,
Obserwuj
Świat

Kolejna ciemna karta w relacjach Polaków i Ukraińców. "Krew ciurkiem leciała"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
21.06.2026 13:36

"Moja babcia była już staruszką, nie mogła szybko chodzić. Bandyci poganiali ją biciem. Jednego z nich rozpoznała. Był to mężczyzna z sąsiedniej polskiej wsi Dylągowa. Babcia zapytała go o swoją córkę, czyli moją mamę, czy ją może gdzieś widział, lecz on się nie odzywał. Babcia powtórzyła pytanie, mówiąc: ;No powiedz, przecież znasz mnie, nieraz poiłeś konie w mojej studni'. Po tych słowach Polak cofnął się i strzelił babci w plecy". Publikujemy fragment reportażu Pawła Smoleńskiego "Syrop z piołunu. Wygnani w akcji 'Wisła'".

Uroczystoci zalobne poswiecone rocznicy rozstrzelania Ukraincow przez jednostki polskiego podziemia we wsi Pawlokoma w marcu 1945
Uroczystoci zalobne poswiecone rocznicy rozstrzelania Ukraincow przez jednostki polskiego podziemia we wsi Pawlokoma w marcu 1945
fot. Grzegorz Bukala/REPORTER

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Pawła Smoleńskiego pt. "Syrop z piołunu. Wygnani w akcji 'Wisła'", którego trzecie wydanie ukazało się 3 czerwca 2026 r. nakładem wydawnictwa Czarne.

"A ty czyj?"

Wywózki na wschód to jedno. Terror, niespotykany tu nawet za niemieckiej okupacji - drugie.

3 marca 1945 roku o godzinie czwartej rano akowski oddział porucznika Józefa Bissa (po wojnie był dwukrotnie sądzony i osadzony w więzieniu, ale nie za operacje przeciw Ukraińcom) spacyfikował wieś Pawłokoma opodal Dynowa.

[…] spędzali ludzi do cerkwi, straszliwie bijąc po drodze. W cerkwi zostawiali kobiety w ciąży i z dziećmi do czterech lat, resztę pędzili na cmentarz, stawiali nad wykopanymi w nocy dołami, rozstrzeliwali i od razu zasypywali. Po drodze na cmentarz także niemiłosiernie bili. Jeszcze koło cerkwi owinęli drutem kolczastym gołego Sewerka od Waciaka i bili kołkami tak, że krew ciurkiem leciała […]. Przyszli do cerkwi i krzyczeli do popa błogosławiącego ludzi: "Rzuć to, bo to nam i tobie nie jest już potrzebne". Wyprowadzili go za cerkiew pod lipy, bili tam kołkami i cepami, potem wciągnęli na cmentarz i zastrzelili […]. Moich synów, którzy uciekli do babci, zabrali na cmentarz i tam zastrzelili […]. Męża odstawili pod szopę Waciaka. Tam go obszukali, a mnie, po wyprowadzeniu pozostałych ludzi na cmentarz, zagnali do cerkwi, gdzie już były kobiety z dziećmi. Jeszcze spod cerkwi widziałam, że mego męża dołączono do ostatniej grupy prowadzonej na cmentarz. Na czele tej grupy szedł Iwan Karpa, bez koszuli, z wyciętym krzyżem na piersiach, z którego leciała krew […]. Straciłam męża, matkę, pięciu synów i w ogóle dwadzieścia trzy osoby z mojej rodziny.

Tak w Nowym Jorku opowiadała na łamach nacjonalistycznej ukraińskiej publikacji Peremyszl - Zachidnyj Bastion Ukrainy Aleksandra Poticzna, była mieszkanka Pawłokomy.

Mojemu skatowanemu ojcu wycięto krzyż na piersiach. Zrobiono to w cerkwi. A potem wzięto go za nogi i zawleczono do dołu wykopanego na cmentarzu. Wrzucono go tam razem z innymi ludźmi. Niektórych z nich dobijano kołkami, innych wrzucano i zakopywano jeszcze żywych.

fot.

Czarne

To opowieść Seweryna Karpy, który po akcji "Wisła" odnalazł się na Pomorzu.

Rankiem 3 marca zbudziła nas mama i kazała się szybko ubrać. Rodzice zebrali pierzyny i zamierzali już wychodzić z domu, kiedy rozległy się strzały, posypało szkło z rozbitych okien. Na ziemię padł śmiertelnie ranny dziadek Majcher […]. Wszystkich nas zapędzili do cerkwi. W cerkwi ksiądz odprawiał nabożeństwo, było dużo ludzi. Wtedy zaczęli nas rozdzielać. Mnie z babcią i młodszym bratem odprowadzili na lewą stronę, a moich dwóch braci na prawą. Nigdy nie zapomnę tego strachu i żalu, jaki widziałam w ich oczach.

Quiz: Ważne wydarzenia polityczne mijającego tygodnia. Sprawdź się w quizie!

