,
Obserwuj
Gospodarka

Oni też przegrywają z katastrofą klimatyczną. Jaka przyszłość czeka koncerty?

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
28.11.2023 19:24
Koncert megagwiazdy światowej muzyki przy odczuwalnej temperaturze sięgającej 60 stopni? Albo w strugach ulewnego deszczu, lejącego godzinami? Tak to teraz wygląda w Ameryce Południowej, tak to wyglądało latem na półkuli północnej. Największa w historii trasa koncertowa (znanej już z naszych opowieści Taylor Swift) musi mierzyć się z efektami katastrofy klimatycznej, jednocześnie sama się do niej dokładając. Bo przemysł tej rozrywki, to gigantyczna fabryka gazów cieplarnianych. Choć są też dobre przykłady: brytyjski zespół, który do zasilania sceny wykorzystuje... rowerowe dynamo oraz specjalne maty taneczne: skacząc po nich, publiczność sama wytwarza potrzebny prąd.
|
|
fot. https://www.instagram.com/taylorswift

To będzie artykuł o katastrofie klimatycznej. Nie taki jednak, o jakim możecie sobie teraz pomyśleć. Bo ten odcinek ma swój początek podczas największej w historii trasy koncertowej, czyli o Era's Tour. Czyli o serii wielotysięcznych imprez, które pobiły już wszelkie możliwe rekordy finansowe, dały zarobić artystom, branży turystycznej, a nawet całym gospodarkom. Jedna z nich wywołała nawet wstrząsy sejsmiczne, bo szalejąca publiczność - dosłownie - poruszyła ziemię i wskaźniki sejsmografów na pobliskim uniwersytecie. Będzie też o tym, dla kogo publiczność produkuje prąd. I kto wytoczył samolot z hangaru, żeby odbyć nim 15-minutowy lot. I choć zaczniemy ten odcinek od rozrywki, przeważnie nie będzie wesoło. Bo to opowieść o poważnych kłopotach, w które popadają kolejne branże, całe państwa i całe kontynenty.

"Nieprzewidywalna pogoda"

Najpierw była ulewa stulecia. Nad Buenos Aires przechodziły fale tak intensywnego deszczu, że kierownictwo trasy koncertowej Taylor Swift nie miało wyjścia. I przesunęło datę pierwszego z koncertów południowo-amerykańskiej części Era's Tour. Koncert przełożono z piątku na niedzielę z powodu - tu cytat z komunikatu dla publiczności - "pogody tak nieprzewidywalnej, że każda próba zorganizowanie koncertu byłaby naprawdę niebezpieczna". Linie lotnicze poszły tysiącom fanów na rękę. Tak jak w przypadku zdarzeń niemożliwych do przewidzenia - jak huragany czy śnieżyce - zrezygnowały z dodatkowych opłat za zmianę terminu lotu. Co samo w sobie było już wystarczająco niezwykłe. Ale to wcale nie był koniec nadzwyczajnych wypadków. Po ulewnych deszczach przyszła fala historycznego skwaru.

W Rio de Janeiro temperatura w tygodniu poprzedzającym koncert regularnie sięgała 35 stopni Celsjusza. W dniu występu przekroczyła 39 stopni. Ale to jeszcze nic. Bo dla zdrowego funkcjonowania najważniejsza jest temperatura odczuwalna, związana z wilgotnością powietrza. Ta temperatura nazywa jest temperaturą mokrej żarówki lub indeksem ciepła. W weekend, na który zaplanowano brazylijskie koncerty, wynosił on około 60 stopni Celsjusza! Naukowcy twierdzą, że już o 10 stopni niższa jest śmiertelnie niebezpieczna dla ludzi, nawet młodych i zdrowych. Bo przy wysokiej wilgotności organizm ludzki nie schładza się przez pocenie. Przegrzewa się tak mocno, że przestaje działać. Pomimo ostrzeżeń przed skwarem i wilgocią jeden z trzech koncertów w stolicy Brazylii odbył się zgodnie z planem. I skończył się tragedią. Służbom medycznym nie udało się uratować 23-letniej studentki psychologii, która straciła przytomność w pierwszym rzędzie widowni. I która zmarła w szpitalu z powodu zatrzymania akcji serca.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć >>

Światowa prasa pisała o braku dostępu do wody pitnej. Wielotysięcznej widowni w obezwładniającym skwarze nie dostarczono niczego do picia. Jednocześnie obowiązywał zakaz wnoszenia na stołeczny stadion olimpijski własnych napojów butelkowanych. Oficjalne raporty straży pożarnej mówią więc o tysiącach interwencji z powodu omdleń i odwodnienia. Spragnieni rozrywki Brazylijczycy nie potrafili sobie odmówić udziału w koncercie pomimo pogody, która każdą rozsądną osobę powinna zatrzymać w domu. I dlatego drugi z koncertów przełożono, by poczekać aż zrobi się nieco chłodniej. A po Rio de Janeiro na trasie Era's Tour - Sao Paulo - największe miasto Ameryki Południowej i jedno z dziesięciu największych na świecie z 22 milionami mieszkańców. I pogodą na progu lata, jakiej kontynent nigdy nie widział.

