,
Obserwuj
Kultura

"Pasażerowie umierają już po drodze do grobu". Zapomniana historia ośrodka w Gostyninie [FRAGMENT KSIĄŻKI]

5 min. czytania
01.01.2024 15:58
"Gestapowcy stoją przy aucie i spokojnie obserwują wchodzących lub wnoszonych po stopniach starców i chorych. Jeden zwraca się wprost do nich: 'Tam będziecie mieli lepiej jak tutaj'. Jeśli Niemcy podnoszą głos, to tylko na sanitariuszy. Domagają się nie pośpiechu, ale ostrożności. 'To też są ludzie, i w dodatku chorzy!' - wołają do dźwigających nosze" - pisze Kalina Błażejowska w reportażu "Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych".
|
|
fot. Domena Publiczna

Rozdział 'To my jesteśmy tymi zbrodniarzami' pochodzi z książki autorstwa Kaliny Błażejowskiej pt. 'Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych', wydanej 20 września 2023 roku nakładem Wydawnictwa Czarne. Książkę możesz kupić tutaj.

W poniedziałek 9 czerwca 1941 roku na stacji w Gostyninie dwóch polskich pielęgniarzy wsiada do pociągu z grupą wybranych niedawno pacjentów 'niezdolnych do pracy'. Po dziewiętnastej docierają na śremski dworzec, przed którym stoją już wozy drabiniaste i konie. Ostatni odcinek drogi to kwadrans jazdy reprezentacyjną ulicą.

W zakładzie czeka na nich sekretarz Antoni Hołoga - powiedziano mu, że spędzą tu kilka nocy, aby odpocząć w długiej podróży na zachód. Tuż po wojnie zezna: 'Byli to ludzie obojga płci i różnego wieku. Część z nich robiła wrażenie silnie obłąkanych, natomiast większa ilość nie zdradzała objawów obłąkania. Odzież ich była na ogół zniszczona, kilku tylko było lepiej ubranych. Ludzie przyjechali przeważnie boso, bagażów nie mieli żadnych. Postacie były chwiejne, twarze wymizerowane'. Pielęgniarz Ludwik Szubert zauważy natomiast, że z Gostynina przywieziono 'wielu rozsądnych' i że 'wszyscy byli po przyjeździe podenerwowani. (…) Około dziesięciu mężczyzn przywieziono z Gostynina w kaftanach bezpieczeństwa, które na oddziale zaraz im zdjęto'.

Kobiety i mężczyźni zostają położeni na osobnych piętrach. Każdy dostaje siennik, koc i kolację: chleb przywieziony z Gostynina i kawę z kuchni zakładowej. Szubert: 'Po spożyciu posiłku wieczornego ci mężczyźni dostali z rąk przybyłego z nimi pielęgniarza Polaka zastrzyki nasenne. W ciągu nocy zachowywali się wszyscy spokojnie. Pełniąc nocną służbę przy przywiezionych chorych, słyszałem, jak któryś z nich wołał na drugiego »panie nauczycielu«, na innego znowu »panie kapitanie«'.

W śremskim przytułku śpi też inspektor Otto Fischer z samorządu okręgowego, kierownik Centrali do spraw Przenoszenia Chorych (Zentralstelle für Krankenverlegung) przy namiestniku Rzeszy w Poznaniu. Przyjechał kilka dni wcześniej, żeby przygotować zakład na odbiór pacjentów z Gostynina. Spokojny człowiek, wydawał się zwykłym urzędnikiem - przynajmniej jeśli ktoś nie zwrócił uwagi na stalową trupią główkę wpiętą w klapę jego marynarki.

'Wyleczenie' albo śmierć. Historie mężczyzn z różowym trójkątem [FRAGMENT KSIĄŻKI]

We wtorkowy ranek 10 czerwca Fischer przychodzi do pracy w mundurze SS i wręcza pracownikom listę pensjonariuszy wybranych przez Ratkę. Poleca ubrać ich jak najgorzej, nie pakować dla nich żadnego bagażu i nie podawać im obiadu.

O 10.45 przed budynek podjeżdżają samochody komanda Langego. Pierwszy osobowy, drugi przypominający wóz meblowy, z ogromną czarną przyczepą połączoną z szoferką gumowymi przewodami, trzeci wojskowy, z budą nakrytą brezentem. Z dwóch wysiada kilku umundurowanych, uzbrojonych Niemców, w trzecim zostaje trzynastu więźniów. 'Jeden z nich - zezna sekretarz Hołoga - w momencie odwrócenia się gestapowców w innym kierunku, odezwał się po polsku: »My jesteśmy tymi zbrodniarzami«'. Może Mania albo Maliczak?