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 W którym warszawskim szpitalu funkcjonował "salonik VIP", przeznaczony dla pacjentów związanych z Koalicją Obywatelską?

    Bandyci byli ubrani różnie. Niektórzy byli w mundurach wojskowych, inni po cywilnemu. Były wśród nich dwie kobiet w wojskowych bluzach, uzbrojone, które chodziły po cerkwii kopały ciężko pobitych mężczyzn, leżących we krwi na podłodze. Jeden z bandytów w wojskowym mundurze wyszedł przed ludzi i powiedział: "Na mój rozkaz wszyscy dzisiaj zginiecie".

    Ludzie zaczęli płakać i modlić się, krzyczeli, że są niewinni. Na bandytach nie robiło to jednak żadnego wrażenia.

    Potem zabrali z cerkwi księdza. Była tam również jego żona w ciąży oraz dwóch synów - Andrijko i Lubko, a także mama księdza.

    Potem w cerkwi rozpoczęła się ogólna grabież. Z ludzi ściągano ubrania, chustki, buty i wszystko, co przedstawiało jakąś wartość. Wszystkie kobiety i dzieci ustawiono w dwuszeregu. Mężczyzn i starsze dzieci wyprowadzono z cerkwi. Mojej babci udało się uratować jedną dziewczynkę, Darkę Fedak, zakwalifikowaną do rozstrzelania, chowając ją pod spódnicę.

    Redakcja poleca

    Trzymano nas w cerkwi do wieczora. Było tam czterdzieści osób: kobiet z małymi dziećmi. Pod wieczór wyprowadzono nas i pędzono przez wieś w kierunku lasu. Moja babcia była już staruszką, nie mogła szybko chodzić. Bandyci poganiali ją biciem. Jednego z nich rozpoznała. Był to mężczyzna z sąsiedniej polskiej wsi Dylągowa. Babcia zapytała go o swoją córkę, czyli moją mamę, czy ją może gdzieś widział, lecz on się nie odzywał. Babcia powtórzyła pytanie, mówiąc: "No powiedz, przecież znasz mnie, nieraz poiłeś konie w mojej studni". Po tych słowach Polak cofnął się i strzelił babci w plecy. Chcieliśmy ją podnieść z młodszym bratem, gdyż babcia nadal trzymała nas za ręce, ale inne kobiety odciągnęły nas od niej. Obok babci zabito na drodze jeszcze dwie inne kobiety. Bandyci pozostawili nas w lesie i dalej już sami doszliśmy do wsi Siedliska […].

    Potem dowiedziałam się, że mój tata kopał grób na cmentarzu i kiedy przyprowadzono tam moich starszych braci: Josyfa (14 lat) i Petra (17 lat), zemdlał i upadł na ziemię. Tam też został zastrzelony wraz ze swoimi synami. Mojego dwudziestoletniego brata Włodzimierza, który nie wiedząc, co się stało, już po tej tragedii wrócił do Pawłokomy z przymusowych robót w Niemczech, Polacy złapali i utopili w studni.

    Taką relację złożyła w Toronto Natalia Kuźma, z domu Mudryk.

    Na wiosnę 1945 roku wymordowano Piskorowice. Zrobił to oddział Narodowej Organizacji Wojskowej podległy Józefowi Zadzierskiemu "Wołyniakowi". Tak zapamiętał 17 kwietnia Jan Pucyła, urodzony w Solcu Kujawskim:

    Gdy szłem do wujka, zobaczyłem w rowie wojaka. Nie powiedziałem, że wujek jest Ukraińcem. "A ty jaki?" - zapytał. - "Polak". - "Pokaż coś". Pokazałem zaświadczenie od księdza Poręby. Ukraińcy takich zaświadczeń nie mogli otrzymać. Tego wieczora u wujka strychy w stajni i w stodole były pełne ludzi. Od razu powiedziałem o obstawie w rowach dookoła szkoły. Wujek zabronił mi wracać do domu, ale po jakimś czasie wysłał zajrzeć, co się dzieje na ulicy. Ktoś krzyknął do mnie: "Jaki ty, k***a ci mać, jesteś?". Pokazałem papierek od księdza. Chyba obroniłem tym także wszystkich ukrytych na gospodarstwie wujka. Poszedłem do szkoły. Sama krew. Na strychu trupy, na dole trupy, nawet w studni. Naokoło szkoły trupy. Pod krzyżem koło cerkwi trupy. Porządek po tym morderstwie ludzie robili ze trzy dni, a może i więcej. Na polskich domach były kartki. Prawdziwych Polaków było może z dziesięć rodzin, a reszta - mieszani. Do kościoła chodziło nas dawniej trzydzieści rodzin, razem z mieszanymi […]. Później się trochę uspokoiło, ale niedługo przyszła nad ranem i trwała do obiadu druga akcja. Dużo uciekło nad San, ale ludzie z Dębna przeprawili się łódkami i wystrzelali z karabinu masę ludzi. Nikt nie liczył, ile osób zostało zabitych w szkole. Najlepiej wiedział to milicjant. Był Polakiem, ale obstawał za Ukraińcami i za prawdą. Gdy się o tym dowiedzieli Polacy zza Sanu, spał trzy lata na cmentarzu w grobowcu.