U progu katastrofy klimatycznej

Brazylia już ma na koncie historycznie gorący listopad z temperaturą ponad 42 stopni Celsjusza. Służby meteo wydały dla kraju alerty najwyższego stopnia, bo ma być średnio cieplej o 5 stopni niż zwykle o tej porze roku. Upalny listopad poprzedzały rekordowe: lipiec, sierpień, wrzesień i październik. Kraj już ma na koncie rekordowe zużycie energii. Urzędnicy, zwykle pracujący z domu, wracają do klimatyzowanych biur, by uniknąć astronomicznych rachunków za prąd. To kolejna z cyklu fal ciepła, które na półkuli południowej są coraz częstsze i coraz dłuższe. Poprzednia przeszła nad Brazylią w środku zimy, gdy na początku sierpnia termometry pokazywały ponad 30 stopni w cieniu. We wrześniu, czyli na progu wiosny było to około 40 stopni. Rolnictwu, najważniejszej gałęzi gospodarki w całej Ameryce Południowej, zagraża El Niño. To cykliczne zjawisko pogodowe, które jednym przynosi katastrofalne deszcze, a innym zabójcze upały. Zagrożone są zbiory soi, zbóż, ryżu i kukurydzy. Pustoszeją łowiska sardeli i połowy tuńczyków. Tych ostatnich u wybrzeży Ekwadoru jest o jedną trzecią mniej niż zwykle. Dla tamtejszego rybołówstwa to zapowiedź nadciągającej katastrofy. Meteorolodzy wieszczą, że efekty El Niño utrzymają się co najmniej do połowy przyszłego roku. I apelują prowadzenie polityk służących przystosowaniu gospodarek do zmian klimatycznych.

Tak jak zmienia się przemysł rozrywki pod gołym niebem. Bo niebezpieczne przygody uczestników największej w historii trasy koncertowej, wcale nie są pierwsze ani jedyne. Na amerykańskiej części trasy Era's Tour jeden z koncertów odbywał się w całości w ulewnym deszczu. Nie przestało padać ani na sekundę podczas niemal 4-godzinnej imprezy. W czerwcu wokalista Pearl Jam stracił głos po koncercie odegranym w okolicy objętej pożarami lasów. A w lipcu i sierpniu podczas amerykańskiej części trasy Eda Sheerana publiczność chroniła się w namiotach, autach, a nawet toi-toiach. Ludzie na koncertach w Pittsburghu i Las Vegas padali jak muchy z przegrzania. Odwoływano też koncerty Eltona Johna, Iggy'ego Popa i 50Centa, rozliczne festiwale oraz uliczne imprezy - wszystko z powodu pogody.

Problematyczny dwutlenek węgla

Z drugiej strony największe wydarzenia rozrywkowe to prawdziwe fabryki dwutlenku węgla. W większości z powodu konieczności przewożenia z miejsca na miejsce wielkiej ilości sprzętu, wielkich scenografii, elementów sceny oraz setek ludzi. Celebryci bez wstydu fotografują się na tle prywatnych odrzutowców, z rekordzistką Kyle Jenner, która wyciągnęła samolot z hangaru, żeby wykonać nim lot trwający... 15 minut. Tę samą drogę na kołach pokonałaby w 40 minut. Ale w tej dziedzinie niepodzielnie panuje Taylor Swift. Królowa muzyki pop swoimi lotami wygenerowała 2 tysiące razy więcej dwutlenku węgla niż statystyczny mieszkaniec ziemi. Ale w przemyśle koncertowym są też reprezentanci innego podejścia. Jak ColdPlay.

Zespół ograniczył ślad węglowy swojej tegorocznej trasy prawie o połowę. Prąd potrzebny do zasilania sceny czerpie z baterii ładowanych ze źródeł odnawialnych w tym z rowerowych dynamo. Konstrukcja sceny wykonana jest z drewna bambusowego, bambus jest jedną z najszybciej rosnących roślin na świecie i w tym sensie reprezentuje bardziej zrównoważone podejście do korzystania z materiałów. Tam, gdzie to możliwe ColdPlay używa aut na prąd, finansuje sadzenie lasów - jedno drzewo za każdy kupiony bilet na koncert. A na specjalnych matach tanecznych publiczność skacząc, wytwarza elektryczność. I choć to z pozoru szczegóły, to w nich tkwi przecież diabeł.