Zbrodniarze nie mogą pracować bez śniadania. Polscy pomocnicy dostają do auta karton kromek ze słoniną i kawę, niemieccy zwierzchnicy jedzą w zakładzie jajecznicę z chlebem, szynką i herbatą. Sekretarz Hołoga zapamięta, że im nie smakuje. 'Na twarzach gestapowców rysowało się, mimo dobrego poczęstunku, wzburzenie, a nawet silne zdenerwowanie, do tego stopnia, że jeden z nich, spożywający śniadanie na stojąco, zrzucił ze stołu przygotowany nóż i widelec, dodając że »Bez tych ceremonialnych przyrządów tu się obejdzie«'.

'Zwijała z ulic' polskich chłopców, by kopulowali dla III Rzeszy. Kim była Inge Viermetz?

A jednak odbywa się pewien ceremoniał. Zaczyna się od wniesienia ławek do największego auta i ustawienia przed jego drzwiami żelaznych schodków - jakby mordercom zależało na wygodzie mordowanych. Tymi przygotowaniami kieruje Zalewski. Później Hausmutter Conradi wyczytuje z kartki nazwiska wytypowanych przez Ratkę. Młoda kancelistka Waleria Borowczyk widzi to przez okno swojego biura i powstrzymuje łzy. Chce wyjść przed budynek, ale siedzący z nią w pokoju. Fischer każe jej wracać na miejsce. 'Potem do samochodu wprowadzano pensjonariuszy Zakładu - opowie Borowczyk prokuratorowi. - Nie oglądałam już tego, bo płakałam ze wzruszenia, tym bardziej że sprowadzana na dół pensjonariuszka Zakładu Urszula Kowalska wstąpiła do mnie, żeby się pożegnać'. Łez tego ranka płynie więcej - księgowy Jankowiak zezna, że 'pensjonariusze byli bardzo nerwowi i wzruszeni, płakali i czule żegnali się z personelem'. Wyjątkowo mocny jest uścisk, który zakładowy krawiec Stanisław Jakuszek wymienia z Ludwikiem Jakuszkiem – swoim starszym bratem, 'chorym na nerwy na skutek kontuzji odniesionej w pracy w Niemczech przed I wojną światową'.

Podobnie jak w Gostyninie pielęgniarki dają wywożonym zaadresowane i opłacone pocztówki. 'Byłyśmy przekonane, że chorzy będą istotnie przewiezieni do innego zakładu. (…) Żaden jednak z chorych do nas nie napisał' - opowie pielęgniarka Maria Mikołajczak. Krawiec Jakuszek też będzie czekać na list od brata i martwić się, że ten 'nie daje znaku życia'.

Gestapowcy stoją przy aucie i spokojnie obserwują wchodzących lub wnoszonych po stopniach starców i chorych. Jeden zwraca się wprost do nich: 'Tam będziecie mieli lepiej jak tutaj'. Jeśli Niemcy podnoszą głos, to tylko na sanitariuszy. Domagają się nie pośpiechu, ale ostrożności. 'To też są ludzie, i w dodatku chorzy!' - wołają do dźwigających nosze.

Pasażerowie ledwie się mieszczą - sprawniejsi siedzą na ławkach, niesprawni leżą na słomie pod ich nogami. 'Wóz był załadowany tak ciasno, że obawiałyśmy się, iż chorzy mogą się udusić' - zezna Mikołajczak. Inni pracownicy określą Sonderwagen jako 'żywą trumnę'. Antoni Hołoga: '(…) zamknięto szybko drzwi żywej trumny i zakręcono je na trzy śruby, u góry, w połowie i u dołu. Podczas tych czynności, wykonywanych przez gestapowców z wielkim przejęciem, motor samochodu już pracował. Po chwili otworzyła się brama Zakładu (…) i wszystkie trzy samochody, wśród głośnego warkotu maszyn – prawdopodobnie celowego, aby nie było słychać krzyków nieszczęśliwych - ruszyły ulicą Mickiewicza w kierunku miasta'.

Hołoga ma dobrą intuicję: 'nieszczęśliwi' truci są od razu, spalinami z silnika. Wołają o pomoc, bo widzą i czują czarny, śmierdzący dym. Maliczak tak opisze ten sposób zabijania: 'Po zatrzaśnięciu drzwi samochodu śmierci dochodziły z niego okrzyki trwogi, uderzania w ściany itp. Po chwili pracy silnika wszystko jednak uciszało się'. Dla oprawców to tańsze i wygodniejsze niż tlenek węgla - wystarczy benzyna, nikt nie musi przywozić z berlińskiej centrali butli z gazem w odpowiednim stężeniu. Poza tym benzyny nigdy nie braknie, a butli brakuje często, co zaburza harmonogram akcji. A wreszcie: tak jest jeszcze szybciej. Nie trzeba czekać dwadzieścia lub trzydzieści minut w lesie, pasażerowie umierają już po drodze do grobu. W tym wypadku - po drodze do dołu w lesie Bogulin w nadleśnictwie Sowiniec, siedemset metrów od szosy, na wysokości czwartego kilometra drogi ze Śremu do Mosiny.

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>