

Dlaczego jednak wizyta na cmentarzu miałaby być bardziej symptomatyczna niż lekceważenie reguł bezpieczeństwa?

Dlatego mianowicie, że jest zdarzeniem niemożliwym do przykrycia, zracjonalizowania, wprzęgnięcia w którąś z poręcznych opowieści pozwalających ignorować rzeczywistość na rzecz ideologii.

Wszystkie inne bowiem nadużycia, wszystkie radykalne przekroczenia – dobrych obyczajów, prawa, reguł gry politycznej – dokonywane przez prezesa PiS oraz jego podwładnych, dawało się, ludzki umysł jest wszak doskonale elastyczny, wprząc w dualistyczną narrację polskiej wojny politycznej.

A zatem głosowania nocą, demontaż Trybunału Konstytucyjnego czy tak zwaną reformę sądownictwa można było przy pewnej dozie wysiłku oraz niezbędnym poziomie politycznego zaangażowania, zinterpretować – będąc zwolennikiem PiS’u – jako działanie w stanie wyższej konieczności. Wynikające już to z faktu, że dokonuje się oto pierwsza prawdziwa rewolucja – prawdziwsza niż ta w 1989 roku – już to z faktu, że „czyści” i „szlachetni” walczą z „mafiami”, „deprawatorami dzieci” i w ogóle „ludźmi złymi i występnymi”. Radykalna retoryka stosowana od początku przez opozycję, która zaraz po wygranej Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku ogłosiła „koniec demokracji” oraz „dyktaturę” – czym skutecznie zamknęła sobie drogę do stopniowalnej, racjonalnej krytyki poszczególnych działań rządzących – zdecydowanie tu nie pomogła. W efekcie lektura liberalnych i prawicowych portali czy gazet przypominała – i przypomina do dzisiaj – obcowanie ze światami alternatywnymi. Co w jednym świecie jest skandalem, w innym jest fetowane jako sukces, co w jednym jest chwalone, w innym przedstawiane bywa jako rzecz ohydna i zdrożna. Powtarzam – nie zajmuję się tutaj tym, kto ma rację, w ogóle i w poszczególnych sprawach. Chodzi wyłącznie o to, że cokolwiek się działo – podlegało takiemu właśnie procesowi rozszczepienia.

No, może z drobnymi wyjątkami.” Przykładem, po pierwsze, słynna przemowa Kaczyńskiego o „mordach zdradzieckich”. Po drugie, jego ostentacyjna absencja na sejmowej minucie ciszy dla zamordowanego w styczniu 2019 roku Pawła Adamowicza. Po trzecie, publiczne lekceważenie okazywane Andrzejowi Dudzie podczas rozmaitych państwowych uroczystości.

Wszystkie te sytuacje – a można by ich wymienić jeszcze wiele – pokazywały wyraźnie, że Jarosław Kaczyński, który słusznie może uchodzić za polityka w polskich warunkach w każdym razie wysoce skutecznego, nie potrafi w momentach napięcia opanować swoich emocjonalnych impulsów, nie potrafi wykroczyć poza własne psychologiczne ograniczenia. W momencie, kiedy napotyka opór – ludzki albo sytuacyjny – lub kiedy dzieje się coś, co, jak śmierć Adamowicza, kompletnie destabilizuje z pozoru przewidywalną rzeczywistość, ulega nagle jakimś swoim małostkowym odruchom. Znika wtedy państwo, interes publiczny, etykieta, a także zwykła dbałość o wizerunek. Górę biorą nastroje, fumy i gniewne odruchy.

***

Nic to wszystko jednak wobec tej piątkowej manifestacji. Cały kraj jest w zamknięciu. Ludzie siedzą w domach, policja wręcza mandaty za spacerowanie po parkach, nie wolno odwiedzać bliskich w szpitalach, nie wolno odwiedzać zmarłych na cmentarzach. Nie wolno nawet uczestniczyć w pogrzebach. I właśnie w takim momencie, w takiej sytuacji, jak gdyby nigdy nic, Jarosław Kaczyński wybiera się na grób matki. On jeden uzurpuje sobie takie prawo, podczas gdy inni, którzy nie mniej niż on pragnęliby uczcić pamięć swoich bliskich, nie mają takiej możliwości. Jego więź z matką staje się zatem ważniejsza od porządku prawa, od reguł demokratycznego państwa, od rygorów, którym podlegają wszyscy obywatele i obywatelki. Dla uczczenia tej więzi, dla jej podtrzymania, zawiesza się państwowe zakazy, zawiesza się funkcjonowanie państwowych instytucji.

Stawiam tezę, że niezależnie od potężnego potencjału możliwych psychoanalitycznych interpretacji, w porządku polskiego konfliktu politycznego ta okoliczność jest zdarzeniem przełomowym.

Po prostu – z tym się nie da nic zrobić, tego się nie da wytłumaczyć czy usprawiedliwić odwołując się do złej woli opozycji albo do strasznego stanu polskiego państwa, na które rządy PiS mają być panaceum.

To jest nagła inwazja tego, co realne, w świat zideologizowanej debaty publicznej.

Chwilowa awaria matrixa.

Moment, kiedy opada maska.

W Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie:

DOSTĘP PREMIUM