    Mikołaj Kuras:

    Ruski zrobił zebranie, żeby Ukraińcy dobrowolnie jechali na wschód. Mówili, że jak się nie zabiorą stąd dobrowolnie, to będą w koszulach uciekać. I tak się potem stało. Ludzie z różnych wsi zbierali się na placu koło cerkwi i koło szkoły. Spali po chałupach, w naszej też było pełno. Kogo nie zabili w szkole, tego zabili w krzakach nad Sanem. Zabić Ukraińca to było nic. Polski ksiądz w Tarnawcu podczas spowiedzi powiedział, że za Ukraińca nie ma grzechu […]. Niektórzy zabici nad Sanem leżą tam do teraz. Jedna kobieta z Dąbrowicy i jeszcze jedna leżą u Siewnego na polu. Wołos tam, gdzie został zabity - u Trojakowej na placu. Eliasza Koziołka matka i ciotka - u Koziołka na placu. Jednak większość władza nakazała pozbierać. Zwozili ich ludzie z Wierzawic i Dębna, którzy przyjechali do wsi zabierać majątek zabitych. Władza zarządziła tak, aby najpierw zwozili, a dopiero później jechali brać, co zechcą. Pomimo to większość ludzi zabitych nad Sanem wrzucono do wody.

    Dołóżmy historię Hanny Harasiukowej, z domu Papy, piskorowiczanki wysiedlonej na Ukrainę:

    Wystrzelali, wymordowali ludzi, małe dzieci. Żołnierzy z ochrony odesłali, dali im wóz i konia. Ludzie rękami zrywali deski z podłogi, żeby się pod nimi schować, ale i tam ich znajdowali i zabijali. Tylko dwóm dziewczętom udało się przeżyć: jedna leżała we krwi zraniona, pomiędzy trupami, druga podobnie. Bandyci myśleli, że są martwe. U Ukraińców nie można się było schować. Słyszeliśmy straszne strzały. Rano trochę ucichło. Tato powiedział, że pójdzie do domu dać krowom siana, jednak długo czekaliśmy na niego. Przyszliśmy, a tato już leżał zabity […]. Mama przytrzymała mnie za rękę i prosiła, żebym nie uciekała, bo jak nas zastrzelą tutaj, to będziemy leżeć razem koło siebie. Kat to usłyszał, zaczął mamę bardzo bić i kopać, powiedział: "Ty ukraińska mordo, nie umiesz po polsku mówić". My rozmawiałyśmy po swojemu. Kat powiedział do mojej mamy: "Chodź, k***o, do stodoły". Bardzo ją bił. Podszedł drugi i strzelił. Mój braciszek Iwaś, który miał dziesięć lat, upadł i stracił przytomność po tym, co zobaczył.

    Redakcja poleca

    Kilka dni przed Piskorowicami zdarzyła się Wiązownica, wieś w większości polska (choć była tam też greckokatolicka parafia), położona przy folwarku książąt Czartoryskich. Podobno nie było tam najgorzej, lecz kiedy w 1939 roku wieś przypadła Sowietom, zaczęły się nowe porządki. Prawowitego sołtysa zastąpiono radą, w której rządzili Ukraińcy, choć milicję organizował Polak. Niektórzy z młodych poszli do wojsk pomocniczych NKWD.

    W 1941 roku do Wiązownicy przyszli Niemcy. Przed wsią stanęła brama powitalna i odegrano ceremonię pochowania kajdan polskiej niewoli.

    Rozalia Sokół z obłędnym wzrokiem, opasana znacznej grubości łańcuchem, jakiego zwykli używać chłopi przy zwózce drzewa z lasu, stojąc obok krzyża [przynieśli go wcześniej przymuszeni polscy mieszkańcy], otrząsnęła się i "kajdany" z brzękiem opadły na ziemię. Zrzucone kajdany włożono do przygotowanej wcześniej skrzynki i zakopano pod krzyżem. Aby kajdany zostały dobrze pogrzebane, wokół krzyża usypano znacznych rozmiarów kopiec, zwany "mohyłą".

    Gdy trzy lata później we wsi znów stanęli Rosjanie, zorganizowano posterunek milicji obsadzony przez Polaków. W okolicznych Lasach Sieniawskich chodziła sotnia UPA Iwana Szpontaka "Zalizniaka". Po raz pierwszy pojawiły się ulotki nawołujące do wstępowania w szeregi ukraińskiej partyzantki. Grzebano pierwsze ofiary UPA, podejrzewane o służbę w organach bezpieczeństwa. Wnet sotnia "Zalizniaka" rozrosła się do rozmiarów kurenia, czyli batalionu. (...)

    Posłuchaj: