Były kurier o "najbardziej bolesnym doświadczeniu". "Jakby we mnie pociąg uderzył"
"Niektóre ubrania miały skomplikowany krój i jeśli w mało widocznym miejscu była dziura albo ślad szminki, a my tego nie zauważyliśmy, musieliśmy zapłacić z własnej kieszeni. Białe rzeczy były jeszcze gorsze (...). Jeszcze częściej trafiały się przypadki, że towar zwrócony nie zgadzał się z zamówionym. (...) Jeśli przy odbiorze tego nie wychwyciliśmy, trzeba było wyskakiwać z kasy". Publikujemy fragment książki autorstwa Anyana Hu pt. "Byłem kurierem w Pekinie".
Poniższy fragment pochodzi z książki Anyana Hu pt. "Byłem kurierem w Pekinie", która ukazała się 3 czerwca 2026 r. nakładem Wydawnictwa Insignis. Autorem polskiego tłumaczenia jest Jarek Zawadzki.
Dopłacanie do interesu
Każdy, kto długo jeździ w kurierce, choć raz musiał dopłacić z własnej kieszeni. Żartujemy sobie między sobą: "Więcej pracujesz, więcej dopłacasz. Mniej pracujesz, mniej dopłacasz. A jak nie pracujesz, to nie dopłacasz wcale". Był taki chłopak w naszym oddziale - najmłodszy z całej ekipy - który co chwi lę musiał dopłacać. W końcu się zwolnił i podobno zmienił branżę.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest cała masa, trudno je nawet zliczyć. Wspomnianemu chłopakowi nie brakowało motywacji do pracy, ale był jeszcze młody, a przez to nie ostrożny. Chciał zarobić więcej, więc wziął większy rejon. Poza sezonem faktycznie wyciągał więcej niż inni. Ale gdy zaczynał się okres największego ruchu w interesie, nie dawał sobie rady. A że był w gorącej wodzie kąpany, problemy za czynały się mnożyć. Miał najwięcej skarg z nas wszystkich, bo zwyczajnie się nie wyrabiał. Często nawet nie kontaktował się z odbiorcą, tylko wrzucał przesyłki wprost do paczkomatu. W Pinjunie taka praktyka to jawne proszenie się o reklamację - to w końcu firma dostarczająca zamówienia z Vipshopu, więc nie może olewać klientów. Na początku oddziałowy i asystent bronili go, wymyślając różne usprawiedliwienia, żeby mógł się odwoływać. Ale kiedy to się zaczęło zbyt często powtarzać, stopniowo tracili cierpliwość. On z kolei uważał, że zarabia za mało, i nie chciał oddać części swego rewiru, chociaż nie potrafił go ogarnąć w całości.
Skargi to jednak nie wszystko. Zdarzyło mu się też stracić akumulator. Raz zaparkował byle gdzie, żeby zaoszczędzić czas. Kiedy wrócił po dwóch minutach, jak sam twierdził, akumulatora już nie było.
Często również gubił przesyłki. Pewnego razu położył małą paczkę w reklamówce na dachu trójkołowca - zwykle dach rezerwujemy dla dużych, ciężkich paczek. On jednak, dla wygody, położył tam tę, którą miał dostarczyć w pierwszej kolejności. Wystarczyło, że odjechał kawałek, a wiatr strącił paczkę z dachu. Dowiedziałem się potem od pracownika służb komunalnych, że zabrała ją przypadkowa starsza pani. A w środku był komplet damskiej bielizny. Ważył może kilkadziesiąt gramów, ale kosztował ponad czterysta juanów.
Można więc było powiedzieć, że sam się prosił o kłopoty. Zarabiał więcej, ale po odjęciu tego, co musiał zrekompensować, jego dochody nie były wcale wyższe od naszych, a do tego był bardziej zmęczony. Parę razy musiał płacić za niezgodność towaru z zamówieniem przy odbiorze zwrotów z Vipshopu. Ale z tym każdy z nas się kiedyś mierzył.
Proces zwrotu w Vipshopie różnił się od tego w Taobao czy Tmallu - my nie tylko musieliśmy odebrać przesyłkę, ale też sprawdzić towar. Gdy klient przekazywał nam zwrot, wystarczyło kliknąć w systemie "odebrano pomyślnie" i w tej samej chwili platforma przelewała mu pieniądze. Potem przesyłka wracała do magazynu i jeśli podczas przyjęcia towaru odkryto, że zawartość się nie zgadza albo produkt nosi ślady użytkowa nia, co uniemożliwia ponowną sprzedaż, kwotę tego zamówie nia potrącano nam z wypłaty w następnym miesiącu.
Dlatego odbiór zwrotów był dla nas nie tylko ryzykowny, ale i bardzo czasochłonny. W jednym zamówieniu potrafiło być kilka, a czasem nawet kilkanaście ubrań, z których każde trzeba było obejrzeć, włożyć z powrotem do worka, spakować, nakleić list przewozowy. To zabierało znacznie więcej czasu niż doręczenie jednej paczki. Niektóre ubrania miały skomplikowany krój i jeśli w mało widocznym miejscu była dziura albo ślad szminki, a my tego nie zauważyliśmy, musieliśmy zapłacić z własnej kieszeni. Białe rzeczy były jeszcze gorsze - brudnymi od pracy rękoma trzeba było obchodzić się z nimi jak z jajkiem, gdyż każde zabrudzenie także szło na nasze konto.
Quiz: Ważne wydarzenia polityczne mijającego tygodnia. Sprawdź się w quizie!
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Jeszcze częściej trafiały się przypadki, że towar zwrócony nie zgadzał się z zamówionym. Czasem klient źle zaznaczył produkt przy składaniu wniosku o zwrot, a czasem to Vipshop wysłał zły towar, ale jeśli przy odbiorze tego nie wychwyciliśmy, trzeba było wyskakiwać z kasy.
Przez ponad rok pracy w Pinjunie ani razu nie dostałem kary za reklamację, co akurat nie było jakimś wielkim osiągnięciem - ale trzy razy musiałem zapłacić z własnej kieszeni, w tym dwukrotnie właśnie dlatego, że przy odbiorze zwrotu nie sprawdziłem dokładnie, czy towar zgadza się z zamówieniem. Pierwszy raz chodziło o jasnozielony komplet dziecięcy, który był dostępny z różnymi nadrukami, a klient dostał inny wzór, niż zamówił - czyli Vipshop wysłał zły towar. Ale przy odbio rze przesyłki nawet jej nie otworzyłem, tylko zeskanowałem kod kreskowy na woreczku, a sam kod się zgadzał.
Takie pomyłki zwykle zdarzały się, kiedy ktoś zwracając wcześniej przesyłkę, zapakował ją do niewłaściwego worka, przez co kod towaru nie zgadzał się z kodem na opakowaniu, a magazynier przy ponownej wysyłce nie otwierał worka, żeby sprawdzić, co jest w środku, tylko skanował kod. Ubranie sprzedano więc kolejnemu klientowi, a mnie przypadło w udziale dostarczyć przesyłkę. Kiedy klient zauważył, że wzór się nie zgadza, zwrócił towar.
Nie zauważyłem błędu podczas odbioru, a prawda wyszła na jaw dopiero po powrocie przesyłki do magazynu. Przypomina to dziecięcą grę w gorącego ziemniaka - na kim się zatrzyma seria błędów, ten płaci. Na szczęście ten komplet kosztował tylko dwadzieścia dziewięć juanów - za naprawę dętki płacę zwykle trzy dychy, więc machnąłem ręką.
Za drugim razem również chodziło o to, że Vipshop wysłał niewłaściwy towar. Odebrałem parę butów sportowych w stylu dad shoes marki Boerdiqi. Kod kreskowy na pudełku się zgadzał, model też wyglądał na właściwy. Buty różniły się tylko nieznacznie ozdobą na boku cholewki. Ta marka miała kilka niemal identycznych modeli, więc łatwo było się pomylić. Tego dnia chyba się spieszyłem, bo nie zauważyłem różnicy. Buty kosztowały 199 juanów. Kiedy zapłaciłem, magazyn wysłał je do mnie - czyli tak naprawdę je kupiłem. Wystawiłem je od razu na Goofish i sprzedałem za 120 juanów w ciągu kilku dni. Realnie straciłem więc tylko 79 juanów.
