Spektakularna porażka firmy skazanej na sukces. Chińczycy zacierają ręce
Spektakularna porażka firmy skazanej na sukces. Chińczycy zacierają ręce
Ta historia z elementami skandynawskiego thrillera oraz europejskiej komedii pomyłek mogłaby nosić tytuł: 'Spiesz się powoli, czyli wszystko, wszędzie, naraz'. Bo jest opowieścią o firmie, która była skazana na sukces, a zaliczyła spektakularną porażkę. Wielkie pieniądze, powszechne wsparcie i kolejkę klientów obróciła w zerwane kontrakty, miliardowe straty i wielkie rozczarowanie. Ale po kolei. Northvolt został założony w 2017 roku przez dwóch byłych zarządzających amerykańskiej Tesli.
Miał być europejską odpowiedzią na chińską dominację technologiczną. Na miarę europejskich technologicznych wizji i ekologicznych ambicji. Na swoją lokalizację firma wybrała więc Skandynawię z jej czystą, zieloną energią produkowaną w elektrowniach wodnych. I potencjałem surowcowym, bo to region, w którym pod ziemią leżą jedne z największych na świecie zasobów surowcowych. W ten sposób w geograficznym konkursie piękności wygrało bliskie koła podbiegunowego szwedzkie Skelleftea. Z biznesowego punktu widzenia położone pośrodku niczego. Co początkowo miało być zaletą, ale jak się potem okazało, stało się gwoździem do biznesowej trumny. Pierwszym z całej serii.
Northvolt miał gotówki jak lodu. A i tak upada
Miejsce się znalazło, więc przyszedł czas na finanse. I tu zaskoczenie, bo Northvolt miał gotówki jak - nomen omen - lodu. W firmę zainwestowali giganci europejskiego przemysłu w tym Volkswagen, BMW, Siemens czy ABB. I najwięksi gracze finansowi jak Goldman Sachs czy JPMorgan. Nie tylko na start, bo gdy potem brakowało jej pieniędzy, chętnie sięgały do kieszeni. Inwestorów było zresztą bez liku, bo na Northvolt chciały też zarabiać fundusze inwestycyjne, a swój interes widziały w jego działalności europejskie rządy i instytucje Unii Europejskiej.
W sumie Northvolt zebrał na swój biznes imponujące 15 miliardów dolarów. Dzisiaj już wiadomo, że o wiele za dużo. Choć i tak mu w końcu pieniędzy zabrakło. I to był gwóźdź numer dwa.
Ekstremalnie trudny biznes
Biznes bateryjny to biznes ekstremalnie trudny. Wymaga doświadczonej kadry kierowniczej, profesjonalnego działu badań i rozwoju, dobrze wyszkolonej załogi, dostępu do rzadkich surowców, ultranowoczesnych maszyn i na koniec sterylnej czystości. Northvolt musiał to wszystko zbudować od zera, na raz. Najpierw więc o tak zwanym czynniku ludzkim, czyli o gwoździu numer trzy. Bo znalezienie w Europie menadżerów z odpowiednimi umiejętnościami okazało się niemożliwe. Ściągnięto ich więc z Azji, głównie Korei i Japonii. Linię technologiczną i serwis do niej kupiono w Chinach. Z maszynami przyjechali więc do Szwecji liczni Chińczycy. Problemem stało się jednak skompletowanie szeregowej załogi.
Praca na skandynawskiej prowincji okazała się mniej pożądana niż sądzono. I dlatego ludzi zatrudniano skąd się dało. Dosłownie. W ten sposób w nowej fabryce, przy nowym procesie technologicznym pracowali ludzie stu narodowości. A z komunikacją nie dawał sobie rady nawet Google Translator. Taka produkcyjna wieża Babel.
A skoro było już o ludziach teraz o technologii, czyli o gwoździu numer cztery. Bo niedoświadczeni menadżerowie nie dawali sobie rady ani z procesem, którego nie znali, ani z chińskim serwisem, z którym nie mogli się porozumieć. Skupieni byli za to na dotrzymywaniu wyśrubowanych terminów. I dlatego słabo przeszkolona załoga raz po raz ulegała wypadkom. Co przyniosło fabryce wyjątkowo złą sławę i dodatkowo skomplikowało rekrutację fachowców. W tym czasie fabryka wysyłała w świat baterie tak złej jakości, że swój kontrakt z Northvoltem zerwało niemieckie BMW. Kontrakt za... 2 miliardy dolarów!
Od przybytku bolała głowa
Skoro o miliardach mowa, to powiemy w końcu o gotówce, od przybytku której głowa bolała. Bo do zarządu Nothvolt ustawiała się kolejka chętnych z wypchanymi portfelami. Firma reklamująca się jako producent najbardziej zielonych baterii samochodowych na świecie byłą ulubienicą inwestorów. Zarządzający wyprawiali więc z pieniędzmi najdziksze harce. Zgodnie z wezwaniem 'sky is the limit' postanowili stawiać nowe fabryki zanim pierwsza w ogóle stanęła na nogi.
Elektryki. 'Kuchennymi drzwiami Chińczycy dostają dostęp do fabryki w Tychach'. Kulisy przejścia
Uroczyste wbijanie łopat po inwestycje zorganizowała w Niemczech, w Kanadzie i w Polsce. Z powodu tej radosnej działalności nieskończone wcześniej źródło finansowania, w końcu wyschło. Z zebranych przez lata 15 miliardów dolarów zostało niecałe 30 milionów. Czyli tyle, ile potrzeba na tydzień funkcjonowania. I znacznie mniej, niż potrzeba na uzdrowienie beznadziejnej sytuacji. Chętni do pożyczania gwałtownie się skończyli, niektórzy inwestorzy swoje udziały w Northvolt całkowicie spisali już na straty i nie chcą mieć ze szwedzkim giga start-upem kompletnie nic wspólnego. Tak więc europejska nadzieja na elektryczną suwerenność padła bez tchu. I na razie leży czekając na decyzję sądu, do którego złożyła wniosek o ogłoszenie bankructwa. W ten oto sposób nie udało się coś, co nie miało prawa się nie udać.
Walka o przyszłość Europy
I na koniec o tym, o co toczy się ta gra. O przyszłość. Spokojną i dostatnią. Konkretnie o przyszłość europejskiej motoryzacji, a wraz z nią wielu współpracujących branż. Bo europejska motoryzacja tonie. Na dno ciągną ją wysokie koszty produkcji, produkowane w Europie auta są nawet o połowę droższe, niż podobne wytwarzane w Azji czy Ameryce, antyczna technologia i zabójcza chińska konkurencja. Ta ostatnia postawiła na samochody elektryczne, które doprowadziła do technologicznej doskonałości. By Chiny dogonić, Europa potrzebuje technologii i niezależności. Tę ostatnią chciała zbudować pod kołem podbiegunowym wraz z fabryką własnych baterii wytwarzanych - w przyszłości - z własnych surowców. I w ten sposób dać odpór Chinom, które rozpychają się na rynku tak mocno, że europejskie koncerny motoryzacyjne są w zbiorowym odwrocie. Bankructwo najbardziej kosztownego start-upu w historii europejskiego przemysłu jest zatem systemową katastrofą. Ale uczy też oczywistej prawdy. Że zanim zacznie się biegać, trzeba nauczyć się chodzić.
Posłuchaj podcastu!