Trzeci przypadek okazał się najbardziej bolesnym doświadczeniem w tej pracy. Poprzednie dwie pomyłki przy odbiorze zwrotów kosztowały mnie tylko kilkadziesiąt juanów; takie małe sumy nie robiły już na mnie wrażenia. Ale za trzecim razem musiałem wyłożyć aż 1000 juanów - i ta sytuacja mocno zapadła mi w pamięć.
Tego dnia, kiedy opuściłem jeden z budynków na Yulanwanie po doręczeniu tam przesyłek, zauważyłem, że paczka z Dangdang, którą miałem na dachu trójkołowca, zniknęła. Mój motocykl stał na chodniku w rzędzie z motocyklami innych kurierów. Zawsze parkowałem w tym miejscu, to było - można by rzec - moje wydzielone miejsce parkingowe, choć tylko inni kurierzy to respektowali. Rozwoziłem przesyłki na Yulanwanie już od roku i zazwyczaj, jeśli tylko nie padało, zostawiałem kilka z nich na dachu, ale stosunkowo niewiele - kurierzy z JD czy Tmallu potrafili układać na dachach całe sterty paczek.
Nigdy wcześniej nie słyszałem, by ktoś coś ukradł z dachu. Zazwyczaj wystawialiśmy tam paczki, które nie mieściły się w środku, na przykład wielki worek karmy dla psa czy karton piwa. Kradzież takich przesyłek wymagała sporo wysiłku i przyciągała uwagę - łatwo było wpaść. Poza tym ich wartość była raczej niewielka albo istotna wyłącznie dla odbiorcy. Skradziono mi wówczas karton pełen książek i szczerze wątpię, by złodziej miał zamiar je przeczytać. Sprzedając ponad piętnaście kilogramów książek na makulaturę, dostałby może kilkanaście juanów.
Złodziej pewnie nawet nigdy nie słyszał o Dangdang, więc nie wiedział, że w kartonie znajdują się książki. Ale nieważne, czy liczył na to, że znajdzie tam olej, ryż, jabłka czy proszek do prania - wysiłek i ryzyko, jakie podjął, kompletnie mu się nie kalkulowały… o reputacji nawet nie wspomnę. Zacząłem wątpić, czy ta kradzież wynikała z chciwości, czy może złodziej chciał mi po prostu zrobić na złość - tak jak niektórzy bez powodu niszczą własność publiczną albo dręczą zwierzęta.
Poszedłem od razu popytać innych kurierów z osiedla, ochroniarzy i pracowników służb komunalnych, ale nikt nie widział, co się stało. Niektórzy wręcz wątpili, że w ogóle straciłem przesyłkę - uważali, że po prostu zostawiłem ją w oddziale; że wcale jej ze sobą nie wziąłem. Kiedy wykluczyłem wszystkie inne możliwości i upewniłem się, że paczka naprawdę została skradziona, niemal kompletnie straciłem ochotę do pracy. Czułem się zdruzgotany, jakby we mnie pociąg uderzył. Nie mogłem się pozbierać psychicznie. Nie pamiętałem, co potem robiłem tego dnia. Mam wrażenie, że stałem jak wryty, ale tak naprawdę pojechałem półprzytomny na inne osiedle, a potem jeszcze na kolejne… aż rozwiozłem wszystkie paczki. Kiedy wróciłem do bazy, asystent oddziałowego pomógł mi ustalić wartość przesyłki - wyszło tysiąc kilkadziesiąt juanów.
- Jak zaczynałem, ukradli mi akumulator - pocieszał mnie. - Zapłaciłem ponad tysiąc. Ale nie czułem się pocieszony. Za jego namową poszedłem na komisariat w Jiukeshu zgłosić sprawę. Choć nie robiłem sobie wielkich nadziei na odzyskanie paczki. (...)
Posłuchaj: